Chłonięcie oczami w Krakowie

Kiedyś gdzieś wyczytałam, że dobrze jest codziennie robić coś nowego, zdobywać nowe doświadczenia: odwiedzać nowe miejsca, znajdować nowe hobby, dokonywać kolejnych debiutów kuchennych, uczyć się nowych rzeczy (ja na przykład chciałabym wreszcie nauczyć się pływać…) itd. I muszę przyznać, że jest w tym coś o tyle kuszącego, co w jakimś stopniu niedoścignionego – no bo na przykład hajs może się nie zgadzać, czasu może nie starczać, zapał może szybko gasnąć czy jakie tam jeszcze wymówki powody jeszcze by się znalazły.

Absolutnie daleka jestem od idealizowania tego pomysłu, bo zdaję sobie sprawę z tego, że wraz z wielkimi marzeniami mogą się pojawiać spore przeszkody. Jednak, jeśli chodzi o odwiedzanie nowych miejsc, okazuje się, że w moim wykonaniu wcale nie musi to być takie trudne. Oczywiście, marzy mi się (między innymi!) wyjazd do Stanów, do Kanady, wycieczka po różnych rejonach Wielkiej Brytanii (jak dotąd, udało mi się odwiedzić Szkocję), czy też podróż do Ameryki Południowej; ale dostrzegam też te bliższe i bardziej osiągalne cele: Kalingrad, Ukrainę, Białoruś, Czechy, no i to, co przed samym nosem: właściwie większość miejsc w Polsce, a między innymi… Kraków, w którym mieszkam od czterech lat(!)

Pamiętam, jak studiując w Lublinie marzyłam o przeprowadzce do Krakowa. Wyobrażałam sobie codzienny jogging na bulwarach, spacery po Rynku Głównym, odkrywanie knajpek, przesiadywanie w kawiarniach i pisanie opowiadań i powieści… Realizację tego wyidealizowanego obrazu pozwolę sobie przemilczeć, a dodam tylko, że obecnie podobne fantazje mam na temat Lublina, z sentymentu do starych studenckich czasów.

Wracając do tematu Krakowa, przedstawiam Wam kilka zdjęć zrobionych dzisiaj telefonem, na których znajduje się miejsce odwiedzone przeze mnie po raz pierwszy odkąd tu mieszkam. Ciekawa jestem, czy ktoś pokusi się o odgadnięcie miejsca 🙂

 


 

 

IMG-2939

  1. Staram się, żeby nie było oczywiste od samego początku, ale stali bywalcy pewnie są w stanie zgadnąć już teraz.

IMG-2961.JPG

2. Czy coś ułatwiłam? Mam nadzieję, że nie 😉

 

IMG-2940

3. Teraz główny punkt programu, który zapewne pozwoli mieszkańcowi Krakowa, który (w przeciwieństwie do mnie) wie o mieście ciut więcej niż tylko to, jak dostać się do dworca i do Forum na wspomnianych już bulwarach wiślanych, udzielić bezbłędnej odpowiedzi, o jakie miejsce chodzi.

IMG-2946.JPG

IMG-2954

IMG-2955

4. Po tych trzech zdjęciach sprawa powinna być już oczywista dla wszystkich, którzy  znają to miasto (no, chyba że jest się mną sprzed 21 września 2018 roku ;))


 

To co? Wiadomo już, o jakie nieznane mi dotąd miejsce w Krakowie chodzi?

Jeżeli, jakimś cudem, jest tu ktoś, kto nadal nie wie – dodam dwie podpowiedzi odnośnie dzielnicy:

1. Dawniej można było spotkać się z opinią wśród mieszkańców, że dzielnica, w której to miejsce się znajduje, nie należy do Krakowa.

2. To zdjęcie, które zrobiłam w okolicy, ale już wśród zabudowy:

IMG-2968.JPG


 

Okej, teraz już naprawdę ostatnie. Wręcz ostateczne zdjęcie dla podpowiedzi:

IMAG0540.jpg

Wbrew nadal gdzieś tam krążącej złej sławie, jest tu całkiem urokliwie… 🙂

Reklamy

Ostatnie wakacyjne zanurzenie

Cały dzień jeździmy na rowerach po Augustowie. Lasy, jeziora, świeże powietrze, słońce, i smażona ryba w przerwie na obiad. Rano padł pomysł, żeby wejść do jeziora jeśli woda będzie wystarczająco ciepła. Podjeżdżamy do wcześniej upatrzonego miejsca, gdzie wejście do wody jest idealne: piasek, gładkie przejście z leśnej polany wprost do wody.

Jakieś sto metrów dalej, w cieniu pod drzewem, siedzi wędkarz i patrzy w dal, ale też raz po raz spogląda na nas z zainteresowaniem. Zastanawiam się, czy nie będzie miał nic przeciwko, żebyśmy trochę wystraszyli ryby obecnością naszych tyłków w wodzie. Nic do nas nie mówi, nie macha, a więc jest ok.

Zdejmuję ubranie, zostając w samym stroju kąpielowym. Jest środek dnia, słońce świeci na złoto, a woda z wdziękiem odbija światło, odrobinę rażąc mnie w oczy. To pewnie dzięki takim odbiciom podczas tych wakacji w moich oczach raz po raz znów pojawia się błysk zadowolenia.

Czuję na swojej skórze delikatny powiew czystego wiatru, który łapczywie łapię w płuca. Skórę przyjemnie rozgrzewają promienie słońca. Zanurzam stopy w wodzie i stopniowo wchodzę dalej, głębiej. Najgorszy moment to zanurzenie tułowia – krzyczę, piszczę, organizm protestuje przeciw nagłej zmianie temperatury. Po dłuższej chwili jednak czuję, że jest w sam raz, i myślę sobie, że to zupełnie jak w życiu – mój organizm równie głośno protestuje kiedy wstaję rano do pracy, jednak zmuszony do działania wreszcie ustępuje krzyków.

Biorę głęboki wdech, który odrobinę mnie podnosi, sprawia, że się unoszę. „Płuca działają jak boja, dodają ci wyporności. Powietrze sprawia, że unosisz się na powierzchni wody. Żeby pływać, musisz cały czas oddychać” – instruuje mnie Adam, którego proszę o pomoc w nauce pływania za każdym razem, kiedy wchodzimy do głębokiej wody.

Oddycham więc. Powoli wpuszczam powietrze do płuc, pozwalam im się wypełnić; by potem równie powoli je wypuścić. To jedna z tych chwil, dla których warto żyć, warto nabierać choćby i te nerwowe łyki powietrza, wydawać nerwowe westchnienia i krzyki protestu. Patrzę przed siebie, a wokół mnie widzę tylko wodę, niebo, i las okalający jezioro niby zielona korona. Rzadko to mówię, ale dzięki temu wyłącznie szczerze. Mogłabym krzyknąć, ale nie chcę zaburzać spokoju, z którego sama właśnie czerpię.

Jestem szczęśliwa.

image

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Zmiany, zmiany, zmiany…

Dżizas, ależ ja długo nic nie pisałam… Stąd duże zaległości w wylewaniu doświadczeń na papier. Jestem jednocześnie zła, szczęśliwa, smutna, zmartwiona, usatysfakcjonowana i… jakby melancholijna. Czemu najpierw zła? Nie wiem sama. Mój obecny kumpel, a były psychoterapeuta (choć szczerze mówiąc nie tak całkiem były, bo nadal miewa zapędy do naprawiania świata, w tym mojego) uważa, że zwalanie złych nastrojów kobiety na to, że ma okres, to krzywdzące upraszczanie i sprowadzanie do schematów. „A przecież nie wolno upraszczać czegoś, co te sfochane pindy tak misternie splątały! Nie wolno tego naprawiać, niech se zobaczą, jaki bigos sobie co miesiąc gotują. I niech zadadzą sobie to zajebiście ważne pytanie: po co?” Hmm… w sumie to trochę niespójna wypowiedź, ale mniejsza…

„Zdrowie jest najważniejsze”, „lepiej dźwigać niż ścigać”, „ćwierkają jaskółki, że niedobre są spółki”, „kogo dupa nocą swędzi, temu rano śmierdzi palec”… Mądrości ludowych jest wiele. Statystyki wskazują wręcz, że jest ich około… w ch*j. Co prawda, poziom elokwencji wśród społeczeństwa zdaje się sukcesywnie zaniżać, ale starsze pokolenia: nasze matki, babcie, ciocie, panie sąsiadki i byłe wychowawczynie stały i nadal stoją na straży tychże mądrości. Zaraz zaraz… czyżbym właśnie poszła drogą seksizmu i zasugerowała, że mądrość niosą tylko kobiety? A gdzie tam!

Na czym ja to… A, tak. Mądrość ludowa. Zdrowy rozsądek. Twarde stąpanie po ziemi, przewidywanie, troska o najbliższych,[1] przygotowywanie jedzenia do pracy, robienie kawy do termosu na dłuższą podróż…[2] Ano właśnie, praca. Mojej mamie najwidoczniej znudziło się łożenie na mnie pieniędzy; opłacanie mi mieszkania, psychoanalityka, i innych atrakcji, i umówiła mnie na rozmowę o pracę. Nie żebym napisała jakieś CV, nie żebym ukończyła jakąkolwiek pożądaną przez pracodawców szkołę, nie to żebym szukała pracy. Nie wiem jak żyć z innymi ludźmi, nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, wiecznie czuję się jak idiotka kiedy mam powiedzieć coś grupie osób, i odkładam wykonanie telefonu, kiedy potrzebuję przełożyć wizytę u lekarza. O cholera… a może jednak miała rację zapisując mnie do specjalisty…

Tego dnia ubrałam się w najporządniejsze rzeczy, jakie znalazłam na samym dnie szafy, uczesałam się (powiedzmy), nawet namalowałam sobie twarz i ogoliłam nogi(!) Zdecydowanie nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak dokładnie zadbałam o swój imaż, a jednak nie wymagało to ode mnie użycia kosiarki ani miotacza ognia. Wyszłam. Wzięłam z sobą nawet to śmieszne CV, które zmajstrowała moja matka, wpisując tam Bóg wie co (bałam się choćby rzucić okiem, wolałam być błogo nieświadoma).

I kiedy tak szłam pod wybrany adres i obserwowałam ludzi biegnących to na autobus, to do pracy, to znowu w bliżej nieokreślonym kierunku, tknęła mnie myśl: jeśli dostanę tę pracę, to każde moje wyjście z mieszkania będzie miało konkretny cel, skończą się moje bezcelowe eskapady o świcie… Parsknęłam śmiechem. „Jakie eskapady o świcie?!” – zapytałam sama siebie. Jakaś kobiecina w nonszalancko rozpiętym płaszczu ukazującym elegancką garsonkę, spojrzała na mnie z niesmakiem i pognała w stronę Business Parku. Ech, no tak. Korpo… Mogłam to przewidzieć.

infografika_blog-rozmowa_o_prace-021

Przynajmniej ładniej wyglądałam niż ta kobitka na obrazku, o!Źródło: https://blog.isivi.pl/najczestsze-bledy/

Adres się zgadzał, więc pozostawało tylko odszukać siedzibę firmy Kantock Services. Firmy, która zajmowała się tym całym cholera-wie-czym, bo tak naprawdę mimo przestudiowania całej Wikipedii, wciąż ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa.

Weszłam do biurowca numer A31 i podeszłam nieśmiało do portiera, który wyglądał jakby nie przespał kilku nocy pod rząd.

– Dzień dobry – zaczepiłam grzecznie.

– Taag? – zapytał pan portier.

– Jestem umówiona na rozmowę. Firma Kantock Services.

Pan portier spojrzał w stojący przed nim monitor, kliknął parę razy i wklepał coś klawiaturą w komputer.

– Nazwissko? – zapytał przeciągle

– Weiss.

– …I dokument poproszę.

Sięgnęłam po mój dowód osobisty, o który już dawno nikt mnie nie prosił, nawet w sklepie z alkoholem.

Pan portier zerknął, sprawdził, poprawił pasa, który najwidoczniej uwierał go w sporych rozmiarów mięsień piwny, a następnie wcisnął jakiś guziczek, a bramy Sezamu rozstąpiły się przede mną.

„Wejście jak na lotnisko…”, przeszło mi przez myśl.

– Wylecieć stąd można zawsze – mruknął portier pod nosem, skinieniem zapraszając mnie do bramki.

Kiedy na niego spojrzałam, nie będąc pewna, czy się nie przesłyszałam, mrugnął do mnie i zapewnił zawadiacko:

– Nic-niiiic, proszę przechodzić…

Wjechałam na dwudzieste piętro i zastukałam w oszkloną szybę. Kolejne wejście na kartę magnetyczną. Brakuje tylko radiowęzłów, pasiaków, i miejsc odosobnienia. A, nie, przepraszam, jednak każdy miał swoją zagrodę, jak na prawdziwego korporolnika przystało. Widziałam zza szyby, jak każdy pracował w swojej celi odosobnienia. Już-już miałam uciekać, ale drzwi bzzzytnęły, a pani w recepcji spojrzała na mnie pytająco.

Nacisnęłam klamkę i weszłam. Ukłoniłam się, dzieńdobrnęłam i przedstawiłam cel mojej wizyty. Pani recepcjonistka przywitała mnie uśmiechem firmowym i zachęciła, bym sobie „spoczęła” obok innych kandydatów.

Inni kandydaci. Tego nie przewidziałam.

Ale no dobrze. Cofnęłam się o parę kroków i zasiadłam na czarnej skórzanej kanapie, która skądinąd przypominała mi o pewnym gatunku filmowym dla koneserów niemieckiego kina niemego. Przemknęło mi przez myśl, że przecież rodzona matka nie wysłałaby mnie na casting filmowy. Nie mam wystarczająco dobrej dykcji.

Czułam się jak przed jednym z egzaminów ustnych na studiach. Przed takim, przed którym musiałam wbić sobie do głowy nazwisko wykładowcy, nie żywiąc najwątlejszej nadziei, że spamiętam imię.

Współkandydaci przyglądali mi się jakoś tak dziwnie, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopóty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że założyłam moją najlepszą spódnicę (pseudo-skórzaną mini) i białą elegancką bluzkę (z dekoltem na pół cycków, bo wszystkie inne były niewyprane), a w rajstopach poszło mi oczko.

Tylko spokojnie, tylko spokojne. Po prostu jesteś ofiarą klasycznego koszmaru na jawie. Grunt, że nie okazało się, że siedzisz tutaj zupełnie naga. Oddychaj…

Hhhhh Hhhhh Hhhhh Hhhhhh

Nie, to nie pomogło.

W popłochu skierowałam się w stronę toalety, która na szczęście znajdowała się tuż obok. Wskoczyłam do kabiny, w której zdjęłam nieszczęsne rajstopy, podciągnęłam dekolt bluzki do góry ile tylko się dało, a spódnicę zsunęłam niemal na brzeg tyłka. Szerokim szalem owinęłam się jak kocem, żeby osłonić moją niedopuszczalną goliznę. Poprawiłam makijaż, żeby odciągał uwagę od nieudolnej reszty obrazu. Pomknęłam znów na kanapę i usiadłam, powtarzając sobie w myślach, że właściwie to nie mam nic do stracenia. Najwyżej ocenią mnie po wyglądzie i zauważą, że jednak maszynka, którą goliłam nogi była już trochę tępa.

Ale skoro Frida Kahlo została docenianą artystką mimo wąsa i pojedynczej brwi, to czymże wobec bezmiaru jej zarostu są moje niedogolone nogi? Tak, ta myśl pomogła.

Każdy z kandydatów patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na oko wszyscy w moim wieku. Czyli papieroski kupować już mogą, ale jeszcze nie mają ulubionego kremu przeciwzmarszczkowego. Wszyscy ubrani galowo, granatowo- lub czarno-biało, z teczkami lub eleganckimi torebkami wciśniętymi w spocone dłonie. Wszyscy przejęci, jakby od tej rozmowy miała zależeć reszta ich życia. Właściwie, może tak nawet było… ale tylko na pierwszy rzut oka.

Otworzyły się drzwi, zza których wychynęła zgrabna blondynka w idealnie skrojonym kostiumie. Z jej pokrytej nienagannym makijażem twarzy dobyły się cztery słowa:

– Zapraszam panią Arletę Weiss.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do maleńkiej sali konferencyjnej. W środku czekała na mnie jeszcze jedna niewiasta: pani Wirginia Małek, cośtamcośtam manager; natomiast pani odźwierna okazała się być Anizją (!) Knop, dżunior rekruterką.

– Dzień dobry, pani Arleto. Dziękujemy, że zechciała pani przyjść na rozmowę w sprawie pracy w naszej firmie. Proszę usiąść, proszę się rozgościć. Może szklankę wody?

Pani Wirginia była nader uprzejma. Poprosiłam więc o wodę i zasiadłam, czując jak krew zaczyna żwawo krążyć w mojej głowie, wytwarzając rozpraszający mnie szum. Przez myśl przemknęło mi, czy i one mogły słyszeć szaleńczy bieg moich krwinek po biednym, długo nieużywanym mózgu.

– Pani Arleto. Proszę się przedstawić, opowiedzieć coś o swoich zainteresowaniach, może też o swoim doświadczeniu zawodowym?

No to klops. Jak tu opowiadać o czymś, co nie istnieje? Przełknęłam ślinę i zaczęłam mówić. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem powoli docierało do mnie, że przecież i tak nie miałam nic do stracenia.

– Mam na imię Arleta. To imię zawdzięczam mojej matce, która za kwestię honoru obrała sobie cel, bym była kimś wyjątkowym i nieszablonowym. Oraz, żeby zawołanie mnie po imieniu, gdy przychodziła odebrać mnie z przedszkola, wystarczyło by wziąć za rączkę właściwe dziecko. Za namową tej samej kobiety stawiłam się w tym miejscu. Nie wiem, kogo poprosiła ani jaką otrzymałam rekomendację, ale jeśli mnie zatrudnicie, w rzeczy samej będziecie mieli do czynienia z osobą nieszablonową. Niedoświadczoną w korporacyjnym fachu, ale gotową żeby w nim zaistnieć. Jeśli natomiast nie będą państwo zainteresowani współpracą ze mną, to wrócę do mieszkania, przebiorę się w dres i usiądę przed telewizorem żeby kolejny raz oglądać Przyjaciół.

Miny rekrutujących mnie pań wyrażały niewysłowione emocje. Od zaskoczenia, przez rozbawienie, zniesmaczenie, oburzenie, jak i zrozumienie. Możliwe, że przesadziłam, ale przecież do odważnych świat należy.

– Bardzo odważne sformułowanie. Podoba mi się. – skomentowała Anizja – a jakie jest pani doświadczenie zawodowe?

Cholera… Zamilkłam.

Wirginia spiesznie wyjęła CV i położyła je przed Anizją. Ta spojrzała niechętnie na kartkę i, sądząc po jej minie, zdziwiła się przeogromnie.

– Więc… Wróci pani do mieszkania, jeśli pani nie zatrudnimy? – zapytała

– No tak…

– I będzie pani oglądała Przyjaciół?

– Tak.

– Z Jennifer Aniston.

Pomyślałam, że to chyba najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna świata.

– Tak.

– Tą samą, której menedżerką rozwoju osobistego była pani przez ostatnie trzy lata?

Yyyy… co? Co ta moja matka… Wpisała coś, w co przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy. Nie ma takich idiotów na ziemi. Ale jak reżyser każe, aktor musi grać.

– Dokładnie tę samą.

– Wie pani… to może przejdźmy na język angielski.

Zdecydowanie nie wyglądała na taką, która łyknęłaby równie absurdalne kłamstwo.

A jednak, po przegadaniu około dwudziestu minut w języku angielskim, omówieniu pogody, filmów, seriali, zainteresowań, a także moich niby-studiów, zarówno menedżerka, jak i rekruterka zdawały się mnie polubić. Nie obiecywałam sobie jednak zbyt wiele. W sumie i tak nie chciałam tej pracy…

W tym momencie do sali konferencyjnej wbiegł jakiś facet w krawacie, spanikowany i krzyczący wniebogłosy:

– Nie, to się nie uda! Nie dam rady! Przez ten audyt wszyscy stąd wylecimy!

Dopiero wtedy nas zauważył, i w tej samej chwili szepnął drżącym głosem:

– Przepraszam, nie wiedziałem…

Wirginia i Anizja siedziały jak wryte.

– Niech się pan nie martwi. – uśmiechnęłam się – Jeżeli w wyniku audytu nie zostanie udowodnione oszustwo bądź przestępstwo, to nikt nie ma prawa wylecieć. A jeśli są błędy w procedurach lub zarządzaniu, to po prostu przez jakiś czas będzie więcej roboty. Tylko spokój. Najgorsze, co może pan zrobić, to pokazać się audytorowi w tym stanie.

Moja mama wiele razy powtarzała to swoim współpracownikom przez telefon. A jednak, czegoś się od niej nauczyłam…

Pewna, że i tak rozmowa o pracę nie dawała mi szansy na zatrudnienie, wstałam, pożegnałam się z wszystkimi uściśnięciem dłoni, a następnie wyszłam z sali i poprosiłam recepcjonistkę o otworzenie mi drzwi.

A następnego dnia dowiedziałam się, że firma Kantock Services proponuje mi pracę na stanowisku pod przepiękną polską nazwą In-site Coaching Specialist. Przyjęłam. Co tu dużo mówić, zaapruwowałam ten czelendż.

[1] wersja dla singli, socjopatów, i karierowiczów: rozwój osobisty

[2] przyznajcie się, też myśleliście, że pisze się „do termosa”! Ja owszem…

Jesień

A te kwiaty delikatne, te białe drobinki na krzewach

nuty zawieszone naprędce ołówkiem w powietrzu

młode, zwiewne, urocze

jak słowa chłopca do ukochanej…

Natura, ta poetka, kusi, by owoce tworzyć

uparcie, rok w rok, wiosna w wiosnę

interesownie, jak to baba!

byle wykorzystać, jak facet!

A potem jesień pełna barw nadchodzi…

las-nieg-jesien-pierwszy-droga-brzozy

Jak skutecznie popełnić samobójstwo

No i dobra, wszystko bez sensu. Nic, tylko się zabić. Ale mam dzisiaj deprechę.

Te zdania, i jeszcze sporo innych. Denerwuje Cię do granic wytrzymałości, kiedy ktoś tak mówi, bo inni wyolbrzymiają swoje problemy, wrzucając je do tego miejsca, w którym Ty tak naprawdę się znalazłeś. Dzięki swojej literacko-potocznej przesadni sprawiają, że Twoje osobiste zmagania nad przekonaniem samego siebie, że jednak warto się obudzić, stają się zwykłym banałem. Tyle że oni na swoją „depresję” zjedzą czekoladę, wyjdą na imprezę, ewentualnie na zakupy. Z Tobą jest nieco inaczej. Ty chciałbyś zniknąć, rozpłynąć się… umrzeć.

0c5bcb38c316e69de506d8bc93162bd0

Tak, wiem, w Twoim przypadku naprawdę jest źle. Wierzę Ci. Nie będę się starała przekonywać, że przesadzasz, że przecież nic się nie dzieje, że całe życie przed Tobą, a wszystko dzieje się po coś. Nawiasem, sama szczerze nienawidzę tych sformułowań. Nie było gorszej rzeczy, którą mogłam usłyszeć w moich najmroczniejszych momentach życia. Nie będę się tu licytowała na bagaże doświadczeń, bo nie w tym rzecz. Wiem i rozumiem, z jakiegoś powodu jest Ci bardzo ciężko. Może twierdzisz, że nie masz przyjaciół, że nikt Cię nie zauważa – ja Cię zauważyłam, a prawdopodobnie nawet Cię nie znam. Rozejrzyj się, bo na pewno nie jestem jedyną taką osobą. Nie poddawaj się, szukaj pomocy, próbuj się podnieść. Tak, to na pewno cholernie ciężkie. Nie, na pewno nie wiem, jak to jest być Tobą – dlatego nie oceniam.

Na koniec, przepraszam Cię, ale moją radą tutaj nie będzie lista sposobów na śmierć, tylko lista drzwi, do których warto, byś zapukał i porozmawiał. Choć jeden jedyny raz. Wiem, że nie wyolbrzymiasz i wierzę, że jest Ci cholernie ciężko. Ale daj sobie jeszcze choć jedną jedyną szansę. Przekręć któryś z tych numerów. Nie uciekaj w samobójstwo, raz jeszcze się zastanów.

…aha, i masz moje błogosławieństwo do przybicia piątki osobom nadużywającym słów: „depresja”, „teraz już tylko umrzeć”, „żyć się nie chce”, itd. Możesz przybić im piątkę. W twarz. Krzesłem.

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Gdybobranie

Gdybyś był

bylibyśmy księżycowymi akrobatami

na trapezie osiedlowych huśtawek

odczynialibyśmy akrobacje światu dotąd nieznane

byłbyś poetą smutnych wieczorów jak ja

wypalałbyś dwa L&M-y i mawiał że kochasz

ponad życie, ponad księżyce

ponad światy i kontynenty


a ja opowiadałabym ci historie

które prawdą nigdy nie były, nie są i nie będą

czytałbyś je prosto z moich ust

na głos

i pilibyśmy z gwinta

atramentowy sok malinowy pełen tlenu

który dostarczasz mi z tak daleka

pełen fermentu


więc chodź, nie wstrzymuj się

ty jeszcze nie znalazłeś

ale ja już mam

i z połową serca bujam się

jak kaleka

szukając życiodajnego pigmentu.

Symetria

I’m just the shadow of the man I used to be

And it seems like there’s no way out of this for me.

I used to bring you sunshine

Now all I ever do is bring you down.

How would it be if you were standing in my shoes?

Can’t you see that it’s impossible to choose?

Oh there’s no making sense of it,

Every way I go I’m bound to lose.

Freddie Mercury, Too Much Love Will Kill You

Obudziłem się. Śladowe promyki słońca przedzierały się do mojego pokoju poprzez szare chmury. Dookoła mnie leżały resztki rozkładających się obiadów sprzed co najmniej dwóch tygodni, puste butelki i puszki, przeróżne elementy mojej garderoby, porozrzucane kartki gęsto zapisanego papieru. Powietrze nosiło duszące brzemię intensywnej nocy. Obok spała ona. Nie widziałem jej twarzy. W bladym świetle ponurego poranka widziałem tylko plecy, na które opadały jej długie jasne włosy. Jak dobrze, że była wtedy przy mnie…

Obudziłem się, bo przyśnił mi się koszmar. Ten co zwykle. Uderzyłem w ciemność. Zanurzyłem się w nią i zamiast rosłego mężczyzny, nagle stałem się małym przerażonym chłopcem. Ciemność mnie zmieniła, zmiażdżyła. Mój sen… jak zwykle jednocześnie abstrakcyjny, jak i przerażająco realistyczny.

Więc czy na pewno sen?

Gdzieś w głębi swojej piersi krzyczałem bezgłośnie z całej mocy moich płuc. Czułem paniczną chęć ucieczki – dokąd, przed kim lub przed czym, tego nie wiedziałem. Potrzebowałem, by ktoś zapewnił mnie, że wszystko będzie dobrze.

Poruszyła się. Czyżbym obudził ją panicznie postrzępionymi myślami?

Wstrzymałem oddech. Nie chciałem, by zobaczyła mnie w tym stanie.

Myśląc, że jeszcze śpię, musnęła delikatnie moje ramię i pocałowała mnie w policzek.

Odwróciłem się, by zobaczyć te wpatrujące się we mnie wielkie oczy pełne jasności. Po ułamku sekundy te same oczy, zamiast się uśmiechać, wpatrywały się we mnie z troską. Tak bardzo chciałem jej opisać to, co działo się we mnie. I kiedy już wszystko zaczęło układać się w całość, a całość ubierała się już powoli w złożone, ale sensowne zdania; jej spojrzenie pogmatwało mi wszystko. To niemożliwe, abym wypowiedział to wszystko na głos. Nie tak, nie przy niej.

Spojrzała na mnie i natychmiast odczytała wyraz mojej twarzy.

– Co się stało?

Dlaczego, dlaczego tak proste pytanie okazało się być tak trudne? Musiałbym opowiedzieć jej cały mój życiorys, by zrozumiała choć po części to, co wtedy czułem.

– Nic szczególnego. Miałem zły sen.

– Opowiedz.

Tak stanowczego tonu nie usłyszałem u niej jeszcze nigdy.

Otworzyłem usta, by coś powiedzieć. Zawahałem się. Przez głowę przemknęła mi Miłosna Pieśń J. Alfreda Prufrocka. Przez tę chwilę musiałem wyglądać jak glonojad próbujący odessać się od ścianki akwarium.

Jakże się więc odważę?

Jak mam właściwie zacząć?*

– Kochana… – zacząłem niepewnie.

Powiedzieć, że chadzałem nieraz uliczkami

O zmroku, śledząc, jak się unosi dym z fajek

Samotnych mężczyzn, wychylonych z okien?…

Lepiej byłoby już być parą chropawych kleszczy

Przemykających się po dnach milczących mórz.*

– Mów.

– Czy miałaś kiedyś takie wrażenie, że gubisz się we własnych myślach, we wspomnieniach… Do tego stopnia, że bieg czasu wyprzedzał ciebie samą? Że sama już nie wiedziałaś, czego chcesz od życia, i czy w ogóle masz jeszcze jakieś marzenia? Czy czułaś się pusta i samotna? Czy miałaś kiedyś wątpliwość co do tego, kim właściwie jesteś i po co żyjesz?

Jasna cholera, tego się obawiałem.

„Nie, mnie chodziło w ogóle

Nie o to; o coś zupełnie innego”.*

To, co powiedziałem, zdecydowanie kontrastowało z okolicznościami. Z czymkolwiek, czego ode mnie wtedy oczekiwała. Żałosne, żałosne. Obudzić się rano obok faceta i usłyszeć tak żałosną serenadę, mój Boże…

Starzeję się… starzeję się… niestety…

Trzeba będzie do spodni dorobić mankiety.*

Zaśmiała się nerwowo, a powód jej zakłopotania wyrósł pomiędzy nami niczym mur.

Otwarła usta, by coś powiedzieć.

– Nie – powstrzymałem ją, dotykając palcami jej ust – Nie mów niczego. Niepotrzebnie to powiedziałem. Mam tylko jedną prośbę. Obiecasz mi coś?

– Oczywiście.

– Pośpijmy jeszcze chwilę. Nie znikaj, bądź tu nadal, kiedy się obudzę.

Idiota, no kompletny imbecyl.

***

Zbudził mnie nagły podmuch wiatru, wyziew utrzymujący przy życiu, lecz nie dający szansy na nowe.

Bez śladu zaskoczenia zauważyłem, że jestem sam. Przecież zawsze tak było, odkąd pamiętałem.

Zostawiła po sobie jedynie zapach na poduszce; jedyny, a w dodatku ulotny dowód swojego istnienia i obecności w moim życiu.

Spoko, takie życie.

Moje. Moje właśnie takie jest.

***

Obudziłam się przy nim, lecz on był jakiś nieobecny. Po takim wieczorze, takiej nocy! Chyba chciał się mnie pozbyć, bo mówił jakieś przedziwne i niestworzone rzeczy. A kiedy chciałam mu powiedzieć, jak okropny koszmar mi się przyśnił, on zamknął mi usta i powiedział, że chce mu się spać.

Wiem, zazwyczaj gadam okropne głupoty, typowa baba. Chcę powiedzieć prostą rzecz, a zahaczam o milion innych, zamieniając tym samym prostą mowę w niezrozumiały bełkot. Ale jak miałam ułożyć w słowa to, co czułam? To, co czuję nadal… Tak bardzo się boję, tak straszna ciemność czai się we mnie. Potrzebuję kogoś, kto by to zrozumiał. Ja sama już nie ogarniam samej siebie.

Jestem taka zmęczona.

Co gorsza, po raz kolejny intuicyjnie poczułam, że w mojej ciemności jestem skazana na samą siebie. Słowa są puste, zbyt abstrakcyjne, żeby opisać to, co człowiek przeżywa. A to, co się we mnie działo, było zbyt absurdalne, by o tym mówić.

Kiedy od niego wychodziłam, podniósł głowę i spojrzał w moją stronę. Nie byłam pewna, czy wciąż jeszcze śpi, czy może się obudził.

Czułam jednak na sobie jego pytające spojrzenie.

Podeszłam na palcach (idiotka, po to, aby go nie obudzić, kiedy właściwie nie chciałam, by wtedy spał) i pocałowałam. Odchodząc w stronę drzwi, powiedziałam tylko:

– I tak nie zrozumiesz.

*Fragmenty utworu T.S. Eliota The Love Song of J. Alfred Prufrock w przekładzie Stanisława Barańczaka