BAJKA DLA POTŁUCZONYCH: O dziewczynce, która za dużo się śmiała

BAJKI DLA POTŁUCZONYCH

O dziewczynce, która za dużo się śmiała

Wcale nie tak dawno temu, i zupełnie niedaleko – możliwe, że nawet za rogiem najbliższego osiedlowego spożywczaka – żyła sobie dziewczynka, lat… eee… no, o wiek kobiet się nie pyta, o czym wykłady udzielać mógłby Roman Polański, a dziewczynka ta była, mówiąc bez ogródek, jakaś nieteges. To wcale nie kwestia wyglądu, proszę państwa. Nie jest to technicznie wykonalne w czasach, gdy ostatnim krzykiem mody bywa noszenie na sobie koca, tudzież podszywanie się pod bezdomnego, łamiąc jednocześnie stereotypy swoją niespotykaną higieną i spędzaniem czasu w antykwariatach z książkami oraz w modnych kawiarniach, albo też w czasach, gdy modną jest fryzura à la Hitlerjugend (która to fryzura jest popularna nawet u kobiet. Oooo, bynajmniej, nie o taką Polskę walczyli nasi dziadkowie i babcie!).

Ale do rzeczy. Dziewczynka (o wieku bliżej nieokreślonym i o wyglądzie zupełnie niewyróżniającym jej z tłumu, pośród którego zwykła stać w autobusie, jadąc do szkoły i z powrotem) miała jedną szczególną właściwość. Najbliższa rodzina ubierała tę cechę w następujące słowa:

– A ty co tak ryło zacieszasz bez powodu?

Tak, moi mili. Eufrozyna, bo tak miała na imię dziewczynka (sami widzicie, nawet imię miała z deka pokićkane) śmiała się, czasem wręcz niekontrolowanie, w najmniej oczekiwanych momentach. Może niezupełnie szczęśliwym byłoby twierdzenie, że śmiała się za dużo, ale na pewno nie śmiała się w sposób uregulowany przez ogólnie panujące w społeczeństwie konwenanse.

Może zamiast tak gadać po próżnicy, przytoczę wam jakieś z życia wzięte przykłady. Wtedy już na pewno pojmiecie, o czym mowa i uwierzycie mi, że naprawdę mamy tu do czynienia z niepokojącym przypadkiem.

Lekcja matematyki u Panny Kartezji. Wszyscy uczniowie grzecznie siedzą w ławkach i rozwiązują zadanie tekstowe z podręcznika, zżynając odpowiedzi z Internetu przy użyciu smartfonów, które w naszych czasach każde szanowane w swym otoczeniu dziecko dostaje z okazji swojej Pierwszej Komunii.

W tej pełnej pietyzmu ciszy nagle daje się słyszeć cichutki chichot, który stopniowo, powoli przeradza się w coraz to głośniejszy i głośniejszy śmiech. Panna Kartezja, lat… mniejsza o to (no jasne, że to nieistotne, przecież to kobieta, a w dodatku panna!), wstaje ze swojej katedry i, ze zmęczonym wyrazem twarzy, mówi:

– Eufrozyno, coś się stało?

Eufrozyna śmieje się jeszcze bardziej, ale próbuje się uspokoić i odpowiedzieć na upomnienie ukryte za niepozornym pytaniem matematyczki.

– Ja po prostu… nie umiem zrobić tego zadania.

– I tak cię to bawi?

– No, a pani nie?

Panna Kartezja wzdycha głęboko.

– Jedynka za dziwaczne zachowanie. Wzywam rodziców do szkoły, a tymczasem zapraszam do odpowiedzi.

Śmiech Eufrozyny staje się nie do wytrzymania. Dziewczynka przewraca się na podłogę i zaczyna się po niej turlać. Mięśnie brzucha aż bolą od tej przedziwnej radości.

Panna Kartezja spodziewała się takiego obrotu spraw i wie, co należy zrobić, by uspokoić uczennicę. Wyjmuje więc z torebki skórkę banana, zrzuca ją na podłogę, a następnie cofa się o kilka kroków, podbiega w stronę skórki, wpada w poślizg, natomiast nieubłagana grawitacja sprowadza ją do parteru.

Cała klasa w ryk. Eufrozyna podnosi się i otrzepuje ubranie z kurzu.

– Łehehehe, ale śmieszne… – przedrzeźnia kolegów i koleżanki, zmierzając w stronę tablicy, zwanej także Ścianą Płaczu.

Był też inny przypadek.

Przeżywszy lat… dobrych parę, babcia Eufrozyny, Agnieszka, zmarła sobie po cichu, w swoim przytulnym domku za miastem. Rodzice Eufrozyny chcieli ją zabrać na pogrzeb, ponieważ wiedzieli, że babcia bardzo kochała swoją wnuczkę. Dziewczynka z początku wzbraniała się, nie chcąc psuć uroczystości swoją obecnością, ale w końcu sentyment wziął górę i Eufrozyna wybrała się na pogrzeb. Obiecywała, że zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby się nie roześmiać. W najbardziej smutnych i wzruszających momentach uroczystości miała się ulatniać, pod pretekstem zaczerpnięcia świeżego powietrza.

Niestety, jak nietrudno się domyślić, Eufrozyna mimo swoich najszczerszych chęci nie potrafiła poskromić swojego dziwacznego śmiechu. Ledwie zdążyła przekroczyć próg świątyni, a już z niej wybiegła. Sam widok trumny wywołał w niej uczucie paniki. Dziewczynka czuła, jak śmiech zakrada się w jej płuca i mięśnie brzucha. Uciekła więc, zanim zdążyła doprowadzić swoim śmiechem do niezręcznej sytuacji.

Uświadomiła sobie wtedy, w jak tragicznym położeniu stawia ją ta dziwna przypadłość, po czym boleśnie zawyła ze śmiechu.

Życie Eufrozyny, ale także jej otoczenia, naprawdę nie było usłane różami. Mimo to, jakoś udało jej się doczekać swoich dorosłych lat. Była to już najwyższa pora, by poszukać sobie pracy, a może i jakiegoś konkretnego kandydata na męża.

Wybrała się więc Eufrozyna na rozmowę o pracę. Wszystko szło pięknie, dopóki pan Ważniakowski nie powiedział jej, jaka w jego firmie obowiązywała stawka godzinowa netto. Mimo usilnych starań i myślenia o rzeczach śmiesznych dla statystycznych ludzi (była tak zdesperowana, że myślała o Latającej Scenie 2, a nawet o Celebrity Splash i Twoja Twarz Brzmi Znajomo) młoda kobieta nie wytrzymała powagi sytuacji i soczyście parsknęła śmiechem.

Z szukaniem mężczyzny na całe życie też nie było lekko. Jednak któregoś dnia udało jej się wybrać na randkę z pewnym przystojnym panem, poznanym pobieżnie w klubie. „Bogu dzięki,” – myślała sobie – „nie mieliśmy okazji rozmawiać na żadne poważne tematy. Oby i tym razem udało się ich uniknąć”.

I kiedy Eufrozyna wyszła już była z mieszkania, to wsiadła do autobusu i wyruszyła na podbój serca tego, pozostającego jeszcze w błogiej nieświadomości, mężczyzny. Usiadła przy oknie, wpatrując się w uliczki, które z wolna zaczynał otulać mrok wieczora.

Na przystanku czekał na nią niezwykle przystojny Niebieskooki, który w każdym calu spełniał  jej wzorzec mężczyzny idealnego. W dłoni trzymał bukiet najczerwieńszych róż, ubrany był w najelegantszy garnitur, a pod pachą trzymał tomik poezji Stanisława Barańczaka. Ach, cudzie natury! Jak niezwykłe są twe przymioty!

Ok, narratora może odrobinę poniosło. Ale gdybyście i wy mogły to zobaczyć, drogie Czytelniczki… Nie mogłybyście spać przez bity miesiąc, a mimo waszego niewyspania uśmiech nie znikałby z waszych twarzy.

Tenże mężczyzna podszedł do Eufrozyny, uśmiechając się od ucha do ucha, zupełnie jak w zwolnionym tempie, a włos jego powiewał na wietrze. Gdy wreszcie zjawił się przed samymi jej oczami, zadał jej pytanie, które przeniknęło każdą cząstkę jej niewieściego serca:

– Przepraszam panią, czy to była sto dwudziestka jedynka? Zamierzam oświadczyć się mojej dziewczynie, a ma wysiąść ze sto dwudziestki jedynki.

Cios. Eufrozyna roześmiała się ze smutku i śmiała się tak, jak jeszcze nigdy do tej pory.

– Nie. – odparła oschle, i wtedy dostrzegła niezbyt urodziwego mężczyznę z lekko uwiędłą herbacianą różyczką w dłoni. Widać było, że nieśmiało kogoś wyczekuje i wypatruje pośród tłumu wysiadających.

Kobieta podeszła do Herbacianoróżyczka i zagadnęła:

– Dobry wieczór, to chyba na mnie czekasz.

Niezbyt urodziwy chłopina poprawił swoje hipsterskie okulary, rozluźnił mocno zaciśnięty na jego szyi staroświecki krawat, i przemówił:

– O, być możee… Ty pewnie jesteś… E… ?

– Eufrozyna.

Mężczyzna zaszlochał.

– Boże, co za straszne imię, musisz być okropnie nieszczęśliwą osobą!

Usłyszeć takie słowa na pierwszej randce to zdecydowanie żadna przyjemność. A wywołanie płaczu w pierwszych sekundach spotkania to już anomalia, która nie mieści się w żadnej, nawet kretynicznej, głowie. Eufrozyna nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać. Pierwszy raz w życiu.

– To może sam się przedstaw, jak takiś mądry? – zapytała wreszcie, zebrawszy swą szczękę z chodnika.

– Przepraszam, gdzie moje maniery – opanował się mężczyzna – Cierpisław, bardzo mi miło.

Cierpisław wręczył jej kwiaty i ucałował w dłoń szarmancko.

Eufrozyna była bardzo współczującą osobą, więc od razu zrobiło jej się smutno z powodu tego niefortunnego imienia. Z początku, stojąc jak słup soli, i z przylepionym do twarzy pokerfejsem, próbowała zapomnieć o tym, co właśnie usłyszała. Na marne. Chichot wyrwał się z jej ust i dotarł do uszu Cierpisława.

– Takie to śmieszne? – zapytał Cierpisław, samemu również śmiejąc się do rozpuku, gdyż było mu niezmiernie przykro.

– Haha, masz debilne imię, musi ci być niezmiernie przykro z tego powodu!

Eufrozyna tak bardzo się śmiała, że aż uroniła kilka łez. Wtedy zaczęła płakać, a potem znów szaleńczo się śmiać. Zatracała się to w szlochu, a to w histerycznym heheszkowaniu. Po kilku minutach, kiedy już prawie się uspokoiła, pewna była, że Cierpisław przeraził się jej zachowaniem i uciekł w popłochu. Jednak gdy otarła łzy, przed jej oczami wciąż stał ten Przeszczep. Ludzie, którzy stali na przystanku, przesunęli się tymczasem na drugi koniec zatoczki z obawy przed tym niecodziennym zachowaniem, a jednocześnie z żywym zaciekawieniem obserwowali rozwój wypadków. Ktoś wyjął telefon i zaczął kręcić filmik.

– Jeszcze tu jesteś? – zapytała osłupiała Eufrozyna

– Czemu miałbym odejść? – zdziwił się Cierpisław.

– Bo zachowuję się jak skończona idiotka na samym środku ulicy i przynoszę ci wstyd?

Cierpisław westchnął głęboko, spojrzał Eufrozynie w oczy, i powiedział:

– Dlaczego, skoro wiem, że to właśnie na ciebie czekałem? Sprawiasz, że płacz miesza się ze śmiechem. Ja całe życie tylko płaczę. Niezależnie od okoliczności. Tylko ty możesz uczynić moje życie kompletnym i szczęśliwym.

Dziewczyna pochwyciła dłoń Cierpisława, spojrzała głęboko w źrenice jego oczu, i odparła:

– Dziękuję, ale nie jestem zainteresowana. Mnie tam śmiech do szczęścia w zupełności wystarcza.

Powiedziała to nieszczerze. Wcale tak nie uważała. W głębi serca czuła, że w swoim śmiechu pozostaje jedną z najnieszczęśliwszych osób na świecie. Ale uznała, że lepsze to niż sztampowe „to nie ty – to ja, to wszystko moja wina” albo „zostańmy przyjaciółmi”. Cierpisław po prostu jej się nie podobał.

Eufrozyna podbiegła do odjeżdżającego właśnie autobusu linii 121, z którego właśnie wysiadała przyszła żona pana Idealnego, i wskoczyła do środka, a drzwi zamknęły się niemal w tej samej sekundzie. Śmiejąc się do rozpuku, Eufrozyna obserwowała znikającą w oddali smutną postać Cierpisława.

A potem… co było potem? Eufrozyna postanowiła zostać artystką kabaretową. Chodziła na castingi, chodziła, aż wychodziła sobie swoją świetlaną karierę. Kilka lat później znana już była jako Kamienna Twarz Kabaretu, ponieważ nigdy nie spaliła nawet najśmieszniejszego skeczu. Była szczęśliwa. Wewnętrzny śmiech tłumiła bardzo skutecznie. Zamiast się śmiać, rozśmieszała innych. Nie myśląc o smutnych rzeczach, tak wiodła swoje słodko-gorzkie życie.

Morałów z tej bajki można wyciągnąć kilka:

  1. Nie każdy, kto się śmieje jest człowiekiem szczęśliwym.
  2. Nie każdy, kto zachowuje kamienną twarz jest smutasem.
  3. Ten, co wiecznie płacze i wzdycha – tak, ten zdecydowanie jest nieszczęśliwym nieudacznikiem.
  4. Komedie romantyczne niewiele mają wspólnego z bajkami dla potłuczonych.
  5. Szukanie pracy to wrzód na tyłku.
  6. Podobnie jak kobiety, które łamią serca biednym facetom. A może i na odwrót, a może i tak, i tak.
  7. Jakkolwiek empatyczni byśmy nie byli, zdarza nam się ranić ludzi, którzy na to nie zasługują.
  8. Osoby poznane w klubach zwykle przestają być atrakcyjne w świetle dnia, i… po wytrzeźwieniu.
  9.   Czasami jedyne, co nam pozostaje, to śmiech. I wspomnienia.
Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s