Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (9)

Dzień 15.

Kac, kac, kac, kac, kac… Tak bardzo kac.

Chcecie dobrej rady? Jeśli będziecie mieli chęć zaburzyć czasoprzestrzeń, by powrócić do nocy poprzedniej – dobrze się zastanówcie, czy nie wiąże się to z ponownym przeżyciem tego samego kaca, i to w dodatku ze zdwojonym pier&*lnięciem.

Podniosłam się na łokciach, znów leżąc na podłodze, i oparłam się delikatnie o ścianę, przy której spałam. Obok leżał Seba, albo raczej jego zwłoki, bo duch zdawał się meandrować z dala od korpusu.

Przyglądałam mu się tak przez chwilę, stwierdzając kilka faktów:

  1. Marta, była narzeczona Sebastiana, musiała być kompletną idiotką, że wolała jakiegoś starucha od przystojnego (na swój sposób oczywiście) mężczyzny w sile wieku, który ma trzydzieści lat, a jeszcze nie zaczął łysieć.
  2. Nadal jeszcze nie zdążyłam wytrzeźwieć.
  3. Kilkudniowy zarost Seby plus ręczna piła, którą tu przytachał, zrobiły z niego… noo… takiego trochę drwala!
  4. Mieszanie białego i czerwonego wina niekoniecznie jest godne polecenia.
  5. Nigdy więcej.

Podniosłam się na nogi, opierając się plecami o ścianę. Dobrze się składa, dawno nikt nie omiatał ścian w tym mieszkaniu. Wyciągnęłam ręce równolegle do ziemi, niczym akrobata stąpający po linie, by złapać równowagę. Postawiłam pierwszy niepewny krok, potem następny, po czym niemal pocałowałam Matkę Ziemię, (lub raczej Matkę Podłogę).

„Ech, ta Gaja, dzisiaj znowu jej się na żarciki zebrało”, wymamrotałam, chwiejnym krokiem podążając do łazienki.

Uff… szybki szałerek, a potem będę jak nowonarodzona.

Nie patrzeć w lustro, nie patrzeć w lustro, nie. patrzeć. w. lustro. Niepatrzećwlustroniepatrzećwlustro. Ku&wa. Spojrzałam.

Naprzeciw mnie stała jakaś zwichrowana czupryna o przetłuszczonych włosach, z rozmazanym makijażem na twarzy, a przez jej ramię przerzucona była zmiętolona koszulka. Brr. Nie lubię patrzeć na siebie nagą, i to jeszcze w świetle tej jarzącej żarówy. To jakieś takie… brutalne. Brutalnie szczere.

Mniejsza tam. Gumki do włosów znowu nie było nigdzie pod ręką.

Ale jak to moja babcia mawiała, nie pękaj jak guma w gaciach. Dlatego też włosy związałam stanikiem, et voila! – Arleta umyta, prawie jak żywa.

Kiedy wróciłam do kuchni, Seba zdążył podnieść się z parteru i siedział tak sobie, jak gdyby nigdy nic z filiżanką kawy i croissantem. Skąd go wytrzasnął, pojęcia nie mam.

– Doberek! – wykrzyknęłam, po czym od razu się skrzywiłam na dźwięk własnego głosu

– A dzień dobry. – uśmiechnął się S. – tam na szafce przygotowałem też małe śniadanko dla ciebie. Takie skromne podziękowanie za to, że mnie przygarnęłaś.

Co za przemiły człowiek. Chyba już wiem, o kim będę myślała nocą, kiedy człowieka dopada największa samotność i zwątpienie w swoją niezależność. A może nie.

Złapałam kubeczek kawy i talerzyk z rogalikiem, po czym usiadłam naprzeciw niego.

– Czyli co… Nie jesteś już moim terapeutą?

– Ano nie. Zresztą, już od dawna nim nie byłem.

– Jak to?

Głębokie westchnięcie.

– Nie jest dobrze, gdy terapeuta zwierza się własnemu pacjentowi. Tak się nie robi.

– No dobrze… Czyli teraz po prostu jesteśmy kumplami?

– Dokładnie tak.

– Jasna dupa, to brzmi jakbyś ze mną zrywał – zażartowałam.

Nagle coś zaszeleściło pod moimi drzwiami, zadzwonił dzwonek, a następnie dały się słyszeć szybkie kroki w dal.

Spojrzałam zdziwiona jak sto pińdziesiąt na Sebę, wstałam i skierowałam się w stronę drzwi.

– Może to listonosz? – zainteresował się S.

– Taaa, jasne. I boi się interakcji społecznych, dlatego sam pokwitował przesyłkę i uciekł.

Wyjrzałam przez wizjer. Nikogo. No tak, już wiedziałam, co się święci.

Otworzyłam drzwi, a pod nimi leżały gęsto zapisana czerwonym długopisem kartka oraz bukiecik róż. To znowu ten mój wielbiciel spod piątki. Podniosłam kartkę i zaczęłam czytać:

Moja Królewno!

Wiem, że zeszłej nocy jakiś mężczyzna przyszedł do Ciebie w odwiedziny. Nie moja to rzecz oceniać, ale moim zdaniem powinnaś staranniej dobierać sobie mężczyzn, którymi się otaczasz. Czy nasz wieloletni związek nic dla Ciebie już nie znaczy? Moje uczucie straciło na wadze tylko dlatego, że ktoś inny postanowił Cię odwiedzić nocą?

Kochałem Cię. Zawsze będziesz zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Miałem wyrzucić te kwiaty, które wczoraj dla Ciebie kupiłem. Ale szkoda mi było je wyrzucić – więc masz! Serca nie masz, ale chociaż te róże będą Ci o mnie przypominały. Są piękne i kolorowe, ale będą więdły powoli – tak, jak moja miłość do Ciebie.

Twój na zawsze,

Kacper

– I kto, kto to był?

– No cóż… pewien dość… specyficzny doręczyciel. Doręczyciel-dręczyciel rzec by można. – odparłam, wyrzucając po drodze kwiaty oraz liścik do kosza, aby wreszcie usiąść znów przy stole i dokończyć śniadanie.

W ciszy konsumowaliśmy nasze przyjacielskie śniadanie. S. mruczał coś pod nosem, z lekko szyderczym uśmiechem na twarzy.

Dopiero po chwili udało mi się zidentyfikować słowa i melodię:

Miiiłość  rooośnie woookół naaaas

W spokojną jasną noooooc.

– A tego sku&wiela, który cię zdradził po latach związku… Cóż, najchętniej powiesiłbym za jaja.

– A ja bardzo chętnie zaprowadziłabym twoją byłą do sieciówki podczas wyprzedaży, i zamknęłabym ją w przymierzalni pełnej ubrań, ale bez lustra i iPhone’a.

– Cóż pozostaje dodać, Arleto – powiedział S., kiwając głową z uznaniem i podając mi rękę – Coś mi mówi, że to może być początek pięknej przyjaźni.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s