Dziennik Społecznego Dziwoląga (10) – brazylijska telenowela

Dzień 17

Piąteczek piątunio.

Wieczór, ofc.

A ja sama, ofc.

Ale oczywiście, że mi to nie przeszkadza. To, że w tym samym czasie moja współlokatorka znów zniknęła na 2 tygodnie ze swoim najnowszym modelem (tak jest, prawdziwym modelem, jakby wyciętym z reklamy Calvina Kleina, tyle że zupełnie niepodobnym do Biebera), albo to, że moja przyjaciółka Ela żyje sobie w szczęśliwym narzeczeństwie, i już planuje ślub, a także zastanawia się nad imieniem dla dziecka – te rzeczy wcale mnie nie przygnębiają. „Dlaczego?”, mógłby ktoś zapytać. Otóż, ja jestem dość niespotykanym egzemplarzem osoby, która potrafi szczerze cieszyć się szczęściem swoich przyjaciół. Wcale nie wyczekuję ich słabszych momentów, żebym mogła im pomóc i dzięki temu sama poczuła się lepiej.

Poza tym, jestem kobietą silną, samowystarczalną i spełnioną. Dzisiaj byłam na zakupach i nawet dostałam resztę.

I mam nowe szpilki. I sukienkę na ślub Eli. I nową suszarkę do włosów. Bo tamta stara jest… stara. A ta nowa jest ładna, firmowa, i ma kilka stopni regulacji, i była przeceniona ze 120zł na 60.

Właśnie, jestem kobietą sukcesu! Zarobiłam całe 60zł, i to tylko na jednej suszarce do włosów.

Kogo ja oszukuję.

Hmmm… Zdaje się, że powinnam zrobić coś ze swoim życiem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Znaleźć pracę? Pojutrze mam rozmowę w jakiejś-tam firmoszce, o której właściwie nie wiem nic. No ale mama. To jedno słowo wyjaśnia wszystko. Poleciła mnie, trzeba iść.

Swoją drogą, ta sama osoba, która załatwiła mi leczenie u psychologa, uznała nagle, że nadszedł dla mnie czas, bym poszła do pracy. Wieje mi tutaj nie tyle sandałem, co raczej kapką niekonsekwencji i… no, może ciuteńką hipokryzji. Ale tylko ciuteńką, bo przecież kocham moją rodzicielkę karmicielkę i nie mogłabym posądzić jej o takie przymioty.

Ok, czyli szukanie pracy z głowy. Choć mam niejasne wrażenie, że robienie dokładnie tego, co każe mama w moim wieku jest już poważnym obciachem. Problem w tym, że już nie umiem się tym przejmować…

I właśnie w takim nastroju sunęłam sobie z gracją pingwina, owinięta w kołdrę, trzymając w dłoni pusty kieliszek, który właśnie miałam napełnić moim idealnie schłodzonym babskim winem. Przystanęłam jeszcze na chwilę przed lustrem, by zobaczyć moją singielską spełnioną twarz. Resztki niedomytego tuszu do rzęs utworzyły fantazyjne ciapki wokół moich oczu, a włosy związane w kitkę na samym czubku głowy, o dziwo, dodawały mi nieco uroku. Ach, skromna piękna ja.

I już-już przestąpiłam próg kuchni, złapałam za drzwi lodówki z zamiarem sięgnięcia po wino, kiedy nagle z głośnym hukiem otworzyły się drzwi wejściowe. Usłyszałam odgłosy szamotania się z płaszczem i nierównego oddechu. No tak, pewnie to Ilona, moja dawno niewidziana współlokatorka marnotrawna.

Nalałam sobie wina i podreptałam z uśmiechem do przedpokoju, żeby się przywitać.

Zamarłam.

Na szafce przy drzwiach siedziała kompletnie rozmazana i okropnie potargana Panda, która z wyglądu jedynie przypominała Ilonę. Jej fryzura wyglądała tak, jakby ktoś związał jej naprędce włosy, po czym wsadził głowę do pralki i włączył wirowanie. Z jej eleganckiego granatowego płaszcza, którego zawsze jej zazdrościłam, wystawały jakieś habazie. A cudne czarne pończochy z koronkowym wykończeniem, których nigdy nie zgodziła się mi pożyczyć, były w strzępach. I… cóż, z prawej stopy zwisał jej czarny bucik, a spod lewej kapało jedynie błoto zmieszane z kropelkami krwi.

– Yyy… Cześć, Kopciuszku. – wydusiłam wreszcie, machając ręką w geście powitania.

Ilona schowała twarz w dłoniach i wydusiła:

– Proszę, zamknij dobrze drzwi. I sprawdź, czy wokół naszego bloku nie kręci się ktoś podejrzany.

Podejrzany? Nie ma tu takich, zdarzają się najwyżej zakapturzone postacie z piłą ręczną na podorędziu.

Natychmiast zrzuciłam z siebie kołdrę, odłożyłam kieliszek i szybko zamknęłam drzwi na wszystkie zamki i spusty, a następnie wybiegłam na balkon, żeby się rozejrzeć. Cisza. Jedynie pan Mietek pilnował całodobowego, opierając się o murek i trzymając butelkę sikacza w dłoni. Niczym Atlas dzierżący Ziemię, pan Mietek skutecznie chronił sklep przed zsunięciem się w nicość.

Wróciłam spiesznie do Ilony. Pomogłam jej wstać, zabrałam od niej płaszcz. Kiedy zdjęła tego swojego, pożal się Boże, osamotnionego buta, zaprowadziłam ją pod rękę do pokoju, bo trzęsła się dziewczyna jak osika na wietrze.

– Chcesz się czegoś napić? – zapytałam rzeczowo.

Nie podnosząc wzroku, Ilona odpowiedziała:

– Herbatę z rumem.

Co za burżuazja.

– Ok, już idę.

Ledwie zdążyłam postawić czajnik na kuchence, kiedy usłyszałam za sobą jej nikły głosik:

– No tak, przecież my tu nie mamy rumu… – przypomniała sobie wreszcie – Rum był u niego. – dodała z pogardą.

– Taaak… No właśnie, mam taką propozycję. – powiedziałam spokojnie.

– Mhm?

– Może wyjaśnisz mi, skąd u ciebie ten zaskakujący outfit? Czyżby on… ten… przestał cię już odwozić do domu i odprowadzać pod same drzwi, łasząc się wytrwale, żebyś go wpuściła?

Ilona znów się zachwiała, więc przysunęłam jej krzesło, by usiadła przy stole; ja sama usiadłam na blacie kuchennym, wbijając wzrok w mokre smutne oczy tej biednej Pandy.

– Tylko… pytanie, o którego ci chodzi. – zaczęła niepewnie.

Hmmm, tego nie przewidziałam, choć powinnam była.

– Bartosz… Tak chyba miał na imię ten, którego widziałam z tobą dwa tygodnie temu. Mieliście razem wyjechać na jakieś wakacje.

– Ahaaa… Rzeczywiście, wyjechaliśmy, ale to nie wypaliło. – odpowiedziała beznamiętnie Ilona – Powiedział, że to było fajne tylko na chwilę, a ja się z nim zgodziłam. Na tych samych wakacjach poznałam Eryka, a potem jego kumpla Piotra. No i z Piotrem spotykałam się już… no… parę dni.

– Ile? Dwa? Trzy? Tydzień? – nie dawałam za wygraną.

Zamyśliła się, prawdopodobnie próbując ustalić fakty.

– Pięć dni.

Zawahała się, bo pewnie zauważyła mój wyraz twarzy.

– Ale… zdążyliśmy w tym czasie naprawdę dobrze się poznać. – dodała, próbując się usprawiedliwić.

– W to nie wątpię. Ale mów, co się wydarzyło. I spokojnie, nie będę cię pouczać. Na razie.

Ilona wyraźnie się zawstydziła. Opowiadając całą historię robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną wzrokiem.

Z chaotycznych strzępów informacji, które podała, wynika, co następuje:

  • Ilona została odrzucona przez kolejnego faceta, na którym jej zależało, choć stara się tego po sobie nie pokazywać.
  • Eryk i Piotr to prawdopodobnie zmyślone imiona, bo prawdziwych nie zdołała zapamiętać. Wynika to nie tyle z mojego kunsztu zdolności dedukcyjnych, ile z dziwnego faktu, że ciągle mieszała z sobą te dwa imiona.
  • Piotr (Pan Trzeci) porzucił ją na imprezie dokładnie wtedy, kiedy dziewczyna zorientowała się, że zginął jej portfel i telefon. Skubany odstawił niezłego Copperfielda.
  •  Po bezskutecznej próbie odnalezienia Piotra Jakmutam vel. Davida Copperfielda, złapała na postoju taksówkę. Zaznaczyła przy tym, że nie ma pieniędzy, i że zapłaci pieniędzmi, które zostawiła w mieszkaniu.
  • Niestety, w strategicznym momencie, około dwóch kilometrów od naszego bloku – za to dokładnie w samym środku opustoszałej dzielnicy – pan taksówkarz zwolnił, a po chwili zatrzymał samochód i znacząco się uśmiechnął, kładąc dłoń na kolanie Ilony. Całe szczęście, zdążyła otworzyć drzwi zanim wcisnął blokadę, i uciekła. Godzinami kluczyła uliczkami i zaułkami w obawie przed taksiarzem.
  • Nie wiadomo, gdzie i w którym momencie zgubiła buta, choć mnie nieco bardziej martwi absencja sprawnego mózgu w czaszce mojej współlokatorki.

W międzyczasie wypiłyśmy po kubku herbaty (no dobra, ja pozostałam wierna mojemu winnemu nektarowi), wysłuchałyśmy kilku tkliwych ballad, a wreszcie wysłałam Ilonę do kąpieli.

Kiedy wreszcie wyszła z łazienki, odświeżona i nieco bardziej żywa, uderzył mnie widok jej wychudzonej figury, zapadniętych policzków i zmartwiałych oczu. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo schudła w ostatnim czasie.

Usiadła na brzegu mojego łóżka i, wbijając wzrok w dywan, zapytała:

– Uważasz mnie za puszczalską, prawda?

Westchnęłam głęboko, włączając Who Says Johna Mayera na jutubach. Zdecydowanie potrzebna była jakaś ciepło brzmiąca piosenka.

– Słońce… – zaczęłam, przytulając ją niezdarnie, jak to ja – ja po prostu uważam, że masz dość specyficzny typ idealnego faceta, wiesz?

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– No tak, kochana. Interesuje cię facet, który byłby tobą zainteresowany. A to zdecydowanie za mało… wymagające kryterium.

Na kamiennej twarzy Ilony pojawiły się oznaki nadchodzącego szlochu i Niagary ze smarków. Z taką ekspresją to ona partii pokera raczej nigdy nie wygra.

– Bo… to tak trudno zapomnieć… – zaszlochała.

– Co zapomnieć?

– Miłość, która kiedyś nadawała sens wszystkiemu, co robiłam.

Yghhh… Znowu brazilejro, już nawet nie muszę oglądać Zbuntowanego Anioła, choć niedawno zaczęłam.

– Kochana, chyba każdy z nas ma lub miał taką historię, która złamała mu centralną krwiopompkę.

Pokiwała głową.

– No właśnie. – kontynuowałam swój wywód. – I pewnie każdy z nas ma taką osobę, o której myśli w pierwszych sekundach Nowego Roku,… przy wigilijnym stole,… kiedy zobaczy w parku szczęśliwą parę starszych ludzi, patrzących na siebie oczami dwudziestolatków,… będąc świadkiem przysiąg małżeńskich składanych przez nowożeńców,… czy zwyczajnie w chwilach samotności, albo bezskutecznie próbując zasnąć. Masz kogoś takiego?

Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam morze łez.

– Tak, mam… – wydusiła.

– A czy… to coś ma prawo bytu w twoim życiu?

– Nie… – wymamrotała zdecydowanie.

– W takim razie musisz zaczekać, aż to się odmieni. Bo dopóki będziesz pozwalała, by to uczucie zabijało cię od środka, podczas, gdy ty będziesz szukała krótkotrwałego pocieszenia w przypadkowych miejscach, to nie dożyjesz własnego ślubu. Kretynko.

W tym momencie nastąpiło jakieś je%ane apogeum. Ilona rzuciła mi się na szyję, wycierając całe swoje łzy i smarki w moje przepocone piżamy, i mrucząc coś na kształt:

– Dziękuję… Dziękuję ci…

Godzinę później, czyli mniej więcej o czwartej nad ranem, kiedy leżałyśmy już w łóżkach, wspominałam w ciszy różne niechlubne popisy głupoty z mojej przeszłości. To, co dawniej gorzkie i patetyczne, nagle stało się śmieszne jak disneyowskie Nowe Szaty Króla. Uśmiechałam się do siebie, wspominając złamane serca, siarczyste policzki, których nigdy nie żałowałam, a nawet intrygi rodem z Trudnych Spraw. Życie, w gruncie rzeczy, wcale nie jest takie poważne.

I wtedy usłyszałam pytanie Ilony, która jednak przez cały ten czas nie spała:

– Arleta… A o kim ty myślisz, kiedy nie możesz zasnąć?

I co w takich chwilach należy zrobić, Panie i Panowie? Taktyk jest wiele, ale ja wybrałam tę najlepszą.

Udałam, że śpię. Nie ma się co chwalić bezsennością.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s