Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (8)

Dzień 15

O nie, chwileczkę, przepraszam! To jeszcze nie może być dzień następny!

Właśnie sobie uświadomiłam, że przecież Sebastian nie może ot tak po prostu zrezygnować ze swojej pracy! Przecież ma tam kilka ciężkich przypadków – pacjentów, którzy tak bardzo przywykli do rozmów z nim, że nagła zmiana psychoterapeuty może dla nich oznaczać zastój, lub wręcz krok w tył w ich terapii. To nieludzkie, tego nie robi się dziwolągom.

No i mi też. Mnie się nie zostawia.

Nie żebym była jakąś psychopatką czy coś. Po prostu…

Panicznie się boję. Nie chcę zostać sama z tym całym burdelem w głowie.

Wrrrróć – wskazówka w tył!

 

Dzień 14

Mam nadludzkie siły. Handluj z tym.

Sebastian wciąż wbijał tępy wzrok w sałatkę, którą wcześniej próbował zjeść, choć najprawdopodobniej była, delikatnie ujmując, niezdatna do spożycia. Ja tymczasem otwierałam drugą butelkę wina. Do pełnego romantyzmu brakowało już tylko świec.

I stołu z krzesłami.

I czegoś do jedzenia.

I eleganckich strojów.

I Ryana Goslinga w łódce, wiosłującego w deszczu, zamiast zwariowanego psychoterapeuty z piłą.

No i… to nic osobistego, ale Sebastian naprawdę mógł przyjąć moją propozycję skorzystania z mojej łazienki.

– Seba….aastian – wyjąkałam wreszcie, zmagając się z czkawką.

– Tak?

– Ale przecież ty nie możesz tak po prostu rzucić tej roboty.

Natychmiast oderwał wzrok od sałatki, aby spojrzeć na mnie szerokimi ze zdumienia oczami.

– Jak to?

Zaczerpnęłam głęboki łyk powietrza. Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu.

No dobra, teraz trochę popłynęłam.

– No booo… tam pewnie jakiś okres wypowiedzenia jest w tym naszym wariatkowie, prawda?

– Chrzanić okres wypowiedzenia! Poza tym wszystkim, moja umowa nie zawierała żadnej klauzuli, która przewidywałaby, że mój zwierzchnik będzie bzykał mi narzeczoną.

Taaak, mocny argument.

– Ale myślisz, że cię tak po prostu wypuszczą?

Zabrzmiało, jakby to Sebastian miał problem z psychą. Choć w sumie nie było to chyba sprzeczne z prawdą.

– Wypuszczą, nie wypuszczą – co za różni… Czekaj, czekaj! – nagle Psychosebę coś olśniło – ty się martwisz nie o mnie, a o samą siebie! Mam rację?

Jego triumfalny ton sprawił, że moje dalsze próby kamuflażu zdecydowanie utraciły rację bytu.

Westchnęłam, i nawet nie wiem kiedy, łzy wezbrały mi w oczach, by powędrować w dół, do gardła, gdzie utworzyły potężną gulę, przeszkadzającą mi w wyprodukowaniu jakiejkolwiek obiektywnej wypowiedzi.

– Bo widzisz… – zaczęłam drżącym głosem i odchrząknęłam, panicznie usiłując pozbyć się tej babskiej guli z grdyki – ja… ja się boję.

– Czego?

– Zostać sam na sam z moimi myślami. One w jednej chwili są zabawne, że aż… no, czasem w porywie emocji się uśmiechnę. A czasem…

Chyba czas odrobinę nagiąć fakty, by nie stracić mojej męskiej przyjaciółki. A może to wszystko prawda, tylko ja próbuję ją wepchnąć w otchłanie mojej podświadomości?…

– Co czasem? – zniecierpliwił się Sebastian

Westchnęłam raz jeszcze.

– Czasem budzę się w nocy przerażona i zapłakana, zupełnie bez powodu, kompletnie bez sensu…

Poczułam ciepły strumyczek z wolna spływający po moim policzku.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu mnie olśniło.

– A poza tym… chyba nie myślisz, że tak po prostu jesteś już wyleczony ze swojej wieloletniej miłości do Marty?

Spojrzałam na twarz Seby, który chyba powoli zaczął już przysypiać, jednak wypowiedziane na głos imię byłej narzeczonej wyrwało go najwidoczniej z transu.

Patrzył tak na mnie przez chwilę oczami otwartymi tak, że bardziej otworzyć ich się nie da, aż w końcu wymamrotał:

– Masz rację…

Uff. Dobra nasza. Starałam się nie okazywać tego, jak wielką ulgę odczułam. To chyba jednak trochę niefajne, okazywać radość, kiedy w tym samym czasie komuś właśnie życiowe plany się dupły.

– Znasz to uczucie, kiedy nienawidzisz kogoś z całych swoich sił i masz ochotę wykopać tego kogoś poza orbitę Ziemi… a kiedy przychodzi noc, wyciągasz rękę i próbujesz tego kogoś przytulić, tylko po to, by trafić na pustkę u swego boku? – po dłuższym milczeniu wyrecytował Sebastian.

Odchrząknęłam, próbując wraz z tym czymś, co utkwiło mi w krtani, pozbyć się także sarkazmu.

– Znam. Doświadczył tego każdy, kto kiedykolwiek zaliczył zakończenie związku lub romansu. No shit, Sherlock.

Shit, to chrząkanie działa jednak niezupełnie tak, jak powinno.

I wtedy stało się coś dziwnego. Sebastian podał mi swój kieliszek, żebym nalała mu wina, następnie przytrzymał mój, żebym (równie hojnie, aż po brzegi, w końcu mieliśmy zwolnienie z savoir vivre’u) nalała też sobie. Spojrzał przy tym w moje oczy tak, że poczułam, jakby ktoś pukał do drzwi mojego paranoidalnie pokrzywionego umysłu. I powiedział to magiczne słowo, skubaniec jeden:

– Opowiedz.

No i popłynęłam, i to w dodatku o wiele bardziej niż Mickiewicz, bo byłam totalnie nawalona tym cholernym winem. A taki Mickiewicz… on chyba raczej nie pisał po alko? Niech ktoś zaprzeczy, przecież to niepedagogiczne uczyć się patriotyzmu i martyrologii od kogoś, kto pisał na bani!

Sam Hemingway nie powstydziłby się takiego pierwszego zdania, jakim ja zaczęłam moją opowieść:

– Bo to ch*j skończony był.

Po chwili namysłu zapytałam:

– Ta twoja Marta zdradziła cię po sześciu latach?

Sebastian przewrócił oczami.

– No tak, skąd możesz wiedzieć, od jak dawna. Ale ja pamiętam, jak wszyscy odradzali mi wiązanie się z moim facetem jeszcze dłuuugo zanim rzeczywiście do czegokolwiek między nami doszło. Twierdzili, że miał wiele przyjaciółek, koleżanek, koleżaneczek, sióstr kolegów, sióstr kumpli, sióstr sióstr, sióstr braci sióstr… itepe, itede. Nie słuchałam, nie patrzyłam. Kochałam. Teraz chyba już wiem, co to znaczy postradać zmysły.

– Hrrrrhrrhrrrrr…. – usłyszałam chrapanie spod lodówki, o którą opierał się Sebastian.

Nie zważając na nic, kopnęłam go z całych sił w kostkę.

– No słuchajżeeee! – zawyłam po krakowsku.

Poderwał się, biedaczysko, i nadludzkimi siłami począł znów wzbraniać się przed czychającym na niego snem.

– Posłuchaj. Moim priorytetem było spełnienie wszystkich jego oczekiwań: jak się zachowywać, w jaki sposób myśleć, jak się ubierać, z kim się przyjaźnić… wierzyć w Boga, czy stwierdzić, że to zwykłe badziewie dla słabiaków i nudziarzy bez pomysłu na życie, którzy na pasterkę przychodzą trzeźwi (podpowiem tylko, że jedyną słuszną opcją było to drugie). W końcu udało mi się wpasować w jego wzorce, a trwało to kupę czasu, bo całe pięć lat (no ku&*a studia, całą magisterkę wtenczas można zrobić!). A po roku naszej, już oficjalnej, współpracy okazało się, że przez całe te sześć lat koleś potajemnie spotykał się z dziewczyną, którą poznał jeszcze przede mną. A nie dowiedziałabym się tego, gdyby nie to, że pewnego dnia wyszłam na autobus, by pojechać do rodziców, ale wróciłam do mieszkania po książkę, którą zapomniałam ze sobą zabrać w podróż. 10 minut mnie nie było, a oni już zdążyli uporać się z całym ceremoniałem, i już tylko odpalali jedną postkoitalną fajkę od drugiej.
Dziesięć minut. Wiesz, co wtedy zrobiłam?

Sebastian tym razem był naprawdę przejęty.

– Co? – zapytał, rozdziawiając swą japę.

– Zaczęłam się śmiać. Poklepałam dziewczynę po ramieniu, mówiąc „no, jeśli tyle ci wystarczy, to będziecie z sobą naprawdę szczęśliwi.” Wyszłam, pojechałam do rodziców, a kiedy po tygodniu mojej nieobecności wróciłam do mieszkania, wszystkie jego rzeczy już zniknęły. To było jak marzenie: wszystkie elementy klatki, w której żyłam przez sześć lat, tak po prostu zniknęły. A trzy miesiące później zakochana para pobrała się, o czym dowiedziałam się z fejs-zboka. Ja w tym czasie życzyłam im wszelkiego dobra, zaciągając się mentolowym papierosem, leżąc na łóżku, na którym palenie zabronione było przez całe pięć lat naszego przedziwnego trójkątnego związku. Życie stało się piękne, wreszcie odzyskało swój słodko-gorzki smak.

– Tooo… – zająknął się Sebastian, po naprawdę długiej chwili, kiedy już przekonana byłam, że gościu zasnął.

– Tak? – zapytałam wdzięcznym głosikiem.

– To jest niesamowite!

– Hmmm?

– Ty, silna kobieta, ze stricte zdroworozsądkowym spojrzeniem na świat i wydarzenia wokół ciebie – TY niby potrzebujesz terapii? Z jakiej ku%wa paki?!

Nie wiem, co zaskoczyło mnie bardziej: to, że Seba zaklął (co w jego wykonaniu zawsze brzmi jakby to chłopiec z katolickiej szkoły nagle powiedział „o, kurka wodna!”), czy to, że ktoś uznał moje myślenie za zdroworozsądkowe. Wiem tylko tyle, że to, co powiedziałam w następnej chwili, było jednym z najlepszych pomysłów (lub nawet był to najlepszy pomysł) w moim życiu:

– Sebastian, mam objawienie… Oboje przecież jesteśmy dziwolągami, każde z nas jest zdrowo je&nięte. Zaprzecz, jeśli pozwala ci na to etyka lekarska, czy co tam cię obowiązuje.

– Nie zaprzeczę… Prosta logika mi zabrania.

– No właśnie! A co w takim razie podpowiadałby nam podręcznik pana profesora Ziembińskiego?[1]

– EEE?

– Nie, ja myślę, że zabrzmiałoby to nieco bardziej elokwentnie. Na przykład: leczmy siebie nawzajem. Do normalności zapewne nigdy nie dojdziemy, ale może dzięki temu… Kurde, jasna dupa, zgubiłam wątek.

Skupiłam swój, zabiegany do tej pory, wzrok na szafce kuchennej. Niestety, nie pomagało to nijak w zebraniu rozsypanych dookoła myśli.

– Nieważne, i tak się zgadzam. Porada za poradę, jakoś się dogadamy.

Sebastian po raz kolejny zabłysnął. Jeszcze trochę, i się w nim zakocham.

Albo…

Hrrrrr….. hrrrr…. Hrhrrr….

Dobranoc.

[1] Zygmunt Ziembiński (1920 – 1966), profesor, teoretyk prawa, autor podręcznika Logika Praktyczna, którym witani są studenci poniektórych uczelni, zamiast tradycyjnego chleba i soli.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s