Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (7)

Sebastian

Te ostatnie dni to jakiś żart. Sypie się dosłownie wszystko.

No dobra, może parę rzeczy.

Okej, jedna. Rzuciła mnie kobieta.

Ta sama kobieta, której podporządkowałem moje plany. Brzmi to jak tekst pospolitego romansu lub deklaracja młodego gimbusa, ale… Marta była całym moim światem.

Zamiast spróbować dostać się do dużej firmy zajmującej się doradztwem zawodowym, gdzie mogłem zarobić naprawdę spore pieniądze (zresztą, mój kolega ze studiów chciał mnie wtedy polecić szefowi), ona namówiła mnie na staż w gabinecie mojego profesora. Tego samego, który szczerze mnie nienawidził: zawsze wymagał ode mnie najwięcej, a najwyższa nota, jaką mi kiedykolwiek dał, było 4.

M. mówiła: „Owszem, może i praca pod kierunkiem Dundra przyniesie niewielkie pieniądze, ale za to zdobędziesz znacznie lepsze kwalifikacje niż w jakiejś komercyjnej firmie, szersze spojrzenie – dzięki temu w przyszłości będziesz mógł wrócić z bogatszym doświadczeniem, i z miejsca cię przyjmą!”

Ja wiem, idiotyczne. Co smutniejsze, całkiem możliwe, że przez sześć lat związku, a wcześniej jakieś dwa lata przyjaźni, nie zauważyłem, że zadaję się z kompletną idiotką. Z tego wynikałoby, że w zasadzie nie wiadomo, które z nas dwojga było głupsze…

To jeszcze nie wszystko. Chciałem mieszkać sam, czekając do ślubu z zamieszkaniem razem – bo przecież kiedy korzystać z wolności bycia kawalerem na piśmie, jeśli nie do oporu?!?

Nie. Rok temu Marta orzekła: „utrzymywanie dwu mieszkań jest zbyt drogie. Wprowadzam się”. Tak po prostu. Pół godziny później przyjechała do mojej kawalerki z bagażami, które sam wniosłem (nomen omen, sam zgotowałem sobie piekło na ziemi: wniosłem puszkę Pandory, którą Pandora-Marta wypakowała, zajmując większość mojej przestrzeni). Jakiś czas później dowiedziałem się, że zwyczajnie przestała płacić rachunki, przez co właściciel mieszkania się wściekł i kazał jej się wynosić. Przekazała mi to jej współlokatorka, ale wypowiedziała magiczne słowa „w sekrecie”, więc zachowałem to dla siebie. Milczałem, bo było mi żal Marty.

Moja narzeczona nie dokładała się do czynszu, nie sprzątała, nie robiła zakupów. Jedynie od czasu do czasu zamawiała dla mnie pizzę na obiad i zostawiała dla mnie tyle, ile jej zostało.

Mimo że ja byłem już półtora roku po absolutorium, a studia zaczynaliśmy w tym samym czasie – ona wciąż studiowała. Czy się uczyła? Cóż… Często wychodziła ze swoimi dziewczynami z fitnessu do klubów studenckich. A gdy sugerowałem drobne zmiany w jej zachowaniu, ona miała jedną, podobno dobrą, ripostę: jesteś tylko facetem. Nie musisz tego rozumieć.

Boże, jaki byłem ślepy… Przed nikim nie ośmieliłbym się przyznać, że jestem cieniasem, a nie mężczyzną. Ale nikomu nie musiałem tego mówić: wszyscy to widzieli.

Ale ja wciąż wierzyłem, że wszystko może jeszcze zmierzać ku lepszemu. Że przecież w głębi serca Marta jest kochaną dziewczyną, w której zakochałem się pewnego majowego wieczora, gdy odprowadzałem ją z juwenaliów. Miała taki uroczy uśmiech, tak delikatną dłoń… i przesłodkie usta.

Fakt, była pijana. Wręcz na*&bana jak stodoła, a następnego dnia nie pamiętała mojego imienia. Ale…

Nie no, co ja pieprzę!!!!! bez jaj!!! Sześć lat życia w pizdu!!! A ja zamiast się cieszyć i świętować, upijam się i zaniedbuję moją pracę, łażę nocą po parku z piłą ręczną, by spiłować kłódkę, którą kiedyś zatrzasnęliśmy z Martą na jednym z mostków. Sęk w tym, że chyba już nie pamiętam, na którym. I w którym parku. I ile lat temu to było.

Jedna rzecz przelała czarę goryczy: zapytałem Martę, czy znam człowieka, z którym się spotykała przez cały ten czas. Początkowo nie chciała mi odpowiedzieć, ale wreszcie to z niej wydusiłem, przyciskając ją za szyję do ściany (jak na opanowanego psychoterapeutę przystało).

Poczułem się w jednej chwili jak w jakimś tanim sitcomie. Tak, jakby otaczał mnie tłum ludzi czekający ze swym gromkim śmiechem i oklaskami do momentu, aż ja wybuchnę płaczem i ucieknę. Zamiast tego, z kamienną twarzą wyjąłem te wszystkie puszki Pandory, które sam kiedyś wnosiłem, i zacząłem wrzucać do nich, co popadnie. Marta stała nade mną, szlochając i chlipiąc: „Przepraszam, przepraszam, Sebastian! Przepraszam! Wiem, skończona suka ze mnie, zniszczyłam ci życie! Ale proszę, powiedz coś, cokolwiek. Spójrz na mnie!”

Nie przeszkadzałem sobie. Nie spojrzałem w jej stronę dopóki nie spakowałem każdej rzeczy należącej do Marty.

Wreszcie znalazłem także jej indeks z czasów, gdy naszym dziekanem był profesor Dunder. Otworzyłem go na stronie z ocenami, po czym dopisałem dodatkowy przedmiot: ZAJĘCIA DODATKOWE W MIESZKANIU PANA PROFESORA. Poniżej dodałem adnotację: „dziekanat prosi o wypełnienie kolumny z oceną i zamieszczenie podpisu”.

Podałem jej, poprosiłem, by przekazała swojemu ukochanemu Profesorowi, i odprowadziłem ją do samej taksówki. Wrzuciłem jej walizki do bagażnika, po czym grzecznie poprosiłem o zwrot kluczy do mieszkania.

I pojechała. A ja poczułem się, jak chłopiec, którego dzieciństwo właśnie się skończyło.

A potem były te sesje z tobą, Arleto. Te, które przerywałem w trakcie lub podczas których zwyczajnie zwierzałem się z moich problemów, zamiast wysłuchiwać twoich.

A ty udzieliłaś mi genialnej w swej prostocie rady. Przez co pomyślałem tylko, że dupa ze mnie, a nie psychoterapeuta.

– Przepraszam… Ale muszę przyznać, że doceniam twój tyłek.

Ok, dzięki… No więc, teraz chyba czas najwyższy zmienić…

Słucham? Że co? Mój tyłek? Naprawdę?

– Wysiłek, powiedziałam wy-si-łek.

Aaaa… No tak, rzeczywiście, było mi ciężko. Ale teraz chyba czas iść naprzód. Rzucić robotę, poszukać nowej! Cieszyć się każdą chwilą życia! Hik… Masz może jakiś alkohol? Tak bardzo mi pomogłaś, musimy to oblać!

Arleta

Dzień 14

Rano (ok. 12)

Obudziłam się na podłodze w kuchni przy ścianie, z jakimś tobołkiem podłożonym pod głowę. Obok leżały dwie butelki po winie i Sebastian, a raczej coś, co kształtem go przypominało. Podniosłam się i usiadłam, opierając się plecami o ścianę. Ranyyy, niemożliwe było znalezienie takiego miejsca, które by mnie nie bolało.

Podrapałam się po głowie, zastanawiając się, jaki to dzień tygodnia. Emmm… w poniedziałek postanowiłam się zamknąć w czterech ścianach i obżerać się do granic przyzwoitości. A, no tak… To było wczoraj. Zanim nie zjawił się on. Szaleniec z piłą ręczną. Więc dzisiaj wtorek. Dzień jak co dzień. Nic zaskakującego, żadnego przełomu na kartach mojej historii.

Chociaż… Nie, momencik, wygląda na to, że wczoraj wydarzyło się coś istotnego. Moja głowa… Chyba sobie przypominam… Coś tam, że kończy pracę w tym czymś… tym gabinecie, w którym mnie przyjmował. Łeeee, to nic strasznego! Najważniejsze, że do niczego między nami nie doszło.

Mam tylko nadzieję, że nie powiedziałam mu tego, że za każdym razem, gdy przechodził obok mnie, gapiłam mu się na tyłek.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s