Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Zmiany, zmiany, zmiany…

Dżizas, ależ ja długo nic nie pisałam… Stąd duże zaległości w wylewaniu doświadczeń na papier. Jestem jednocześnie zła, szczęśliwa, smutna, zmartwiona, usatysfakcjonowana i… jakby melancholijna. Czemu najpierw zła? Nie wiem sama. Mój obecny kumpel, a były psychoterapeuta (choć szczerze mówiąc nie tak całkiem były, bo nadal miewa zapędy do naprawiania świata, w tym mojego) uważa, że zwalanie złych nastrojów kobiety na to, że ma okres, to krzywdzące upraszczanie i sprowadzanie do schematów. „A przecież nie wolno upraszczać czegoś, co te sfochane pindy tak misternie splątały! Nie wolno tego naprawiać, niech se zobaczą, jaki bigos sobie co miesiąc gotują. I niech zadadzą sobie to zajebiście ważne pytanie: po co?” Hmm… w sumie to trochę niespójna wypowiedź, ale mniejsza…

„Zdrowie jest najważniejsze”, „lepiej dźwigać niż ścigać”, „ćwierkają jaskółki, że niedobre są spółki”, „kogo dupa nocą swędzi, temu rano śmierdzi palec”… Mądrości ludowych jest wiele. Statystyki wskazują wręcz, że jest ich około… w ch*j. Co prawda, poziom elokwencji wśród społeczeństwa zdaje się sukcesywnie zaniżać, ale starsze pokolenia: nasze matki, babcie, ciocie, panie sąsiadki i byłe wychowawczynie stały i nadal stoją na straży tychże mądrości. Zaraz zaraz… czyżbym właśnie poszła drogą seksizmu i zasugerowała, że mądrość niosą tylko kobiety? A gdzie tam!

Na czym ja to… A, tak. Mądrość ludowa. Zdrowy rozsądek. Twarde stąpanie po ziemi, przewidywanie, troska o najbliższych,[1] przygotowywanie jedzenia do pracy, robienie kawy do termosu na dłuższą podróż…[2] Ano właśnie, praca. Mojej mamie najwidoczniej znudziło się łożenie na mnie pieniędzy; opłacanie mi mieszkania, psychoanalityka, i innych atrakcji, i umówiła mnie na rozmowę o pracę. Nie żebym napisała jakieś CV, nie żebym ukończyła jakąkolwiek pożądaną przez pracodawców szkołę, nie to żebym szukała pracy. Nie wiem jak żyć z innymi ludźmi, nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, wiecznie czuję się jak idiotka kiedy mam powiedzieć coś grupie osób, i odkładam wykonanie telefonu, kiedy potrzebuję przełożyć wizytę u lekarza. O cholera… a może jednak miała rację zapisując mnie do specjalisty…

Tego dnia ubrałam się w najporządniejsze rzeczy, jakie znalazłam na samym dnie szafy, uczesałam się (powiedzmy), nawet namalowałam sobie twarz i ogoliłam nogi(!) Zdecydowanie nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak dokładnie zadbałam o swój imaż, a jednak nie wymagało to ode mnie użycia kosiarki ani miotacza ognia. Wyszłam. Wzięłam z sobą nawet to śmieszne CV, które zmajstrowała moja matka, wpisując tam Bóg wie co (bałam się choćby rzucić okiem, wolałam być błogo nieświadoma).

I kiedy tak szłam pod wybrany adres i obserwowałam ludzi biegnących to na autobus, to do pracy, to znowu w bliżej nieokreślonym kierunku, tknęła mnie myśl: jeśli dostanę tę pracę, to każde moje wyjście z mieszkania będzie miało konkretny cel, skończą się moje bezcelowe eskapady o świcie… Parsknęłam śmiechem. „Jakie eskapady o świcie?!” – zapytałam sama siebie. Jakaś kobiecina w nonszalancko rozpiętym płaszczu ukazującym elegancką garsonkę, spojrzała na mnie z niesmakiem i pognała w stronę Business Parku. Ech, no tak. Korpo… Mogłam to przewidzieć.

infografika_blog-rozmowa_o_prace-021

Przynajmniej ładniej wyglądałam niż ta kobitka na obrazku, o!Źródło: https://blog.isivi.pl/najczestsze-bledy/

Adres się zgadzał, więc pozostawało tylko odszukać siedzibę firmy Kantock Services. Firmy, która zajmowała się tym całym cholera-wie-czym, bo tak naprawdę mimo przestudiowania całej Wikipedii, wciąż ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa.

Weszłam do biurowca numer A31 i podeszłam nieśmiało do portiera, który wyglądał jakby nie przespał kilku nocy pod rząd.

– Dzień dobry – zaczepiłam grzecznie.

– Taag? – zapytał pan portier.

– Jestem umówiona na rozmowę. Firma Kantock Services.

Pan portier spojrzał w stojący przed nim monitor, kliknął parę razy i wklepał coś klawiaturą w komputer.

– Nazwissko? – zapytał przeciągle

– Weiss.

– …I dokument poproszę.

Sięgnęłam po mój dowód osobisty, o który już dawno nikt mnie nie prosił, nawet w sklepie z alkoholem.

Pan portier zerknął, sprawdził, poprawił pasa, który najwidoczniej uwierał go w sporych rozmiarów mięsień piwny, a następnie wcisnął jakiś guziczek, a bramy Sezamu rozstąpiły się przede mną.

„Wejście jak na lotnisko…”, przeszło mi przez myśl.

– Wylecieć stąd można zawsze – mruknął portier pod nosem, skinieniem zapraszając mnie do bramki.

Kiedy na niego spojrzałam, nie będąc pewna, czy się nie przesłyszałam, mrugnął do mnie i zapewnił zawadiacko:

– Nic-niiiic, proszę przechodzić…

Wjechałam na dwudzieste piętro i zastukałam w oszkloną szybę. Kolejne wejście na kartę magnetyczną. Brakuje tylko radiowęzłów, pasiaków, i miejsc odosobnienia. A, nie, przepraszam, jednak każdy miał swoją zagrodę, jak na prawdziwego korporolnika przystało. Widziałam zza szyby, jak każdy pracował w swojej celi odosobnienia. Już-już miałam uciekać, ale drzwi bzzzytnęły, a pani w recepcji spojrzała na mnie pytająco.

Nacisnęłam klamkę i weszłam. Ukłoniłam się, dzieńdobrnęłam i przedstawiłam cel mojej wizyty. Pani recepcjonistka przywitała mnie uśmiechem firmowym i zachęciła, bym sobie „spoczęła” obok innych kandydatów.

Inni kandydaci. Tego nie przewidziałam.

Ale no dobrze. Cofnęłam się o parę kroków i zasiadłam na czarnej skórzanej kanapie, która skądinąd przypominała mi o pewnym gatunku filmowym dla koneserów niemieckiego kina niemego. Przemknęło mi przez myśl, że przecież rodzona matka nie wysłałaby mnie na casting filmowy. Nie mam wystarczająco dobrej dykcji.

Czułam się jak przed jednym z egzaminów ustnych na studiach. Przed takim, przed którym musiałam wbić sobie do głowy nazwisko wykładowcy, nie żywiąc najwątlejszej nadziei, że spamiętam imię.

Współkandydaci przyglądali mi się jakoś tak dziwnie, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopóty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że założyłam moją najlepszą spódnicę (pseudo-skórzaną mini) i białą elegancką bluzkę (z dekoltem na pół cycków, bo wszystkie inne były niewyprane), a w rajstopach poszło mi oczko.

Tylko spokojnie, tylko spokojne. Po prostu jesteś ofiarą klasycznego koszmaru na jawie. Grunt, że nie okazało się, że siedzisz tutaj zupełnie naga. Oddychaj…

Hhhhh Hhhhh Hhhhh Hhhhhh

Nie, to nie pomogło.

W popłochu skierowałam się w stronę toalety, która na szczęście znajdowała się tuż obok. Wskoczyłam do kabiny, w której zdjęłam nieszczęsne rajstopy, podciągnęłam dekolt bluzki do góry ile tylko się dało, a spódnicę zsunęłam niemal na brzeg tyłka. Szerokim szalem owinęłam się jak kocem, żeby osłonić moją niedopuszczalną goliznę. Poprawiłam makijaż, żeby odciągał uwagę od nieudolnej reszty obrazu. Pomknęłam znów na kanapę i usiadłam, powtarzając sobie w myślach, że właściwie to nie mam nic do stracenia. Najwyżej ocenią mnie po wyglądzie i zauważą, że jednak maszynka, którą goliłam nogi była już trochę tępa.

Ale skoro Frida Kahlo została docenianą artystką mimo wąsa i pojedynczej brwi, to czymże wobec bezmiaru jej zarostu są moje niedogolone nogi? Tak, ta myśl pomogła.

Każdy z kandydatów patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na oko wszyscy w moim wieku. Czyli papieroski kupować już mogą, ale jeszcze nie mają ulubionego kremu przeciwzmarszczkowego. Wszyscy ubrani galowo, granatowo- lub czarno-biało, z teczkami lub eleganckimi torebkami wciśniętymi w spocone dłonie. Wszyscy przejęci, jakby od tej rozmowy miała zależeć reszta ich życia. Właściwie, może tak nawet było… ale tylko na pierwszy rzut oka.

Otworzyły się drzwi, zza których wychynęła zgrabna blondynka w idealnie skrojonym kostiumie. Z jej pokrytej nienagannym makijażem twarzy dobyły się cztery słowa:

– Zapraszam panią Arletę Weiss.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do maleńkiej sali konferencyjnej. W środku czekała na mnie jeszcze jedna niewiasta: pani Wirginia Małek, cośtamcośtam manager; natomiast pani odźwierna okazała się być Anizją (!) Knop, dżunior rekruterką.

– Dzień dobry, pani Arleto. Dziękujemy, że zechciała pani przyjść na rozmowę w sprawie pracy w naszej firmie. Proszę usiąść, proszę się rozgościć. Może szklankę wody?

Pani Wirginia była nader uprzejma. Poprosiłam więc o wodę i zasiadłam, czując jak krew zaczyna żwawo krążyć w mojej głowie, wytwarzając rozpraszający mnie szum. Przez myśl przemknęło mi, czy i one mogły słyszeć szaleńczy bieg moich krwinek po biednym, długo nieużywanym mózgu.

– Pani Arleto. Proszę się przedstawić, opowiedzieć coś o swoich zainteresowaniach, może też o swoim doświadczeniu zawodowym?

No to klops. Jak tu opowiadać o czymś, co nie istnieje? Przełknęłam ślinę i zaczęłam mówić. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem powoli docierało do mnie, że przecież i tak nie miałam nic do stracenia.

– Mam na imię Arleta. To imię zawdzięczam mojej matce, która za kwestię honoru obrała sobie cel, bym była kimś wyjątkowym i nieszablonowym. Oraz, żeby zawołanie mnie po imieniu, gdy przychodziła odebrać mnie z przedszkola, wystarczyło by wziąć za rączkę właściwe dziecko. Za namową tej samej kobiety stawiłam się w tym miejscu. Nie wiem, kogo poprosiła ani jaką otrzymałam rekomendację, ale jeśli mnie zatrudnicie, w rzeczy samej będziecie mieli do czynienia z osobą nieszablonową. Niedoświadczoną w korporacyjnym fachu, ale gotową żeby w nim zaistnieć. Jeśli natomiast nie będą państwo zainteresowani współpracą ze mną, to wrócę do mieszkania, przebiorę się w dres i usiądę przed telewizorem żeby kolejny raz oglądać Przyjaciół.

Miny rekrutujących mnie pań wyrażały niewysłowione emocje. Od zaskoczenia, przez rozbawienie, zniesmaczenie, oburzenie, jak i zrozumienie. Możliwe, że przesadziłam, ale przecież do odważnych świat należy.

– Bardzo odważne sformułowanie. Podoba mi się. – skomentowała Anizja – a jakie jest pani doświadczenie zawodowe?

Cholera… Zamilkłam.

Wirginia spiesznie wyjęła CV i położyła je przed Anizją. Ta spojrzała niechętnie na kartkę i, sądząc po jej minie, zdziwiła się przeogromnie.

– Więc… Wróci pani do mieszkania, jeśli pani nie zatrudnimy? – zapytała

– No tak…

– I będzie pani oglądała Przyjaciół?

– Tak.

– Z Jennifer Aniston.

Pomyślałam, że to chyba najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna świata.

– Tak.

– Tą samą, której menedżerką rozwoju osobistego była pani przez ostatnie trzy lata?

Yyyy… co? Co ta moja matka… Wpisała coś, w co przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy. Nie ma takich idiotów na ziemi. Ale jak reżyser każe, aktor musi grać.

– Dokładnie tę samą.

– Wie pani… to może przejdźmy na język angielski.

Zdecydowanie nie wyglądała na taką, która łyknęłaby równie absurdalne kłamstwo.

A jednak, po przegadaniu około dwudziestu minut w języku angielskim, omówieniu pogody, filmów, seriali, zainteresowań, a także moich niby-studiów, zarówno menedżerka, jak i rekruterka zdawały się mnie polubić. Nie obiecywałam sobie jednak zbyt wiele. W sumie i tak nie chciałam tej pracy…

W tym momencie do sali konferencyjnej wbiegł jakiś facet w krawacie, spanikowany i krzyczący wniebogłosy:

– Nie, to się nie uda! Nie dam rady! Przez ten audyt wszyscy stąd wylecimy!

Dopiero wtedy nas zauważył, i w tej samej chwili szepnął drżącym głosem:

– Przepraszam, nie wiedziałem…

Wirginia i Anizja siedziały jak wryte.

– Niech się pan nie martwi. – uśmiechnęłam się – Jeżeli w wyniku audytu nie zostanie udowodnione oszustwo bądź przestępstwo, to nikt nie ma prawa wylecieć. A jeśli są błędy w procedurach lub zarządzaniu, to po prostu przez jakiś czas będzie więcej roboty. Tylko spokój. Najgorsze, co może pan zrobić, to pokazać się audytorowi w tym stanie.

Moja mama wiele razy powtarzała to swoim współpracownikom przez telefon. A jednak, czegoś się od niej nauczyłam…

Pewna, że i tak rozmowa o pracę nie dawała mi szansy na zatrudnienie, wstałam, pożegnałam się z wszystkimi uściśnięciem dłoni, a następnie wyszłam z sali i poprosiłam recepcjonistkę o otworzenie mi drzwi.

A następnego dnia dowiedziałam się, że firma Kantock Services proponuje mi pracę na stanowisku pod przepiękną polską nazwą In-site Coaching Specialist. Przyjęłam. Co tu dużo mówić, zaapruwowałam ten czelendż.

[1] wersja dla singli, socjopatów, i karierowiczów: rozwój osobisty

[2] przyznajcie się, też myśleliście, że pisze się „do termosa”! Ja owszem…

Jesień

A te kwiaty delikatne, te białe drobinki na krzewach

nuty zawieszone naprędce ołówkiem w powietrzu

młode, zwiewne, urocze

jak słowa chłopca do ukochanej…

Natura, ta poetka, kusi, by owoce tworzyć

uparcie, rok w rok, wiosna w wiosnę

interesownie, jak to baba!

byle wykorzystać, jak facet!

A potem jesień pełna barw nadchodzi…

las-nieg-jesien-pierwszy-droga-brzozy

Jak skutecznie popełnić samobójstwo

No i dobra, wszystko bez sensu. Nic, tylko się zabić. Ale mam dzisiaj deprechę.

Te zdania, i jeszcze sporo innych. Denerwuje Cię do granic wytrzymałości, kiedy ktoś tak mówi, bo inni wyolbrzymiają swoje problemy, wrzucając je do tego miejsca, w którym Ty tak naprawdę się znalazłeś. Dzięki swojej literacko-potocznej przesadni sprawiają, że Twoje osobiste zmagania nad przekonaniem samego siebie, że jednak warto się obudzić, stają się zwykłym banałem. Tyle że oni na swoją „depresję” zjedzą czekoladę, wyjdą na imprezę, ewentualnie na zakupy. Z Tobą jest nieco inaczej. Ty chciałbyś zniknąć, rozpłynąć się… umrzeć.

0c5bcb38c316e69de506d8bc93162bd0

Tak, wiem, w Twoim przypadku naprawdę jest źle. Wierzę Ci. Nie będę się starała przekonywać, że przesadzasz, że przecież nic się nie dzieje, że całe życie przed Tobą, a wszystko dzieje się po coś. Nawiasem, sama szczerze nienawidzę tych sformułowań. Nie było gorszej rzeczy, którą mogłam usłyszeć w moich najmroczniejszych momentach życia. Nie będę się tu licytowała na bagaże doświadczeń, bo nie w tym rzecz. Wiem i rozumiem, z jakiegoś powodu jest Ci bardzo ciężko. Może twierdzisz, że nie masz przyjaciół, że nikt Cię nie zauważa – ja Cię zauważyłam, a prawdopodobnie nawet Cię nie znam. Rozejrzyj się, bo na pewno nie jestem jedyną taką osobą. Nie poddawaj się, szukaj pomocy, próbuj się podnieść. Tak, to na pewno cholernie ciężkie. Nie, na pewno nie wiem, jak to jest być Tobą – dlatego nie oceniam.

Na koniec, przepraszam Cię, ale moją radą tutaj nie będzie lista sposobów na śmierć, tylko lista drzwi, do których warto, byś zapukał i porozmawiał. Choć jeden jedyny raz. Wiem, że nie wyolbrzymiasz i wierzę, że jest Ci cholernie ciężko. Ale daj sobie jeszcze choć jedną jedyną szansę. Przekręć któryś z tych numerów. Nie uciekaj w samobójstwo, raz jeszcze się zastanów.

…aha, i masz moje błogosławieństwo do przybicia piątki osobom nadużywającym słów: „depresja”, „teraz już tylko umrzeć”, „żyć się nie chce”, itd. Możesz przybić im piątkę. W twarz. Krzesłem.

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Gdybobranie

Gdybyś był

bylibyśmy księżycowymi akrobatami

na trapezie osiedlowych huśtawek

odczynialibyśmy akrobacje światu dotąd nieznane

byłbyś poetą smutnych wieczorów jak ja

wypalałbyś dwa L&M-y i mawiał że kochasz

ponad życie, ponad księżyce

ponad światy i kontynenty


a ja opowiadałabym ci historie

które prawdą nigdy nie były, nie są i nie będą

czytałbyś je prosto z moich ust

na głos

i pilibyśmy z gwinta

atramentowy sok malinowy pełen tlenu

który dostarczasz mi z tak daleka

pełen fermentu


więc chodź, nie wstrzymuj się

ty jeszcze nie znalazłeś

ale ja już mam

i z połową serca bujam się

jak kaleka

szukając życiodajnego pigmentu.

Symetria

I’m just the shadow of the man I used to be

And it seems like there’s no way out of this for me.

I used to bring you sunshine

Now all I ever do is bring you down.

How would it be if you were standing in my shoes?

Can’t you see that it’s impossible to choose?

Oh there’s no making sense of it,

Every way I go I’m bound to lose.

Freddie Mercury, Too Much Love Will Kill You

Obudziłem się. Śladowe promyki słońca przedzierały się do mojego pokoju poprzez szare chmury. Dookoła mnie leżały resztki rozkładających się obiadów sprzed co najmniej dwóch tygodni, puste butelki i puszki, przeróżne elementy mojej garderoby, porozrzucane kartki gęsto zapisanego papieru. Powietrze nosiło duszące brzemię intensywnej nocy. Obok spała ona. Nie widziałem jej twarzy. W bladym świetle ponurego poranka widziałem tylko plecy, na które opadały jej długie jasne włosy. Jak dobrze, że była wtedy przy mnie…

Obudziłem się, bo przyśnił mi się koszmar. Ten co zwykle. Uderzyłem w ciemność. Zanurzyłem się w nią i zamiast rosłego mężczyzny, nagle stałem się małym przerażonym chłopcem. Ciemność mnie zmieniła, zmiażdżyła. Mój sen… jak zwykle jednocześnie abstrakcyjny, jak i przerażająco realistyczny.

Więc czy na pewno sen?

Gdzieś w głębi swojej piersi krzyczałem bezgłośnie z całej mocy moich płuc. Czułem paniczną chęć ucieczki – dokąd, przed kim lub przed czym, tego nie wiedziałem. Potrzebowałem, by ktoś zapewnił mnie, że wszystko będzie dobrze.

Poruszyła się. Czyżbym obudził ją panicznie postrzępionymi myślami?

Wstrzymałem oddech. Nie chciałem, by zobaczyła mnie w tym stanie.

Myśląc, że jeszcze śpię, musnęła delikatnie moje ramię i pocałowała mnie w policzek.

Odwróciłem się, by zobaczyć te wpatrujące się we mnie wielkie oczy pełne jasności. Po ułamku sekundy te same oczy, zamiast się uśmiechać, wpatrywały się we mnie z troską. Tak bardzo chciałem jej opisać to, co działo się we mnie. I kiedy już wszystko zaczęło układać się w całość, a całość ubierała się już powoli w złożone, ale sensowne zdania; jej spojrzenie pogmatwało mi wszystko. To niemożliwe, abym wypowiedział to wszystko na głos. Nie tak, nie przy niej.

Spojrzała na mnie i natychmiast odczytała wyraz mojej twarzy.

– Co się stało?

Dlaczego, dlaczego tak proste pytanie okazało się być tak trudne? Musiałbym opowiedzieć jej cały mój życiorys, by zrozumiała choć po części to, co wtedy czułem.

– Nic szczególnego. Miałem zły sen.

– Opowiedz.

Tak stanowczego tonu nie usłyszałem u niej jeszcze nigdy.

Otworzyłem usta, by coś powiedzieć. Zawahałem się. Przez głowę przemknęła mi Miłosna Pieśń J. Alfreda Prufrocka. Przez tę chwilę musiałem wyglądać jak glonojad próbujący odessać się od ścianki akwarium.

Jakże się więc odważę?

Jak mam właściwie zacząć?*

– Kochana… – zacząłem niepewnie.

Powiedzieć, że chadzałem nieraz uliczkami

O zmroku, śledząc, jak się unosi dym z fajek

Samotnych mężczyzn, wychylonych z okien?…

Lepiej byłoby już być parą chropawych kleszczy

Przemykających się po dnach milczących mórz.*

– Mów.

– Czy miałaś kiedyś takie wrażenie, że gubisz się we własnych myślach, we wspomnieniach… Do tego stopnia, że bieg czasu wyprzedzał ciebie samą? Że sama już nie wiedziałaś, czego chcesz od życia, i czy w ogóle masz jeszcze jakieś marzenia? Czy czułaś się pusta i samotna? Czy miałaś kiedyś wątpliwość co do tego, kim właściwie jesteś i po co żyjesz?

Jasna cholera, tego się obawiałem.

„Nie, mnie chodziło w ogóle

Nie o to; o coś zupełnie innego”.*

To, co powiedziałem, zdecydowanie kontrastowało z okolicznościami. Z czymkolwiek, czego ode mnie wtedy oczekiwała. Żałosne, żałosne. Obudzić się rano obok faceta i usłyszeć tak żałosną serenadę, mój Boże…

Starzeję się… starzeję się… niestety…

Trzeba będzie do spodni dorobić mankiety.*

Zaśmiała się nerwowo, a powód jej zakłopotania wyrósł pomiędzy nami niczym mur.

Otwarła usta, by coś powiedzieć.

– Nie – powstrzymałem ją, dotykając palcami jej ust – Nie mów niczego. Niepotrzebnie to powiedziałem. Mam tylko jedną prośbę. Obiecasz mi coś?

– Oczywiście.

– Pośpijmy jeszcze chwilę. Nie znikaj, bądź tu nadal, kiedy się obudzę.

Idiota, no kompletny imbecyl.

***

Zbudził mnie nagły podmuch wiatru, wyziew utrzymujący przy życiu, lecz nie dający szansy na nowe.

Bez śladu zaskoczenia zauważyłem, że jestem sam. Przecież zawsze tak było, odkąd pamiętałem.

Zostawiła po sobie jedynie zapach na poduszce; jedyny, a w dodatku ulotny dowód swojego istnienia i obecności w moim życiu.

Spoko, takie życie.

Moje. Moje właśnie takie jest.

***

Obudziłam się przy nim, lecz on był jakiś nieobecny. Po takim wieczorze, takiej nocy! Chyba chciał się mnie pozbyć, bo mówił jakieś przedziwne i niestworzone rzeczy. A kiedy chciałam mu powiedzieć, jak okropny koszmar mi się przyśnił, on zamknął mi usta i powiedział, że chce mu się spać.

Wiem, zazwyczaj gadam okropne głupoty, typowa baba. Chcę powiedzieć prostą rzecz, a zahaczam o milion innych, zamieniając tym samym prostą mowę w niezrozumiały bełkot. Ale jak miałam ułożyć w słowa to, co czułam? To, co czuję nadal… Tak bardzo się boję, tak straszna ciemność czai się we mnie. Potrzebuję kogoś, kto by to zrozumiał. Ja sama już nie ogarniam samej siebie.

Jestem taka zmęczona.

Co gorsza, po raz kolejny intuicyjnie poczułam, że w mojej ciemności jestem skazana na samą siebie. Słowa są puste, zbyt abstrakcyjne, żeby opisać to, co człowiek przeżywa. A to, co się we mnie działo, było zbyt absurdalne, by o tym mówić.

Kiedy od niego wychodziłam, podniósł głowę i spojrzał w moją stronę. Nie byłam pewna, czy wciąż jeszcze śpi, czy może się obudził.

Czułam jednak na sobie jego pytające spojrzenie.

Podeszłam na palcach (idiotka, po to, aby go nie obudzić, kiedy właściwie nie chciałam, by wtedy spał) i pocałowałam. Odchodząc w stronę drzwi, powiedziałam tylko:

– I tak nie zrozumiesz.

*Fragmenty utworu T.S. Eliota The Love Song of J. Alfred Prufrock w przekładzie Stanisława Barańczaka

Sweet William

Sweet William

„So, I told my parents not to wake me up at all. If me and Sarah seeing each other is such a shame for them, then we should choose between three options:

  1. Let me stay in my bed forever,
  2. Let me stay in my bed until I die,
  3. Scream about how childish and irresponsible I am.

Well, obviously while I was busy considering option a and option b, course they made the decision for me, and now here we are: having a conversation about perfect relationships. Call me old-fashioned, but I think this subject perhaps shouldn’t be discussed with use of such expressions as ‘whore’, ‘slut’, and ‘gold-digger’”.

William, seventeen-year-old son of an implausibly rich chocolate factory owner and
a seemingly introverted petite wife of his, was in the middle of another educational quarrel concerning his current girlfriend. His parents obviously disapproved of the relationship, and that’s why they did their best to make the young boy leave Sarah.

It wasn’t easy, though. Will would always say that he was almost an adult and he wished his own decision be treated with all due respect.

‘You irresponsible spoilt kid! You always have whatever you want but you will never listen to us! Do you even realise how disrespectful it is?’

‘Yeah, I do. So, if you don’t mind, I shall leave you so that you avoid looking at your stupid spoilt wastrel.’

William stood up and walked through the front door, strolling like a gentleman taken from the 1920s. His calmness must have surprised his torturers so much that they were completely unable to react to his exiting immediately.

So then, Will walked into the night and struggled to weave a reasonable plan for the future. All he knew was that he loved Sarah with all his heart and hated his own parents for the oppression they created in their own home. They didn’t understand him, Sarah did. They didn’t love him, Sarah did. They only thought of money and reputation, Sarah used to say that his eyes were the biggest treasure she had ever seen in her entire life and there’s nothing else on the whole wide world that she’d cherish more. Well, that’s something…

Finally, he reached the destination of his nightly ramble. The temple of calmness, the tabernacle of tenderness and the anchor of his own loving heart. The house of Sarah, the Virgin Goddess.

He walked into the yard, stooped down to the ground and, with his palm, he sensed a tiny little smooth pebble. He threw it at Sarah’s window and waited for the light to turn on. After a couple of minutes he took another pebble, and he repeated the toss once again. The light didn’t turn on, but after a while that seemed to last throughout eternity the window opened with a muffled squeak.

A young girly face appeared in the moonlight. It was so fresh and beautiful that William instantaneously desired to kiss her lips and smooth her beautiful silky hair.

He was just about to call her and suggest going on walk together. But then he saw another figure in the dark. A masculine one. And it was so close his beloved one. Oh, goodness! They kissed!

And the dark masculine figure jumped down. From the place he landed at, the guy screamed:

‘And say hello to Willie Wonka! How sweet of him that he shares such a beauty with me!’

‘The hell, Peter! You’ll wake my parents!’

They both laughed cheerfully and she sent him a goodbye kiss.

Before he even felt a slightest jolt in his heart, William felt a strong one on his shoulder. It was his father’s hand shaking his arm gently, and his voice full of solicitude.

‘Well, that’s a banal story, my son. Isn’t it?’

BAJKA DLA POTŁUCZONYCH: O dziewczynce, która za dużo się śmiała

BAJKI DLA POTŁUCZONYCH

O dziewczynce, która za dużo się śmiała

Wcale nie tak dawno temu, i zupełnie niedaleko – możliwe, że nawet za rogiem najbliższego osiedlowego spożywczaka – żyła sobie dziewczynka, lat… eee… no, o wiek kobiet się nie pyta, o czym wykłady udzielać mógłby Roman Polański, a dziewczynka ta była, mówiąc bez ogródek, jakaś nieteges. To wcale nie kwestia wyglądu, proszę państwa. Nie jest to technicznie wykonalne w czasach, gdy ostatnim krzykiem mody bywa noszenie na sobie koca, tudzież podszywanie się pod bezdomnego, łamiąc jednocześnie stereotypy swoją niespotykaną higieną i spędzaniem czasu w antykwariatach z książkami oraz w modnych kawiarniach, albo też w czasach, gdy modną jest fryzura à la Hitlerjugend (która to fryzura jest popularna nawet u kobiet. Oooo, bynajmniej, nie o taką Polskę walczyli nasi dziadkowie i babcie!).

Ale do rzeczy. Dziewczynka (o wieku bliżej nieokreślonym i o wyglądzie zupełnie niewyróżniającym jej z tłumu, pośród którego zwykła stać w autobusie, jadąc do szkoły i z powrotem) miała jedną szczególną właściwość. Najbliższa rodzina ubierała tę cechę w następujące słowa:

– A ty co tak ryło zacieszasz bez powodu?

Tak, moi mili. Eufrozyna, bo tak miała na imię dziewczynka (sami widzicie, nawet imię miała z deka pokićkane) śmiała się, czasem wręcz niekontrolowanie, w najmniej oczekiwanych momentach. Może niezupełnie szczęśliwym byłoby twierdzenie, że śmiała się za dużo, ale na pewno nie śmiała się w sposób uregulowany przez ogólnie panujące w społeczeństwie konwenanse.

Może zamiast tak gadać po próżnicy, przytoczę wam jakieś z życia wzięte przykłady. Wtedy już na pewno pojmiecie, o czym mowa i uwierzycie mi, że naprawdę mamy tu do czynienia z niepokojącym przypadkiem.

Lekcja matematyki u Panny Kartezji. Wszyscy uczniowie grzecznie siedzą w ławkach i rozwiązują zadanie tekstowe z podręcznika, zżynając odpowiedzi z Internetu przy użyciu smartfonów, które w naszych czasach każde szanowane w swym otoczeniu dziecko dostaje z okazji swojej Pierwszej Komunii.

W tej pełnej pietyzmu ciszy nagle daje się słyszeć cichutki chichot, który stopniowo, powoli przeradza się w coraz to głośniejszy i głośniejszy śmiech. Panna Kartezja, lat… mniejsza o to (no jasne, że to nieistotne, przecież to kobieta, a w dodatku panna!), wstaje ze swojej katedry i, ze zmęczonym wyrazem twarzy, mówi:

– Eufrozyno, coś się stało?

Eufrozyna śmieje się jeszcze bardziej, ale próbuje się uspokoić i odpowiedzieć na upomnienie ukryte za niepozornym pytaniem matematyczki.

– Ja po prostu… nie umiem zrobić tego zadania.

– I tak cię to bawi?

– No, a pani nie?

Panna Kartezja wzdycha głęboko.

– Jedynka za dziwaczne zachowanie. Wzywam rodziców do szkoły, a tymczasem zapraszam do odpowiedzi.

Śmiech Eufrozyny staje się nie do wytrzymania. Dziewczynka przewraca się na podłogę i zaczyna się po niej turlać. Mięśnie brzucha aż bolą od tej przedziwnej radości.

Panna Kartezja spodziewała się takiego obrotu spraw i wie, co należy zrobić, by uspokoić uczennicę. Wyjmuje więc z torebki skórkę banana, zrzuca ją na podłogę, a następnie cofa się o kilka kroków, podbiega w stronę skórki, wpada w poślizg, natomiast nieubłagana grawitacja sprowadza ją do parteru.

Cała klasa w ryk. Eufrozyna podnosi się i otrzepuje ubranie z kurzu.

– Łehehehe, ale śmieszne… – przedrzeźnia kolegów i koleżanki, zmierzając w stronę tablicy, zwanej także Ścianą Płaczu.

Był też inny przypadek.

Przeżywszy lat… dobrych parę, babcia Eufrozyny, Agnieszka, zmarła sobie po cichu, w swoim przytulnym domku za miastem. Rodzice Eufrozyny chcieli ją zabrać na pogrzeb, ponieważ wiedzieli, że babcia bardzo kochała swoją wnuczkę. Dziewczynka z początku wzbraniała się, nie chcąc psuć uroczystości swoją obecnością, ale w końcu sentyment wziął górę i Eufrozyna wybrała się na pogrzeb. Obiecywała, że zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby się nie roześmiać. W najbardziej smutnych i wzruszających momentach uroczystości miała się ulatniać, pod pretekstem zaczerpnięcia świeżego powietrza.

Niestety, jak nietrudno się domyślić, Eufrozyna mimo swoich najszczerszych chęci nie potrafiła poskromić swojego dziwacznego śmiechu. Ledwie zdążyła przekroczyć próg świątyni, a już z niej wybiegła. Sam widok trumny wywołał w niej uczucie paniki. Dziewczynka czuła, jak śmiech zakrada się w jej płuca i mięśnie brzucha. Uciekła więc, zanim zdążyła doprowadzić swoim śmiechem do niezręcznej sytuacji.

Uświadomiła sobie wtedy, w jak tragicznym położeniu stawia ją ta dziwna przypadłość, po czym boleśnie zawyła ze śmiechu.

Życie Eufrozyny, ale także jej otoczenia, naprawdę nie było usłane różami. Mimo to, jakoś udało jej się doczekać swoich dorosłych lat. Była to już najwyższa pora, by poszukać sobie pracy, a może i jakiegoś konkretnego kandydata na męża.

Wybrała się więc Eufrozyna na rozmowę o pracę. Wszystko szło pięknie, dopóki pan Ważniakowski nie powiedział jej, jaka w jego firmie obowiązywała stawka godzinowa netto. Mimo usilnych starań i myślenia o rzeczach śmiesznych dla statystycznych ludzi (była tak zdesperowana, że myślała o Latającej Scenie 2, a nawet o Celebrity Splash i Twoja Twarz Brzmi Znajomo) młoda kobieta nie wytrzymała powagi sytuacji i soczyście parsknęła śmiechem.

Z szukaniem mężczyzny na całe życie też nie było lekko. Jednak któregoś dnia udało jej się wybrać na randkę z pewnym przystojnym panem, poznanym pobieżnie w klubie. „Bogu dzięki,” – myślała sobie – „nie mieliśmy okazji rozmawiać na żadne poważne tematy. Oby i tym razem udało się ich uniknąć”.

I kiedy Eufrozyna wyszła już była z mieszkania, to wsiadła do autobusu i wyruszyła na podbój serca tego, pozostającego jeszcze w błogiej nieświadomości, mężczyzny. Usiadła przy oknie, wpatrując się w uliczki, które z wolna zaczynał otulać mrok wieczora.

Na przystanku czekał na nią niezwykle przystojny Niebieskooki, który w każdym calu spełniał  jej wzorzec mężczyzny idealnego. W dłoni trzymał bukiet najczerwieńszych róż, ubrany był w najelegantszy garnitur, a pod pachą trzymał tomik poezji Stanisława Barańczaka. Ach, cudzie natury! Jak niezwykłe są twe przymioty!

Ok, narratora może odrobinę poniosło. Ale gdybyście i wy mogły to zobaczyć, drogie Czytelniczki… Nie mogłybyście spać przez bity miesiąc, a mimo waszego niewyspania uśmiech nie znikałby z waszych twarzy.

Tenże mężczyzna podszedł do Eufrozyny, uśmiechając się od ucha do ucha, zupełnie jak w zwolnionym tempie, a włos jego powiewał na wietrze. Gdy wreszcie zjawił się przed samymi jej oczami, zadał jej pytanie, które przeniknęło każdą cząstkę jej niewieściego serca:

– Przepraszam panią, czy to była sto dwudziestka jedynka? Zamierzam oświadczyć się mojej dziewczynie, a ma wysiąść ze sto dwudziestki jedynki.

Cios. Eufrozyna roześmiała się ze smutku i śmiała się tak, jak jeszcze nigdy do tej pory.

– Nie. – odparła oschle, i wtedy dostrzegła niezbyt urodziwego mężczyznę z lekko uwiędłą herbacianą różyczką w dłoni. Widać było, że nieśmiało kogoś wyczekuje i wypatruje pośród tłumu wysiadających.

Kobieta podeszła do Herbacianoróżyczka i zagadnęła:

– Dobry wieczór, to chyba na mnie czekasz.

Niezbyt urodziwy chłopina poprawił swoje hipsterskie okulary, rozluźnił mocno zaciśnięty na jego szyi staroświecki krawat, i przemówił:

– O, być możee… Ty pewnie jesteś… E… ?

– Eufrozyna.

Mężczyzna zaszlochał.

– Boże, co za straszne imię, musisz być okropnie nieszczęśliwą osobą!

Usłyszeć takie słowa na pierwszej randce to zdecydowanie żadna przyjemność. A wywołanie płaczu w pierwszych sekundach spotkania to już anomalia, która nie mieści się w żadnej, nawet kretynicznej, głowie. Eufrozyna nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Pierwszy raz w życiu.

– To może sam się przedstaw, jak takiś mądry? – zapytała wreszcie, zebrawszy swą szczękę z chodnika.

– Przepraszam, gdzie moje maniery – opanował się mężczyzna – Cierpisław, bardzo mi miło.

Cierpisław wręczył jej kwiaty i ucałował w dłoń szarmancko.

Eufrozyna była bardzo współczującą osobą, więc od razu zrobiło jej się smutno z powodu tego niefortunnego imienia. Z początku, stojąc jak słup soli, i z przylepionym do twarzy pokerfejsem, próbowała zapomnieć o tym, co właśnie usłyszała. Na marne. Chichot wyrwał się z jej ust i dotarł do uszu Cierpisława.

– Takie to śmieszne? – zapytał Cierpisław, samemu również śmiejąc się do rozpuku, gdyż było mu niezmiernie przykro.

– Haha, masz debilne imię, musi ci być niezmiernie przykro z tego powodu!

Eufrozyna tak bardzo się śmiała, że aż uroniła kilka łez. Wtedy zaczęła płakać, a potem znów szaleńczo się śmiać. Zatracała się to w szlochu, a to w histerycznym heheszkowaniu. Po kilku minutach, kiedy już prawie się uspokoiła, pewna była, że Cierpisław przeraził się jej zachowaniem i uciekł w popłochu. Jednak gdy otarła łzy, przed jej oczami wciąż stał ten Przeszczep. Ludzie, którzy stali na przystanku, przesunęli się tymczasem na drugi koniec zatoczki z obawy przed tym niecodziennym zachowaniem, a jednocześnie z żywym zaciekawieniem obserwowali rozwój wypadków. Ktoś wyjął telefon i zaczął kręcić filmik.

– Jeszcze tu jesteś? – zapytała osłupiała Eufrozyna

– Czemu miałbym odejść? – zdziwił się Cierpisław.

– Bo zachowuję się jak skończona idiotka na samym środku ulicy i przynoszę ci wstyd?

Cierpisław westchnął głęboko, spojrzał Eufrozynie w oczy, i powiedział:

– Dlaczego, skoro wiem, że to właśnie na ciebie czekałem? Sprawiasz, że płacz miesza się ze śmiechem. Ja całe życie tylko płaczę. Niezależnie od okoliczności. Tylko ty możesz uczynić moje życie kompletnym i szczęśliwym.

Dziewczyna pochwyciła dłoń Cierpisława, spojrzała głęboko w źrenice jego oczu, i odparła:

– Dziękuję, ale nie jestem zainteresowana. Mnie tam śmiech do szczęścia w zupełności wystarcza.

Powiedziała to nieszczerze. Wcale tak nie uważała. W głębi serca czuła, że w swoim śmiechu pozostaje jedną z najnieszczęśliwszych osób na świecie. Ale uznała, że lepsze to niż sztampowe „to nie ty – to ja, to wszystko moja wina” albo „zostańmy przyjaciółmi”. Cierpisław po prostu jej się nie podobał.

Eufrozyna podbiegła do odjeżdżającego właśnie autobusu linii 121, z którego właśnie wysiadała przyszła żona pana Idealnego, i wskoczyła do środka, a drzwi zamknęły się niemal w tej samej sekundzie. Śmiejąc się do rozpuku, Eufrozyna obserwowała znikającą w oddali smutną postać Cierpisława.

A potem… co było potem? Eufrozyna postanowiła zostać artystką kabaretową. Chodziła na castingi, chodziła, aż wychodziła sobie swoją świetlaną karierę. Kilka lat później znana już była jako Kamienna Twarz Kabaretu, ponieważ nigdy nie spaliła nawet najśmieszniejszego skeczu. Była szczęśliwa. Wewnętrzny śmiech tłumiła bardzo skutecznie. Zamiast się śmiać, rozśmieszała innych. Nie myśląc o smutnych rzeczach, tak wiodła swoje słodko-gorzkie życie.

Morałów z tej bajki można wyciągnąć kilka:

  1. Nie każdy, kto się śmieje jest człowiekiem szczęśliwym.
  2. Nie każdy, kto zachowuje kamienną twarz jest smutasem.
  3. Ten, co wiecznie płacze i wzdycha – tak, ten zdecydowanie jest nieszczęśliwym nieudacznikiem.
  4. Komedie romantyczne niewiele mają wspólnego z bajkami dla potłuczonych.
  5. Szukanie pracy to wrzód na tyłku.
  6. Podobnie jak kobiety, które łamią serca biednym facetom. A może i na odwrót, a może i tak, i tak.
  7. Jakkolwiek empatyczni byśmy nie byli, zdarza nam się ranić ludzi, którzy na to nie zasługują.
  8. Osoby poznane w klubach zwykle przestają być atrakcyjne w świetle dnia, i… po wytrzeźwieniu.
  9.   Czasami jedyne, co nam pozostaje, to śmiech. I wspomnienia.