Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Sztuka Przeklinania

Dzień 18.

14:00:

O, bogowie, boginie!  Co za dzień…

Jak co rano, obudziłam się o siódmej rano, po czym… obróciłam się na drugi bok i spałam dalej. Wcześniej rzuciłam tylko okiem, by sprawdzić, czy z łóżka po drugiej stronie pokoju wystawały giry mojej współlokatorki Ilony. Wystawały. Czyli jeszcze nie miała prawa mi wypominać, że znowu wstała wcześniej ode mnie. Zawsze mnie tym strasznie irytuje. Zupełnie jakby godzina, o której wstajesz czyniła cię lepszym lub gorszym człowiekiem.

Oczywiście, klasyka gatunku. Zasnęłam dosłownie na pięć minut, tylko po to, by obudzić się dwie godziny później i zobaczyć nad sobą rozczochrany łeb mojej współlokatorki, której twarz zdobił z lekka szyderczy uśmiech.

– Wstawaaaaaać, wstawać mówięęęę! – wołała do mnie głosem, którego Maria Callas zdecydowanie by jej nie pozazdrościła.

I już spodziewałam się tradycyjnego roześmianego prztyczka w nos o treści: „Znowu śpisz pół dnia, ale z ciebie leń! Właśnie w ten sposób niczego się w życiu nie osiąga!”, a tymczasem wydarzyło się coś zupełnie innego.

Okazało się, że Ilona przyniosła mi śniadanie do wyra. Nie miałam nawet pojęcia, że miałyśmy w kuchni tackę śniadaniową. Spojrzałam ze zdumieniem na moją wku^wiającą niczym kamyk w bucie współlokatorkę, potem na talerzyk z jajecznicą szczodrze posypaną świeżym szczypiorkiem, tosty posmarowane masłem i parujący kubek kawy z pianką, a potem znów na Ilonę. No słów brak, szał baj najt.

– Poebao ci się we łbie, laska? – zapytałam w końcu, najdelikatniej jak umiałam.

Dziewczyna zaśmiała się nerwowo.

– Chciałam ci się odwdzięczyć. No wiesz, za to, że mnie wczoraj ustawiłaś do pionu i posklejałaś do kupy. Wiem, banalny gest, ale pomyślałam, że…

Kurde, zrobiło mi się głupio. Do tego byłam okrutnie głodna, więc natychmiast przestałam się wydurniać.

– Bardzo miły gest, dziękuję. – wydusiłam z siebie najmilsze słowa, jakie wypowiedziałam w ciągu ostatniego roku, od czasu gdy zeszłej jesieni w mpku zaoferowałam moje miejsce siedzące jakiejś starszej pani, która później zbeształa mnie za uznanie jej za niedołężną.

– A co ja, nóg nie mam, paniusiu? Sama sobie siedź! – wykrzyknęła wtedy, korzystając równocześnie z mojej oferty i sadzając swój wcale-jeszcze-nie-niedołężny zadek na zwolnionym przeze mnie miejscu.

Szamałam w najlepsze, a tymczasem Ilona z wyraźnym zadowoleniem poszurała kapciami w stronę kuchni. Po chwili usłyszałam, jak włącza radio i zaczyna głośno śpiewać pod akompaniament piosenki, którą rozgłośnia w tamtej chwili posyłała w eter:

– ŻYYYYCIEEE JEST MAAAŁĄ ŚCIEMNIARĄĄ! FRUWLICĄ, WYGĄ, CWANIARĄĄĄ…

Normalnie pewnie siedziałabym dalej pod moją kołdrą i zastanawiała się, co to niby do cholery jest zdaniem Ilony „fruwlica”, a w ogóle to dlaczego wyje do tak słabego kawałka. Ale kto powiedział, że jestem normalna?

Nawet nie wiem, jak to się stało, że wyskoczyłam z moich betów jak poparzona i pognałam do kuchni, łapiąc po drodze szczotkę do włosów, a następnie podbiegłam do Ilony i zawyłyśmy razem do wspólnego mikrofonu z funkcją czesania włosów:

– PLĄCZE NAM NOOOGI I MÓWI „IIIIIIDŹ!” NIE WIERZ, NIE UFAJ MIIII!

Pozostałej części tekstu oczywiście żadna z nas nie znała, ale ten drobiazg nie przeszkodził nam w dokończeniu piosenki i we wzbogaceniu treści i melodii o szalony, acz raczej nieskomplikowany układ choreograficzny.

Aż się zdyszałam.

Ilona zarechotała niczym rubaszny stały klient lokalnej piwiarni „Zośka”, znajdującej się na parterze naszego bloku.

– Ty, a co to, pełnia Księżyca się zbliża, że ty tak nagle odżywasz i przestajesz być Grumpy Kociakiem? – rzuciła do mnie przez ramię, zabierając się za zmywanie naczyń.

– A ty od kiedy przestajesz zajmować miejsce w zlewie, żebym wreszcie mogła składować tam swoje brudy?

– Ty weź mi już lepiej, leniu śmierdzący, przynieś te pozostałości po śniadaniu, które ci przyniosłam.

Ruszyłam do pokoju z głupim uśmieszkiem na twarzy, ale zatrzymałam się w połowie drogi. Coś było nie tak. Ostatnim razem Ilona była dla mnie tak miła, kiedy chciała mnie przygotować na wiadomość o tym, że zagłodziła naszego patyczaka Cześka. Swoją drogą, jak można patyczaka zagłodzić, do jasnej cholery?

Poszłam do pokoju, zastanawiając się, o co może chodzić i ocknęłam się dopiero, gdy stanęłam przy zlewie z tacką brudnych naczyń.

– Co narozrabiałaś? – zapytałam stanowczo.

Dziewczyna skierowała na mnie swoje zdziwione spojrzenie. Chyba ciągle jeszcze nie wie, że potrafię odróżnić prawdziwe zaskoczenie od fejkowego, podobnie jak prawego buta od lewego.

… z tym drugim mam problem tylko w niektóre weekendy.

– Oprócz tego, że wczoraj wróciłam do mieszkania totalnie zeszmacona? Nic a nic.

Obrzuciłam ją nieufnym spojrzeniem, i z kiełkującym ziarnem niepokoju w mojej psyche, podreptałam pod prysznic. Niedziela, dzień jak co dzień, czyli czas nierobienia właściwie niczego poza oglądaniem kotów i sprawdzaniem fejzbókof. Taa, moje życie pełne jest nagłych zwrotów akcji.

Kiedy wyłoniłam się z parującej łazienki niczym Wenus z piany (lub Maryla Rodowicz z kłębów sztucznego dymu na koncercie w Ciechocinku), czekało na mnie rozwiązanie zagadki.

– Sebastian? Co ty tu…? – zapytałam siedzącego w przedpokoju niezapowiedzianego gościa.

O mały włos nie zsunął się ze mnie ręcznik. Łolaboga, facet by oślepnął.

– Ymmm… Cześć, Arleto. Podobno potrzebujesz z kimś pogadać. – wydukał w końcu, spuszczając wzrok na podłogę.

Potuptałam do pokoju, a pięty moje tak gniewnie waliły w podłogę, że zapewne jestem już niższa o jakieś dwa centymetry. Ilony ani śladu. Oczywiście, zmyła się. Po cholerę go zaprosiła, tego nie wiedziałam, ale moją pierwszą myślą było swatanie. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że ona przecież nie wiedziała, że Sebastian zrezygnował z pracy w gabinecie. Czyli… łotefak tak właściwie?

– Zaczekaj w kuchni, zrób sobie jakąś herbatę czy coś! – krzyknęłam do Sebastiana z pokoju i zaczęłam wywracać wszystkie ubrania z szafy w poszukiwaniu czegoś w miarę ładnego, a przede wszystkim czystego. Naprawdę powinnam przestać mieszać czyste z brudnymi.

Dobrych parę minut później weszłam do kuchni w ulubionej niebieskiej bluzce Ilony i w jeszcze-nie-śmierdzących dżinsach, które muszę w końcu wyprać.

– To… co słychać? – zagaiłam rozmowę, starając się zachowywać naturalnie.

„Bądź jak pierwsza dama, bądź jak pierwsza dama” – powtarzałam sobie w myślach – „ale niekoniecznie Komorowska. A już broń Boże, nie zmierzaj w stronę Iwony Pawłowicz”.

– Wszystko w porządku. A u ciebie? – odbił piłeczkę S.

Mistrz konwersacji.

– No wiesz… jutro idę na rozmowę o pracę… a poza tym to…

Zamilkłam. Zamarłam. Uderzyła mnie ta myśl. Nie mam planów na przyszłość sięgających dalej niż jutrzejszy dzień. A nawet ten plan nie jest mojego autorstwa. Zmierzam ku samozagładzie.

– Poza tym nie masz żadnych innych planów na przyszłość, mam rację? – zapytał protekcjonalnie Już-nie-psychoseba.

– Wcale że nie – zaczęłam, i od razu zamilkłam.

Idiotka. Trzeba było jeszcze dodać „jesteś u pani”. Przecież wszyscy to wiedzą, że mój plan dnia to po prostu schemat: WSTAŃ – PRZETRWAJ – IDŹ SPAĆ. Tyle że nie wszyscy mają matkę, która regularnie opłacałaby ich rachunki tak, by nie musieli pracować.

– Czy już wiesz, na czym polega twój problem? – padło kolejne niezręczne pytanie.

– Kiepska ze mnie wróżka? – siliłam się na ironię.

Seba westchnął.

– Nie ruszę się stąd, dopóki mi nie powiesz, co jest twoim największym problemem.

– Ale… to trudne.

– A myślisz, że wstawanie o siódmej rano w niedzielę tylko po to, by z tobą porozmawiać i jakoś ci pomóc, było dla mnie łatwe?

– Ilona mogła ci tego oszczędzić. – wymamrotałam.

– Owszem. Ale chyba jakimś dziwnym zrządzeniem losu zależy jej na twoim szczęściu.

– Ta… I od razu musiała się tak odwdzięczać.

Zapadła odrobineńkę niezręczna cisza.

– Arleta. Zawarliśmy umowę.

Słowa Sebastiana zabrzmiały tym razem tak poważnie, że z trwogą podniosłam na niego wzrok, by upewnić się, czy to na pewno on je wypowiedział. No niestety, słuch mnie nie mylił.

– Umowę? – udałam głupa jak zwykle, łudząc się, że wyratuję się w ten sposób z opresji.

– Tak, i wiem, że właśnie strzelasz głupa. Znam cię zdecydowanie lepiej niż ci się wydaje.

Ohoho, jaki zaklinacz kobiet. Ciekawe jak to się stało, że przez kilka lat narzeczona zdradzała go z jego przełożonym, a ten niczego nawet nie podejrzewał. Mentalista. Hłe, hłe, hłe.

– Wiem też, że w myślach się ze mnie nabijasz, zapewne szydząc z tego, co mówię. – dodał, patrząc mi poważnie w ryło.

– Ok. Dobra… Pamiętam. Ja mam pomagać tobie, a ty mi. – powiedziałam zupełnie poważnie.

– Nie, nie, nie, nie, nieeee. Najpierw to ja spróbuję pomóc tobie, a dopiero później ty mi. Zaklepane, ja byłem pierwszy. Spowiadaj się.

– Co mam powiedzieć?

– Co cię ostatnio zasmuciło. I proszę bez pier&olenia.

Wow.

– No dobrze… Czuję, że stoję w miejscu. Marnuję czas, życie… Niczego nie robię. Nie znoszę wychodzić do ludzi, dlatego praktycznie nie wychodzę z domu. Czuję się, jakbym umarła. Albo spała kamiennym snem.

Niepojęte. Tym razem naprawdę powiedziałam, co czułam. Po raz pierwszy otworzyłam się przed moim psychoterapeutą.

– Chyba muszę częściej przeklinać. – wywnioskował Sebastian.

To się nazywa szukanie wspólnego języka.

– To ja mogę przeklinać?! – zapytałam entuzjastycznie.

– A co to ku&wa za głupie pytanie?

Ok. I tak już ledwie oddychałam z wrażenia.

– To może… mała przerwa?

– A po co? – zapytał zdumiony Sebastian.

– Muszę zajrzeć do mojego pamiętnika. Wiesz… ułożyć sobie to i owo w głowie zanim przejdziemy do rozmowy. – lekko rozminęłam się z prawdą.

Na te słowa Pan S. niemalże przyklasnął z radości, a oczęta chciały mu wyskoczyć z oczodołów ze zdumienia. Chyba.

– Piszesz pamiętnik! Tak jak zaleciłem! Brawo!

Wyraźnie nie posiadał się z radości.

– Ok, to ja pójdę po coś do jedzenia, a ty pomyśl trochę. Coś czuję, że dziś dokonamy rzeczy wielkich.

Seba zatarł ręce, ubrał kurtałkie, po czym wybrał się do pobliskiego marketu lub czort wie czego.

A ja wyjęłam pamiętnik i piszę. Nie potrzebuję tego wszystkiego czytać, żeby wiedzieć, jak wielki bajzel mam pod czerepem.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s