Pamiętnika Dziwoląga część dwunasta

Dzień 18.

Wieczorem:

No i po wszystkim. To było… To takie… Po prostu…

Nienawidzę Poważnych i Szczerych Rozmów, pełnych Wielkich Słów i bogato okraszonych moimi łzami i smarkami. To nie tak powinno być, wolę patrzeć jak inni płaczą. I pocieszać ich lub nie, w zależności od mojego stopnia przywiązania do tej osoby. Tak, wiem. Zimna suka ze mnie. Chociaż nie, zimna suka nie rozbeczałaby się podczas rozmowy ze swoim było/niebyłym psychoterapeutą. Je&any mentalista…

Ale od początku.

S.wrócił zaskakująco szybko, tachając w obu rękach siaty z zakupami. Zielone logo Almy biło po oczach niczym kopytkujący przed siebie jednorożec, który zrobił sobie przerwę w sielskiej dolinie, aby wyrzucić z siebie zalegające pokłady słodkości w postaci fluorescencyjnie tęczowych rzygów, ale słowem się nie odezwałam.

–Słyszałem to! – mruknął pod nosem S. jakimś takim specyficznym, ironiczno-rozbawionym tonem.

–Co słyszałeś? – zapytałam, autentycznie zaskoczona tym dziwnym stwierdzeniem.

–Słyszałem to, co sobie pomyślałaś. – odparł, zmierzając w stronę kuchennego blatu.

–Wróżka czy co? – siliłam się na ironię, wciąż próbując ukryć moje zaskoczenie.

–Wystarczy na ciebie spojrzeć. Można z ciebie czytać jak z otwartej księgi.

Zawsze uważałam się za kogoś tajemniczego, trudnego do oswojenia i zrozumienia. Wystarczyło trzymać się na uboczu i mieć problem z zawieraniem nowych znajomości. Czyli być mną. Ałć, tak się na samej sobie zawieść…

Szybko jednak zapomniałam, co miałam powiedzieć, bo zobaczyłam żarełko przyniesione przez Sebę.

Nie wiem, skąd wiedział, że od dawna miałam ochotę na sałatkę z świeżą sałatą, oliwkami, pomidorami i fetą. Ale znając życie, moja superdyskretna współlokatorka napomknęła mu o tym, a i nie omieszkała wspomnieć o tym, jak parę miesięcy temu przez sen wołałam mojego byłego, wrzeszcząc, żeby natychmiast  zszedł z tego okna, bo teraz ja skaczę.

Nawiasem, nie wiem, co konkretnie mi się śniło, ale jak widać nawet we śnie cenię sobie mężczyzn, którzy przepuszczają kobiety przodem, otwierając im drzwi. Albo okno. W zależności od potrzeby.

No dobra, żarcie to żarcie. Dla dobrego jedzenia jestem gotowa wyzbyć się dumy.

–Pomóc ci? – zapytałam, obserwując jak S. wyjmuje powoli składniki na sałatkę.

–Dwie deski, dwa noże, dwie łyżki, salaterka… i może jeszcze druga para rąk. Będę wdzięczny. – odpowiedział zdecydowanie, myjąc sałatę.

–Tak jest, psze pana.

Powyjmowałam wszystko, czego jaśnie pan terapeuta sobie zażyczył, po czym zgodnie podzieliliśmy między siebie pracę: najpierw S. płukał wszystkie składniki, a ja je kroiłam, wysłuchując przy tym komentarzy takich jak: „nie tak grubo!”, „nie tak cienko!”, „do jasnej cholery, kiedy ty ostatnio coś robiłaś w kuchni”, a także „oddaj ten nóż zanim sobie zrobisz krzywdę”. Następnie posłusznie oddałam nóż i zamieniliśmy się stanowiskami.

–Umyłaś już wszystko? – zapytał po chwili.

–Yhym. – odpowiedziałam pełnym zdaniem.

–Toooo… może postaw wodę na herbatę? Tylko się nie poparz, Magdo Gessler.

–Wery fany. Soł macz fan. – wymamrotałam, posłusznie stawiając czajnik na gazie.

Usiadłam przy stole. Wyglądało na to, że mogłam pomóc tylko w jeden sposób: nie przeszkadzając.

–Toooo… co u ciebie słychać? – zagaiłam, opierając podbródek o pa… dziennik, który trzymałam pionowo na stole.

S.westchnął głęboko.

Naprawdę, on chyba za często miewa okres. Może i ja się na tym nie znam, ale z czymś takim chodzi się do lekarza.

–Pamiętasz, jak dziękowałem ci za pomoc po rozstaniu z Martą?

–Ehe. – przytaknęłam.

–I pamiętasz, jak ci wtedy powiedziałem, że naprawdę mi pomogłaś, i serio w to wierzyłem?

–Ehe.

–Wtedy też obiecałem sobie, że całkowicie spalę za sobą mosty, które mnie z nią łączyły.

–Zapewne. I co?

–Udało mi się.

–To świetnie!

–Przez całe trzy dni.

No zatkało mnie. Choć wcale nie zdziwiło. Hehe, no co za ironia losuuu…

–Aha. Ale wiesz, że reguła trzech dni ma zastosowanie na początku znajomości, a nie kiedy jakaś zdzira albo sku&wol cię rzuca po latach życia w kłamstwie? – zapytałam najspokojniej, jak tylko umiałam.

Seba odwrócił się w moją stronę. Nigdy przenigdy nie widziałam u niego takiego zaciętego spojrzenia.

–No tak, oczywiście najlepiej jest po rozstaniu po prostu przestać żyć. Wycofać się ze świata i nigdy więcej nikomu nie zaufać, prawda?

No skubaniec.

Poczułam, jakby ktoś wbił sopel lodu prosto w moje serce. Szok termiczny mięśnia moich uczuć sprawił, że wszystko do mnie wróciło. Cała moja przeszłość. Wszystkie noce, gdy siedziałam na oknie, popalałam papierosy, które kompletnie mi nie smakowały, wystawiałam moje nogi i obserwowałam je na tle widoku rozlegającego się z mieszkania na siódmym piętrze. Jak turnauowski linoskoczek. Wszystkie dni, kiedy modliłam się o to, by tylko przestać czuć, bo bałam się, że umrę ze smutku. Każda łza, każdy wewnętrzny krzyk bólu, znienawidzone poranki, gdy zastanawiałam się, po co w ogóle wstawać z łóżka; wszystko.

–Ty… ty… – z przejęcia nie potrafiłam znaleźć żadnego odpowiedniego epitetu.

–Jak już mówiłem, można z ciebie czytać jak z otwartej księgi. Arleto… spójrz na mnie.

Nie umiałam.

Spod przymkniętych powiek zobaczyłam, jak Seba odkłada sałatkowy stuff i siada przy stole naprzeciwko mnie. Znów z tą swoją zatroskaną miną. I niech mi ktoś powie, że kobieta zmienną jest to tylko puste hasło.

–Dobrze, nie patrz. Rozumiem to. Ale posłuchaj mnie, proszę. Chcę ci powiedzieć coś ważnego.

–Słucham. – wymamrotałam, usiłując się nie rozkleić jak pierogi z truskawkami, których nigdy nie umiałam porządnie zlepić. Ani zjeść, bo są naprawdę ohydne.

–Powiedziałem ci kiedyś, że nie mam pojęcia, dlaczego twoja matka poleciła ci terapię ze mną.

–No jasne, przecież ja jestem całkowicie normalna.

S. zaśmiał się smutno, ale ogarnął się, kiedy zobaczył moją minę.

Odchrząknął i wrócił do swojego wywodu.

–Uważam, że powinnaś zrobić coś ze swoim życiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe i nie jest to plan na najbliższy tydzień, a raczej miesiące,… a może nawet lata. Ale dopóki nie zrobisz pierwszego kroku, nic się nie…

–Nic mi nie jest. – przerwałam wywód wielce-specjalisty, który sam nie potrafi poradzić sobie z rozstaniem z jakąś pindą z inteligencją emocjonalną na poziomie ziemniaka.

–I naprawdę uważasz, że wszystko jest w porządku?

Czo ten Sebeł.

–No jasne. Szczęśliwa nie jestem, ale poza tym wszystko w jak największym porządeczku. Lajf iż brutal. Taka już jestem, i to się nie zmieni.

–I nie chcesz zmienić? – drążył dalej.

Zawahałam się przez sekundę. Seba wykorzystał okazję, wyciągając spod moich dłoni czerwony zeszyt, o którego obecności zdążyłam zapomnieć. Nie protestowałam.

–Patrząc na ostatnie napisane zdanie wnioskuję, że wciąż piszesz pamiętnik, chociaż formalnie nasze sesje terapeutyczne już nie mają miejsca.

–Potęga przyzwyczajenia.

–O, nie, kochana. Przyzwyczajenie to jest wtedy, kiedy sprawdzamy po kilka razy, czy na pewno zamknęliśmy drzwi na klucz, albo zaglądanie do telefonu, kiedy przebywamy w towarzystwie kogoś, z kim nie mamy o czym rozmawiać. A ty po prostu robisz coś, co pozwala ci choć przez chwilę poczuć się lepiej.

Wyrwałam mu zeszyt z ręki i wrzuciłam do kosza na śmieci.

–Wcale nie muszę. – syknęłam przez zaciśnięte usta.

Sebę aż cofnęło z wrażenia. Fakt, to było zaskakujące nawet dla mnie.

–Po pierwsze: skoro zapisywanie swoich myśli ci pomaga, to po co z tym kończyć? A po drugie… BRAWO DLA TEJ PANI! WŁAŚNIE UDOWODNIŁA, ŻE MA JAKIEŚ UCZUCIA!

Podbiegł do siaty z Almy, z której, jak się okazało, jednak jeszcze nie wyjął wszystkiego. I wyjął z niej butelkę…

–To szampan?! – wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia – Często wychodzisz do sklepu po szampana z okazji niezręcznej rozmowy ze swoim byłym pacjentem?

S. zaśmiał się perliście, jak typowa cheerleaderka z amerykańskiego serialu.

–Zawsze. – odparł stanowczo, otwierając butelkę.

Korek uderzył o sufit, i niemal natychmiast usłyszałam pukanie do drzwi.

–To pewnie znowu ten świrus. – wymamrotałam, wchodząc do przedpokoju, by otworzyć – Ja otworzę, a ty wyjmij, proszę mój pamiętnik z kosza na śmieci. – dodałam stanowczo, ale chyba nie udało mi się ukryć tego dziwnego uczucia, jakie wywołała we mnie tamta dziwna rozmowa.

„Jednak jeszcze nie wszystko stracone, ciągle jeszcze mogę przestać być nołlajfem” – upajałam się tą myślą.

Przysunęłam twarz do wizjera, żeby zobaczyć, kogo to nogi niosą w tak niewłaściwej porze, ale zobaczyłam tylko podeszwy butów, które zadziwiająco przypominały te należące do mojego sąsiada Kacpra.

„Oho, to będzie ciekawe”, pomyślałam.

Otworzyłam drzwi i spojrzałam na wycieraczkę. Liścik. Aha, czyli klasyk.

Kochałem cię

A ty mnie

Nie

Błędem twoim było

Rozpalanie płomieni we mnie

Skoro

Tak naprawdę

Nigdy

Nie zamierzałaś

Odwzajemnić

Moich uczuć.

Amo te, ama me

Mężczyzna, z którym powinnaś spędzić resztę życia

Hmmm… Cholera, no od kogóż to mogłoby być? Zabijta mnie, ale nie zgadnę. Za to chyba wiem, który fragment z Shakespeare’a należałoby tu zacytować:

Romeo, czemuż ty jesteś Romeo

Toć po nocach audica, nie fiat mi się śni.

Wróciłam do kuchni, gdzie czekał na mnie talerzyk z przeapetycznie wyglądającą sałatką (może to rzeczywiście lepiej, że zostałam oddelegowana do robienia herbaty) i kieliszek szampana.

–Zgasiłem czajnik, jak tylko zauważyłem, że cała woda wyparowała, bo zapomniałaś założyć gwizdek. – zaśmiał się S. – A kto przyszedł?

–Nic ważnego – odparłam – kolejna laurka.

–Ale nic groźnego? – zapytał, przyglądając mi się uważnie.

Ach ten zatroskany Sebaterapian. Gdyby nie to, że tak mnie irytuje, no może nawet mogłabym się w nim zakocha… WRÓĆ! Nic z tych rzeczy.

–Nieee, chyba że bierzemy pod uwagę zacięcie się kartką papieru. – odpowiedziałam, wskazując na liścik.

Zmierzył mnie tym swoim zatroskano-badawczym wzrokiem raz jeszcze, po czym podał mi kieliszek z szampanem i zaproponował toast:

–Za Arletę i jej przebudzenie. Aby wreszcie dotarło do niej, że rzeczywistość może być piękniejsza niż sen.

Wow. To było niezręczne.

–A to co, cytat z Pamiętnika? – zapytałam szyderczo.

–No kto jak kto, ale ty chyba powinnaś być fanką tej formy literackiej.

Przytknęłam usta do kieliszka i pociągnęłam zdrowy łyk tego bąbelkowego napoju, którym ludzie z kompletnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn tak się zachwycają. Mimo to, muszę przyznać, że to był najlepszy kieliszek szampana – pardon  – wina musującego, jakie w życiu piłam.

Reklamy

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Sztuka Przeklinania

Dzień 18.

14:00:

O, bogowie, boginie!  Co za dzień…

Jak co rano, obudziłam się o siódmej rano, po czym… obróciłam się na drugi bok i spałam dalej. Wcześniej rzuciłam tylko okiem, by sprawdzić, czy z łóżka po drugiej stronie pokoju wystawały giry mojej współlokatorki Ilony. Wystawały. Czyli jeszcze nie miała prawa mi wypominać, że znowu wstała wcześniej ode mnie. Zawsze mnie tym strasznie irytuje. Zupełnie jakby godzina, o której wstajesz czyniła cię lepszym lub gorszym człowiekiem.

Oczywiście, klasyka gatunku. Zasnęłam dosłownie na pięć minut, tylko po to, by obudzić się dwie godziny później i zobaczyć nad sobą rozczochrany łeb mojej współlokatorki, której twarz zdobił z lekka szyderczy uśmiech.

– Wstawaaaaaać, wstawać mówięęęę! – wołała do mnie głosem, którego Maria Callas zdecydowanie by jej nie pozazdrościła.

I już spodziewałam się tradycyjnego roześmianego prztyczka w nos o treści: „Znowu śpisz pół dnia, ale z ciebie leń! Właśnie w ten sposób niczego się w życiu nie osiąga!”, a tymczasem wydarzyło się coś zupełnie innego.

Okazało się, że Ilona przyniosła mi śniadanie do wyra. Nie miałam nawet pojęcia, że miałyśmy w kuchni tackę śniadaniową. Spojrzałam ze zdumieniem na moją wku^wiającą niczym kamyk w bucie współlokatorkę, potem na talerzyk z jajecznicą szczodrze posypaną świeżym szczypiorkiem, tosty posmarowane masłem i parujący kubek kawy z pianką, a potem znów na Ilonę. No słów brak, szał baj najt.

– Poebao ci się we łbie, laska? – zapytałam w końcu, najdelikatniej jak umiałam.

Dziewczyna zaśmiała się nerwowo.

– Chciałam ci się odwdzięczyć. No wiesz, za to, że mnie wczoraj ustawiłaś do pionu i posklejałaś do kupy. Wiem, banalny gest, ale pomyślałam, że…

Kurde, zrobiło mi się głupio. Do tego byłam okrutnie głodna, więc natychmiast przestałam się wydurniać.

– Bardzo miły gest, dziękuję. – wydusiłam z siebie najmilsze słowa, jakie wypowiedziałam w ciągu ostatniego roku, od czasu gdy zeszłej jesieni w mpku zaoferowałam moje miejsce siedzące jakiejś starszej pani, która później zbeształa mnie za uznanie jej za niedołężną.

– A co ja, nóg nie mam, paniusiu? Sama sobie siedź! – wykrzyknęła wtedy, korzystając równocześnie z mojej oferty i sadzając swój wcale-jeszcze-nie-niedołężny zadek na zwolnionym przeze mnie miejscu.

Szamałam w najlepsze, a tymczasem Ilona z wyraźnym zadowoleniem poszurała kapciami w stronę kuchni. Po chwili usłyszałam, jak włącza radio i zaczyna głośno śpiewać pod akompaniament piosenki, którą rozgłośnia w tamtej chwili posyłała w eter:

– ŻYYYYCIEEE JEST MAAAŁĄ ŚCIEMNIARĄĄ! FRUWLICĄ, WYGĄ, CWANIARĄĄĄ…

Normalnie pewnie siedziałabym dalej pod moją kołdrą i zastanawiała się, co to niby do cholery jest zdaniem Ilony „fruwlica”, a w ogóle to dlaczego wyje do tak słabego kawałka. Ale kto powiedział, że jestem normalna?

Nawet nie wiem, jak to się stało, że wyskoczyłam z moich betów jak poparzona i pognałam do kuchni, łapiąc po drodze szczotkę do włosów, a następnie podbiegłam do Ilony i zawyłyśmy razem do wspólnego mikrofonu z funkcją czesania włosów:

– PLĄCZE NAM NOOOGI I MÓWI „IIIIIIDŹ!” NIE WIERZ, NIE UFAJ MIIII!

Pozostałej części tekstu oczywiście żadna z nas nie znała, ale ten drobiazg nie przeszkodził nam w dokończeniu piosenki i we wzbogaceniu treści i melodii o szalony, acz raczej nieskomplikowany układ choreograficzny.

Aż się zdyszałam.

Ilona zarechotała niczym rubaszny stały klient lokalnej piwiarni „Zośka”, znajdującej się na parterze naszego bloku.

– Ty, a co to, pełnia Księżyca się zbliża, że ty tak nagle odżywasz i przestajesz być Grumpy Kociakiem? – rzuciła do mnie przez ramię, zabierając się za zmywanie naczyń.

– A ty od kiedy przestajesz zajmować miejsce w zlewie, żebym wreszcie mogła składować tam swoje brudy?

– Ty weź mi już lepiej, leniu śmierdzący, przynieś te pozostałości po śniadaniu, które ci przyniosłam.

Ruszyłam do pokoju z głupim uśmieszkiem na twarzy, ale zatrzymałam się w połowie drogi. Coś było nie tak. Ostatnim razem Ilona była dla mnie tak miła, kiedy chciała mnie przygotować na wiadomość o tym, że zagłodziła naszego patyczaka Cześka. Swoją drogą, jak można patyczaka zagłodzić, do jasnej cholery?

Poszłam do pokoju, zastanawiając się, o co może chodzić i ocknęłam się dopiero, gdy stanęłam przy zlewie z tacką brudnych naczyń.

– Co narozrabiałaś? – zapytałam stanowczo.

Dziewczyna skierowała na mnie swoje zdziwione spojrzenie. Chyba ciągle jeszcze nie wie, że potrafię odróżnić prawdziwe zaskoczenie od fejkowego, podobnie jak prawego buta od lewego.

… z tym drugim mam problem tylko w niektóre weekendy.

– Oprócz tego, że wczoraj wróciłam do mieszkania totalnie zeszmacona? Nic a nic.

Obrzuciłam ją nieufnym spojrzeniem, i z kiełkującym ziarnem niepokoju w mojej psyche, podreptałam pod prysznic. Niedziela, dzień jak co dzień, czyli czas nierobienia właściwie niczego poza oglądaniem kotów i sprawdzaniem fejzbókof. Taa, moje życie pełne jest nagłych zwrotów akcji.

Kiedy wyłoniłam się z parującej łazienki niczym Wenus z piany (lub Maryla Rodowicz z kłębów sztucznego dymu na koncercie w Ciechocinku), czekało na mnie rozwiązanie zagadki.

– Sebastian? Co ty tu…? – zapytałam siedzącego w przedpokoju niezapowiedzianego gościa.

O mały włos nie zsunął się ze mnie ręcznik. Łolaboga, facet by oślepnął.

– Ymmm… Cześć, Arleto. Podobno potrzebujesz z kimś pogadać. – wydukał w końcu, spuszczając wzrok na podłogę.

Potuptałam do pokoju, a pięty moje tak gniewnie waliły w podłogę, że zapewne jestem już niższa o jakieś dwa centymetry. Ilony ani śladu. Oczywiście, zmyła się. Po cholerę go zaprosiła, tego nie wiedziałam, ale moją pierwszą myślą było swatanie. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, że ona przecież nie wiedziała, że Sebastian zrezygnował z pracy w gabinecie. Czyli… łotefak tak właściwie?

– Zaczekaj w kuchni, zrób sobie jakąś herbatę czy coś! – krzyknęłam do Sebastiana z pokoju i zaczęłam wywracać wszystkie ubrania z szafy w poszukiwaniu czegoś w miarę ładnego, a przede wszystkim czystego. Naprawdę powinnam przestać mieszać czyste z brudnymi.

Dobrych parę minut później weszłam do kuchni w ulubionej niebieskiej bluzce Ilony i w jeszcze-nie-śmierdzących dżinsach, które muszę w końcu wyprać.

– To… co słychać? – zagaiłam rozmowę, starając się zachowywać naturalnie.

„Bądź jak pierwsza dama, bądź jak pierwsza dama” – powtarzałam sobie w myślach – „ale niekoniecznie Komorowska. A już broń Boże, nie zmierzaj w stronę Iwony Pawłowicz”.

– Wszystko w porządku. A u ciebie? – odbił piłeczkę S.

Mistrz konwersacji.

– No wiesz… jutro idę na rozmowę o pracę… a poza tym to…

Zamilkłam. Zamarłam. Uderzyła mnie ta myśl. Nie mam planów na przyszłość sięgających dalej niż jutrzejszy dzień. A nawet ten plan nie jest mojego autorstwa. Zmierzam ku samozagładzie.

– Poza tym nie masz żadnych innych planów na przyszłość, mam rację? – zapytał protekcjonalnie Już-nie-psychoseba.

– Wcale że nie – zaczęłam, i od razu zamilkłam.

Idiotka. Trzeba było jeszcze dodać „jesteś u pani”. Przecież wszyscy to wiedzą, że mój plan dnia to po prostu schemat: WSTAŃ – PRZETRWAJ – IDŹ SPAĆ. Tyle że nie wszyscy mają matkę, która regularnie opłacałaby ich rachunki tak, by nie musieli pracować.

– Czy już wiesz, na czym polega twój problem? – padło kolejne niezręczne pytanie.

– Kiepska ze mnie wróżka? – siliłam się na ironię.

Seba westchnął.

– Nie ruszę się stąd, dopóki mi nie powiesz, co jest twoim największym problemem.

– Ale… to trudne.

– A myślisz, że wstawanie o siódmej rano w niedzielę tylko po to, by z tobą porozmawiać i jakoś ci pomóc, było dla mnie łatwe?

– Ilona mogła ci tego oszczędzić. – wymamrotałam.

– Owszem. Ale chyba jakimś dziwnym zrządzeniem losu zależy jej na twoim szczęściu.

– Ta… I od razu musiała się tak odwdzięczać.

Zapadła odrobineńkę niezręczna cisza.

– Arleta. Zawarliśmy umowę.

Słowa Sebastiana zabrzmiały tym razem tak poważnie, że z trwogą podniosłam na niego wzrok, by upewnić się, czy to na pewno on je wypowiedział. No niestety, słuch mnie nie mylił.

– Umowę? – udałam głupa jak zwykle, łudząc się, że wyratuję się w ten sposób z opresji.

– Tak, i wiem, że właśnie strzelasz głupa. Znam cię zdecydowanie lepiej niż ci się wydaje.

Ohoho, jaki zaklinacz kobiet. Ciekawe jak to się stało, że przez kilka lat narzeczona zdradzała go z jego przełożonym, a ten niczego nawet nie podejrzewał. Mentalista. Hłe, hłe, hłe.

– Wiem też, że w myślach się ze mnie nabijasz, zapewne szydząc z tego, co mówię. – dodał, patrząc mi poważnie w ryło.

– Ok. Dobra… Pamiętam. Ja mam pomagać tobie, a ty mi. – powiedziałam zupełnie poważnie.

– Nie, nie, nie, nie, nieeee. Najpierw to ja spróbuję pomóc tobie, a dopiero później ty mi. Zaklepane, ja byłem pierwszy. Spowiadaj się.

– Co mam powiedzieć?

– Co cię ostatnio zasmuciło. I proszę bez pier&olenia.

Wow.

– No dobrze… Czuję, że stoję w miejscu. Marnuję czas, życie… Niczego nie robię. Nie znoszę wychodzić do ludzi, dlatego praktycznie nie wychodzę z domu. Czuję się, jakbym umarła. Albo spała kamiennym snem.

Niepojęte. Tym razem naprawdę powiedziałam, co czułam. Po raz pierwszy otworzyłam się przed moim psychoterapeutą.

– Chyba muszę częściej przeklinać. – wywnioskował Sebastian.

To się nazywa szukanie wspólnego języka.

– To ja mogę przeklinać?! – zapytałam entuzjastycznie.

– A co to ku&wa za głupie pytanie?

Ok. I tak już ledwie oddychałam z wrażenia.

– To może… mała przerwa?

– A po co? – zapytał zdumiony Sebastian.

– Muszę zajrzeć do mojego pamiętnika. Wiesz… ułożyć sobie to i owo w głowie zanim przejdziemy do rozmowy. – lekko rozminęłam się z prawdą.

Na te słowa Pan S. niemalże przyklasnął z radości, a oczęta chciały mu wyskoczyć z oczodołów ze zdumienia. Chyba.

– Piszesz pamiętnik! Tak jak zaleciłem! Brawo!

Wyraźnie nie posiadał się z radości.

– Ok, to ja pójdę po coś do jedzenia, a ty pomyśl trochę. Coś czuję, że dziś dokonamy rzeczy wielkich.

Seba zatarł ręce, ubrał kurtałkie, po czym wybrał się do pobliskiego marketu lub czort wie czego.

A ja wyjęłam pamiętnik i piszę. Nie potrzebuję tego wszystkiego czytać, żeby wiedzieć, jak wielki bajzel mam pod czerepem.

Dziennik Społecznego Dziwoląga (10) – brazylijska telenowela

Dzień 17

Piąteczek piątunio.

Wieczór, ofc.

A ja sama, ofc.

Ale oczywiście, że mi to nie przeszkadza. To, że w tym samym czasie moja współlokatorka znów zniknęła na 2 tygodnie ze swoim najnowszym modelem (tak jest, prawdziwym modelem, jakby wyciętym z reklamy Calvina Kleina, tyle że zupełnie niepodobnym do Biebera), albo to, że moja przyjaciółka Ela żyje sobie w szczęśliwym narzeczeństwie, i już planuje ślub, a także zastanawia się nad imieniem dla dziecka – te rzeczy wcale mnie nie przygnębiają. „Dlaczego?”, mógłby ktoś zapytać. Otóż, ja jestem dość niespotykanym egzemplarzem osoby, która potrafi szczerze cieszyć się szczęściem swoich przyjaciół. Wcale nie wyczekuję ich słabszych momentów, żebym mogła im pomóc i dzięki temu sama poczuła się lepiej.

Poza tym, jestem kobietą silną, samowystarczalną i spełnioną. Dzisiaj byłam na zakupach i nawet dostałam resztę.

I mam nowe szpilki. I sukienkę na ślub Eli. I nową suszarkę do włosów. Bo tamta stara jest… stara. A ta nowa jest ładna, firmowa, i ma kilka stopni regulacji, i była przeceniona ze 120zł na 60.

Właśnie, jestem kobietą sukcesu! Zarobiłam całe 60zł, i to tylko na jednej suszarce do włosów.

Kogo ja oszukuję.

Hmmm… Zdaje się, że powinnam zrobić coś ze swoim życiem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Znaleźć pracę? Pojutrze mam rozmowę w jakiejś-tam firmoszce, o której właściwie nie wiem nic. No ale mama. To jedno słowo wyjaśnia wszystko. Poleciła mnie, trzeba iść.

Swoją drogą, ta sama osoba, która załatwiła mi leczenie u psychologa, uznała nagle, że nadszedł dla mnie czas, bym poszła do pracy. Wieje mi tutaj nie tyle sandałem, co raczej kapką niekonsekwencji i… no, może ciuteńką hipokryzji. Ale tylko ciuteńką, bo przecież kocham moją rodzicielkę karmicielkę i nie mogłabym posądzić jej o takie przymioty.

Ok, czyli szukanie pracy z głowy. Choć mam niejasne wrażenie, że robienie dokładnie tego, co każe mama w moim wieku jest już poważnym obciachem. Problem w tym, że już nie umiem się tym przejmować…

I właśnie w takim nastroju sunęłam sobie z gracją pingwina, owinięta w kołdrę, trzymając w dłoni pusty kieliszek, który właśnie miałam napełnić moim idealnie schłodzonym babskim winem. Przystanęłam jeszcze na chwilę przed lustrem, by zobaczyć moją singielską spełnioną twarz. Resztki niedomytego tuszu do rzęs utworzyły fantazyjne ciapki wokół moich oczu, a włosy związane w kitkę na samym czubku głowy, o dziwo, dodawały mi nieco uroku. Ach, skromna piękna ja.

I już-już przestąpiłam próg kuchni, złapałam za drzwi lodówki z zamiarem sięgnięcia po wino, kiedy nagle z głośnym hukiem otworzyły się drzwi wejściowe. Usłyszałam odgłosy szamotania się z płaszczem i nierównego oddechu. No tak, pewnie to Ilona, moja dawno niewidziana współlokatorka marnotrawna.

Nalałam sobie wina i podreptałam z uśmiechem do przedpokoju, żeby się przywitać.

Zamarłam.

Na szafce przy drzwiach siedziała kompletnie rozmazana i okropnie potargana Panda, która z wyglądu jedynie przypominała Ilonę. Jej fryzura wyglądała tak, jakby ktoś związał jej naprędce włosy, po czym wsadził głowę do pralki i włączył wirowanie. Z jej eleganckiego granatowego płaszcza, którego zawsze jej zazdrościłam, wystawały jakieś habazie. A cudne czarne pończochy z koronkowym wykończeniem, których nigdy nie zgodziła się mi pożyczyć, były w strzępach. I… cóż, z prawej stopy zwisał jej czarny bucik, a spod lewej kapało jedynie błoto zmieszane z kropelkami krwi.

– Yyy… Cześć, Kopciuszku. – wydusiłam wreszcie, machając ręką w geście powitania.

Ilona schowała twarz w dłoniach i wydusiła:

– Proszę, zamknij dobrze drzwi. I sprawdź, czy wokół naszego bloku nie kręci się ktoś podejrzany.

Podejrzany? Nie ma tu takich, zdarzają się najwyżej zakapturzone postacie z piłą ręczną na podorędziu.

Natychmiast zrzuciłam z siebie kołdrę, odłożyłam kieliszek i szybko zamknęłam drzwi na wszystkie zamki i spusty, a następnie wybiegłam na balkon, żeby się rozejrzeć. Cisza. Jedynie pan Mietek pilnował całodobowego, opierając się o murek i trzymając butelkę sikacza w dłoni. Niczym Atlas dzierżący Ziemię, pan Mietek skutecznie chronił sklep przed zsunięciem się w nicość.

Wróciłam spiesznie do Ilony. Pomogłam jej wstać, zabrałam od niej płaszcz. Kiedy zdjęła tego swojego, pożal się Boże, osamotnionego buta, zaprowadziłam ją pod rękę do pokoju, bo trzęsła się dziewczyna jak osika na wietrze.

– Chcesz się czegoś napić? – zapytałam rzeczowo.

Nie podnosząc wzroku, Ilona odpowiedziała:

– Herbatę z rumem.

Co za burżuazja.

– Ok, już idę.

Ledwie zdążyłam postawić czajnik na kuchence, kiedy usłyszałam za sobą jej nikły głosik:

– No tak, przecież my tu nie mamy rumu… – przypomniała sobie wreszcie – Rum był u niego. – dodała z pogardą.

– Taaak… No właśnie, mam taką propozycję. – powiedziałam spokojnie.

– Mhm?

– Może wyjaśnisz mi, skąd u ciebie ten zaskakujący outfit? Czyżby on… ten… przestał cię już odwozić do domu i odprowadzać pod same drzwi, łasząc się wytrwale, żebyś go wpuściła?

Ilona znów się zachwiała, więc przysunęłam jej krzesło, by usiadła przy stole; ja sama usiadłam na blacie kuchennym, wbijając wzrok w mokre smutne oczy tej biednej Pandy.

– Tylko… pytanie, o którego ci chodzi. – zaczęła niepewnie.

Hmmm, tego nie przewidziałam, choć powinnam była.

– Bartosz… Tak chyba miał na imię ten, którego widziałam z tobą dwa tygodnie temu. Mieliście razem wyjechać na jakieś wakacje.

– Ahaaa… Rzeczywiście, wyjechaliśmy, ale to nie wypaliło. – odpowiedziała beznamiętnie Ilona – Powiedział, że to było fajne tylko na chwilę, a ja się z nim zgodziłam. Na tych samych wakacjach poznałam Eryka, a potem jego kumpla Piotra. No i z Piotrem spotykałam się już… no… parę dni.

– Ile? Dwa? Trzy? Tydzień? – nie dawałam za wygraną.

Zamyśliła się, prawdopodobnie próbując ustalić fakty.

– Pięć dni.

Zawahała się, bo pewnie zauważyła mój wyraz twarzy.

– Ale… zdążyliśmy w tym czasie naprawdę dobrze się poznać. – dodała, próbując się usprawiedliwić.

– W to nie wątpię. Ale mów, co się wydarzyło. I spokojnie, nie będę cię pouczać. Na razie.

Ilona wyraźnie się zawstydziła. Opowiadając całą historię robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną wzrokiem.

Z chaotycznych strzępów informacji, które podała, wynika, co następuje:

  • Ilona została odrzucona przez kolejnego faceta, na którym jej zależało, choć stara się tego po sobie nie pokazywać.
  • Eryk i Piotr to prawdopodobnie zmyślone imiona, bo prawdziwych nie zdołała zapamiętać. Wynika to nie tyle z mojego kunsztu zdolności dedukcyjnych, ile z dziwnego faktu, że ciągle mieszała z sobą te dwa imiona.
  • Piotr (Pan Trzeci) porzucił ją na imprezie dokładnie wtedy, kiedy dziewczyna zorientowała się, że zginął jej portfel i telefon. Skubany odstawił niezłego Copperfielda.
  •  Po bezskutecznej próbie odnalezienia Piotra Jakmutam vel. Davida Copperfielda, złapała na postoju taksówkę. Zaznaczyła przy tym, że nie ma pieniędzy, i że zapłaci pieniędzmi, które zostawiła w mieszkaniu.
  • Niestety, w strategicznym momencie, około dwóch kilometrów od naszego bloku – za to dokładnie w samym środku opustoszałej dzielnicy – pan taksówkarz zwolnił, a po chwili zatrzymał samochód i znacząco się uśmiechnął, kładąc dłoń na kolanie Ilony. Całe szczęście, zdążyła otworzyć drzwi zanim wcisnął blokadę, i uciekła. Godzinami kluczyła uliczkami i zaułkami w obawie przed taksiarzem.
  • Nie wiadomo, gdzie i w którym momencie zgubiła buta, choć mnie nieco bardziej martwi absencja sprawnego mózgu w czaszce mojej współlokatorki.

W międzyczasie wypiłyśmy po kubku herbaty (no dobra, ja pozostałam wierna mojemu winnemu nektarowi), wysłuchałyśmy kilku tkliwych ballad, a wreszcie wysłałam Ilonę do kąpieli.

Kiedy wreszcie wyszła z łazienki, odświeżona i nieco bardziej żywa, uderzył mnie widok jej wychudzonej figury, zapadniętych policzków i zmartwiałych oczu. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo schudła w ostatnim czasie.

Usiadła na brzegu mojego łóżka i, wbijając wzrok w dywan, zapytała:

– Uważasz mnie za puszczalską, prawda?

Westchnęłam głęboko, włączając Who Says Johna Mayera na jutubach. Zdecydowanie potrzebna była jakaś ciepło brzmiąca piosenka.

– Słońce… – zaczęłam, przytulając ją niezdarnie, jak to ja – ja po prostu uważam, że masz dość specyficzny typ idealnego faceta, wiesz?

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– No tak, kochana. Interesuje cię facet, który byłby tobą zainteresowany. A to zdecydowanie za mało… wymagające kryterium.

Na kamiennej twarzy Ilony pojawiły się oznaki nadchodzącego szlochu i Niagary ze smarków. Z taką ekspresją to ona partii pokera raczej nigdy nie wygra.

– Bo… to tak trudno zapomnieć… – zaszlochała.

– Co zapomnieć?

– Miłość, która kiedyś nadawała sens wszystkiemu, co robiłam.

Yghhh… Znowu brazilejro, już nawet nie muszę oglądać Zbuntowanego Anioła, choć niedawno zaczęłam.

– Kochana, chyba każdy z nas ma lub miał taką historię, która złamała mu centralną krwiopompkę.

Pokiwała głową.

– No właśnie. – kontynuowałam swój wywód. – I pewnie każdy z nas ma taką osobę, o której myśli w pierwszych sekundach Nowego Roku,… przy wigilijnym stole,… kiedy zobaczy w parku szczęśliwą parę starszych ludzi, patrzących na siebie oczami dwudziestolatków,… będąc świadkiem przysiąg małżeńskich składanych przez nowożeńców,… czy zwyczajnie w chwilach samotności, albo bezskutecznie próbując zasnąć. Masz kogoś takiego?

Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam morze łez.

– Tak, mam… – wydusiła.

– A czy… to coś ma prawo bytu w twoim życiu?

– Nie… – wymamrotała zdecydowanie.

– W takim razie musisz zaczekać, aż to się odmieni. Bo dopóki będziesz pozwalała, by to uczucie zabijało cię od środka, podczas, gdy ty będziesz szukała krótkotrwałego pocieszenia w przypadkowych miejscach, to nie dożyjesz własnego ślubu. Kretynko.

W tym momencie nastąpiło jakieś je%ane apogeum. Ilona rzuciła mi się na szyję, wycierając całe swoje łzy i smarki w moje przepocone piżamy, i mrucząc coś na kształt:

– Dziękuję… Dziękuję ci…

Godzinę później, czyli mniej więcej o czwartej nad ranem, kiedy leżałyśmy już w łóżkach, wspominałam w ciszy różne niechlubne popisy głupoty z mojej przeszłości. To, co dawniej gorzkie i patetyczne, nagle stało się śmieszne jak disneyowskie Nowe Szaty Króla. Uśmiechałam się do siebie, wspominając złamane serca, siarczyste policzki, których nigdy nie żałowałam, a nawet intrygi rodem z Trudnych Spraw. Życie, w gruncie rzeczy, wcale nie jest takie poważne.

I wtedy usłyszałam pytanie Ilony, która jednak przez cały ten czas nie spała:

– Arleta… A o kim ty myślisz, kiedy nie możesz zasnąć?

I co w takich chwilach należy zrobić, Panie i Panowie? Taktyk jest wiele, ale ja wybrałam tę najlepszą.

Udałam, że śpię. Nie ma się co chwalić bezsennością.

Vast nothingness

Nie wiem, czy ostrzegałam, ale czasem piszę coś poezjopodobnego.

Jeśli nie wspominałam, no cóż – mówię to teraz 😉

Vast nothingness

How to pronounce my emptiness
as just when I utter a sound there is this
something
that means nothing
brings nothing
and clatters all my mind
with the horrifyingly distorted images
just like the reminiscence
of my mistakes?

Create from nothing
out of pain, out of fear
deficiency and poverty,
pretending that my ashes
came up from the stars?

Well, here’s what I am:
a humble number to pass by
something and nothing
the vast nothingness.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (9)

Dzień 15.

Kac, kac, kac, kac, kac… Tak bardzo kac.

Chcecie dobrej rady? Jeśli będziecie mieli chęć zaburzyć czasoprzestrzeń, by powrócić do nocy poprzedniej – dobrze się zastanówcie, czy nie wiąże się to z ponownym przeżyciem tego samego kaca, i to w dodatku ze zdwojonym pier&*lnięciem.

Podniosłam się na łokciach, znów leżąc na podłodze, i oparłam się delikatnie o ścianę, przy której spałam. Obok leżał Seba, albo raczej jego zwłoki, bo duch zdawał się meandrować z dala od korpusu.

Przyglądałam mu się tak przez chwilę, stwierdzając kilka faktów:

  1. Marta, była narzeczona Sebastiana, musiała być kompletną idiotką, że wolała jakiegoś starucha od przystojnego (na swój sposób oczywiście) mężczyzny w sile wieku, który ma trzydzieści lat, a jeszcze nie zaczął łysieć.
  2. Nadal jeszcze nie zdążyłam wytrzeźwieć.
  3. Kilkudniowy zarost Seby plus ręczna piła, którą tu przytachał, zrobiły z niego… noo… takiego trochę drwala!
  4. Mieszanie białego i czerwonego wina niekoniecznie jest godne polecenia.
  5. Nigdy więcej.

Podniosłam się na nogi, opierając się plecami o ścianę. Dobrze się składa, dawno nikt nie omiatał ścian w tym mieszkaniu. Wyciągnęłam ręce równolegle do ziemi, niczym akrobata stąpający po linie, by złapać równowagę. Postawiłam pierwszy niepewny krok, potem następny, po czym niemal pocałowałam Matkę Ziemię, (lub raczej Matkę Podłogę).

„Ech, ta Gaja, dzisiaj znowu jej się na żarciki zebrało”, wymamrotałam, chwiejnym krokiem podążając do łazienki.

Uff… szybki szałerek, a potem będę jak nowonarodzona.

Nie patrzeć w lustro, nie patrzeć w lustro, nie. patrzeć. w. lustro. Niepatrzećwlustroniepatrzećwlustro. Ku&wa. Spojrzałam.

Naprzeciw mnie stała jakaś zwichrowana czupryna o przetłuszczonych włosach, z rozmazanym makijażem na twarzy, a przez jej ramię przerzucona była zmiętolona koszulka. Brr. Nie lubię patrzeć na siebie nagą, i to jeszcze w świetle tej jarzącej żarówy. To jakieś takie… brutalne. Brutalnie szczere.

Mniejsza tam. Gumki do włosów znowu nie było nigdzie pod ręką.

Ale jak to moja babcia mawiała, nie pękaj jak guma w gaciach. Dlatego też włosy związałam stanikiem, et voila! – Arleta umyta, prawie jak żywa.

Kiedy wróciłam do kuchni, Seba zdążył podnieść się z parteru i siedział tak sobie, jak gdyby nigdy nic z filiżanką kawy i croissantem. Skąd go wytrzasnął, pojęcia nie mam.

– Doberek! – wykrzyknęłam, po czym od razu się skrzywiłam na dźwięk własnego głosu

– A dzień dobry. – uśmiechnął się S. – tam na szafce przygotowałem też małe śniadanko dla ciebie. Takie skromne podziękowanie za to, że mnie przygarnęłaś.

Co za przemiły człowiek. Chyba już wiem, o kim będę myślała nocą, kiedy człowieka dopada największa samotność i zwątpienie w swoją niezależność. A może nie.

Złapałam kubeczek kawy i talerzyk z rogalikiem, po czym usiadłam naprzeciw niego.

– Czyli co… Nie jesteś już moim terapeutą?

– Ano nie. Zresztą, już od dawna nim nie byłem.

– Jak to?

Głębokie westchnięcie.

– Nie jest dobrze, gdy terapeuta zwierza się własnemu pacjentowi. Tak się nie robi.

– No dobrze… Czyli teraz po prostu jesteśmy kumplami?

– Dokładnie tak.

– Jasna dupa, to brzmi jakbyś ze mną zrywał – zażartowałam.

Nagle coś zaszeleściło pod moimi drzwiami, zadzwonił dzwonek, a następnie dały się słyszeć szybkie kroki w dal.

Spojrzałam zdziwiona jak sto pińdziesiąt na Sebę, wstałam i skierowałam się w stronę drzwi.

– Może to listonosz? – zainteresował się S.

– Taaa, jasne. I boi się interakcji społecznych, dlatego sam pokwitował przesyłkę i uciekł.

Wyjrzałam przez wizjer. Nikogo. No tak, już wiedziałam, co się święci.

Otworzyłam drzwi, a pod nimi leżały gęsto zapisana czerwonym długopisem kartka oraz bukiecik róż. To znowu ten mój wielbiciel spod piątki. Podniosłam kartkę i zaczęłam czytać:

Moja Królewno!

Wiem, że zeszłej nocy jakiś mężczyzna przyszedł do Ciebie w odwiedziny. Nie moja to rzecz oceniać, ale moim zdaniem powinnaś staranniej dobierać sobie mężczyzn, którymi się otaczasz. Czy nasz wieloletni związek nic dla Ciebie już nie znaczy? Moje uczucie straciło na wadze tylko dlatego, że ktoś inny postanowił Cię odwiedzić nocą?

Kochałem Cię. Zawsze będziesz zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Miałem wyrzucić te kwiaty, które wczoraj dla Ciebie kupiłem. Ale szkoda mi było je wyrzucić – więc masz! Serca nie masz, ale chociaż te róże będą Ci o mnie przypominały. Są piękne i kolorowe, ale będą więdły powoli – tak, jak moja miłość do Ciebie.

Twój na zawsze,

Kacper

– I kto, kto to był?

– No cóż… pewien dość… specyficzny doręczyciel. Doręczyciel-dręczyciel rzec by można. – odparłam, wyrzucając po drodze kwiaty oraz liścik do kosza, aby wreszcie usiąść znów przy stole i dokończyć śniadanie.

W ciszy konsumowaliśmy nasze przyjacielskie śniadanie. S. mruczał coś pod nosem, z lekko szyderczym uśmiechem na twarzy.

Dopiero po chwili udało mi się zidentyfikować słowa i melodię:

Miiiłość  rooośnie woookół naaaas

W spokojną jasną noooooc.

– A tego sku&wiela, który cię zdradził po latach związku… Cóż, najchętniej powiesiłbym za jaja.

– A ja bardzo chętnie zaprowadziłabym twoją byłą do sieciówki podczas wyprzedaży, i zamknęłabym ją w przymierzalni pełnej ubrań, ale bez lustra i iPhone’a.

– Cóż pozostaje dodać, Arleto – powiedział S., kiwając głową z uznaniem i podając mi rękę – Coś mi mówi, że to może być początek pięknej przyjaźni.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (8)

Dzień 15

O nie, chwileczkę, przepraszam! To jeszcze nie może być dzień następny!

Właśnie sobie uświadomiłam, że przecież Sebastian nie może ot tak po prostu zrezygnować ze swojej pracy! Przecież ma tam kilka ciężkich przypadków – pacjentów, którzy tak bardzo przywykli do rozmów z nim, że nagła zmiana psychoterapeuty może dla nich oznaczać zastój, lub wręcz krok w tył w ich terapii. To nieludzkie, tego nie robi się dziwolągom.

No i mi też. Mnie się nie zostawia.

Nie żebym była jakąś psychopatką czy coś. Po prostu…

Panicznie się boję. Nie chcę zostać sama z tym całym burdelem w głowie.

Wrrrróć – wskazówka w tył!

 

Dzień 14

Mam nadludzkie siły. Handluj z tym.

Sebastian wciąż wbijał tępy wzrok w sałatkę, którą wcześniej próbował zjeść, choć najprawdopodobniej była, delikatnie ujmując, niezdatna do spożycia. Ja tymczasem otwierałam drugą butelkę wina. Do pełnego romantyzmu brakowało już tylko świec.

I stołu z krzesłami.

I czegoś do jedzenia.

I eleganckich strojów.

I Ryana Goslinga w łódce, wiosłującego w deszczu, zamiast zwariowanego psychoterapeuty z piłą.

No i… to nic osobistego, ale Sebastian naprawdę mógł przyjąć moją propozycję skorzystania z mojej łazienki.

– Seba….aastian – wyjąkałam wreszcie, zmagając się z czkawką.

– Tak?

– Ale przecież ty nie możesz tak po prostu rzucić tej roboty.

Natychmiast oderwał wzrok od sałatki, aby spojrzeć na mnie szerokimi ze zdumienia oczami.

– Jak to?

Zaczerpnęłam głęboki łyk powietrza. Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu.

No dobra, teraz trochę popłynęłam.

– No booo… tam pewnie jakiś okres wypowiedzenia jest w tym naszym wariatkowie, prawda?

– Chrzanić okres wypowiedzenia! Poza tym wszystkim, moja umowa nie zawierała żadnej klauzuli, która przewidywałaby, że mój zwierzchnik będzie bzykał mi narzeczoną.

Taaak, mocny argument.

– Ale myślisz, że cię tak po prostu wypuszczą?

Zabrzmiało, jakby to Sebastian miał problem z psychą. Choć w sumie nie było to chyba sprzeczne z prawdą.

– Wypuszczą, nie wypuszczą – co za różni… Czekaj, czekaj! – nagle Psychosebę coś olśniło – ty się martwisz nie o mnie, a o samą siebie! Mam rację?

Jego triumfalny ton sprawił, że moje dalsze próby kamuflażu zdecydowanie utraciły rację bytu.

Westchnęłam, i nawet nie wiem kiedy, łzy wezbrały mi w oczach, by powędrować w dół, do gardła, gdzie utworzyły potężną gulę, przeszkadzającą mi w wyprodukowaniu jakiejkolwiek obiektywnej wypowiedzi.

– Bo widzisz… – zaczęłam drżącym głosem i odchrząknęłam, panicznie usiłując pozbyć się tej babskiej guli z grdyki – ja… ja się boję.

– Czego?

– Zostać sam na sam z moimi myślami. One w jednej chwili są zabawne, że aż… no, czasem w porywie emocji się uśmiechnę. A czasem…

Chyba czas odrobinę nagiąć fakty, by nie stracić mojej męskiej przyjaciółki. A może to wszystko prawda, tylko ja próbuję ją wepchnąć w otchłanie mojej podświadomości?…

– Co czasem? – zniecierpliwił się Sebastian

Westchnęłam raz jeszcze.

– Czasem budzę się w nocy przerażona i zapłakana, zupełnie bez powodu, kompletnie bez sensu…

Poczułam ciepły strumyczek z wolna spływający po moim policzku.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu mnie olśniło.

– A poza tym… chyba nie myślisz, że tak po prostu jesteś już wyleczony ze swojej wieloletniej miłości do Marty?

Spojrzałam na twarz Seby, który chyba powoli zaczął już przysypiać, jednak wypowiedziane na głos imię byłej narzeczonej wyrwało go najwidoczniej z transu.

Patrzył tak na mnie przez chwilę oczami otwartymi tak, że bardziej otworzyć ich się nie da, aż w końcu wymamrotał:

– Masz rację…

Uff. Dobra nasza. Starałam się nie okazywać tego, jak wielką ulgę odczułam. To chyba jednak trochę niefajne, okazywać radość, kiedy w tym samym czasie komuś właśnie życiowe plany się dupły.

– Znasz to uczucie, kiedy nienawidzisz kogoś z całych swoich sił i masz ochotę wykopać tego kogoś poza orbitę Ziemi… a kiedy przychodzi noc, wyciągasz rękę i próbujesz tego kogoś przytulić, tylko po to, by trafić na pustkę u swego boku? – po dłuższym milczeniu wyrecytował Sebastian.

Odchrząknęłam, próbując wraz z tym czymś, co utkwiło mi w krtani, pozbyć się także sarkazmu.

– Znam. Doświadczył tego każdy, kto kiedykolwiek zaliczył zakończenie związku lub romansu. No shit, Sherlock.

Shit, to chrząkanie działa jednak niezupełnie tak, jak powinno.

I wtedy stało się coś dziwnego. Sebastian podał mi swój kieliszek, żebym nalała mu wina, następnie przytrzymał mój, żebym (równie hojnie, aż po brzegi, w końcu mieliśmy zwolnienie z savoir vivre’u) nalała też sobie. Spojrzał przy tym w moje oczy tak, że poczułam, jakby ktoś pukał do drzwi mojego paranoidalnie pokrzywionego umysłu. I powiedział to magiczne słowo, skubaniec jeden:

– Opowiedz.

No i popłynęłam, i to w dodatku o wiele bardziej niż Mickiewicz, bo byłam totalnie nawalona tym cholernym winem. A taki Mickiewicz… on chyba raczej nie pisał po alko? Niech ktoś zaprzeczy, przecież to niepedagogiczne uczyć się patriotyzmu i martyrologii od kogoś, kto pisał na bani!

Sam Hemingway nie powstydziłby się takiego pierwszego zdania, jakim ja zaczęłam moją opowieść:

– Bo to ch*j skończony był.

Po chwili namysłu zapytałam:

– Ta twoja Marta zdradziła cię po sześciu latach?

Sebastian przewrócił oczami.

– No tak, skąd możesz wiedzieć, od jak dawna. Ale ja pamiętam, jak wszyscy odradzali mi wiązanie się z moim facetem jeszcze dłuuugo zanim rzeczywiście do czegokolwiek między nami doszło. Twierdzili, że miał wiele przyjaciółek, koleżanek, koleżaneczek, sióstr kolegów, sióstr kumpli, sióstr sióstr, sióstr braci sióstr… itepe, itede. Nie słuchałam, nie patrzyłam. Kochałam. Teraz chyba już wiem, co to znaczy postradać zmysły.

– Hrrrrhrrhrrrrr…. – usłyszałam chrapanie spod lodówki, o którą opierał się Sebastian.

Nie zważając na nic, kopnęłam go z całych sił w kostkę.

– No słuchajżeeee! – zawyłam po krakowsku.

Poderwał się, biedaczysko, i nadludzkimi siłami począł znów wzbraniać się przed czychającym na niego snem.

– Posłuchaj. Moim priorytetem było spełnienie wszystkich jego oczekiwań: jak się zachowywać, w jaki sposób myśleć, jak się ubierać, z kim się przyjaźnić… wierzyć w Boga, czy stwierdzić, że to zwykłe badziewie dla słabiaków i nudziarzy bez pomysłu na życie, którzy na pasterkę przychodzą trzeźwi (podpowiem tylko, że jedyną słuszną opcją było to drugie). W końcu udało mi się wpasować w jego wzorce, a trwało to kupę czasu, bo całe pięć lat (no ku&*a studia, całą magisterkę wtenczas można zrobić!). A po roku naszej, już oficjalnej, współpracy okazało się, że przez całe te sześć lat koleś potajemnie spotykał się z dziewczyną, którą poznał jeszcze przede mną. A nie dowiedziałabym się tego, gdyby nie to, że pewnego dnia wyszłam na autobus, by pojechać do rodziców, ale wróciłam do mieszkania po książkę, którą zapomniałam ze sobą zabrać w podróż. 10 minut mnie nie było, a oni już zdążyli uporać się z całym ceremoniałem, i już tylko odpalali jedną postkoitalną fajkę od drugiej.
Dziesięć minut. Wiesz, co wtedy zrobiłam?

Sebastian tym razem był naprawdę przejęty.

– Co? – zapytał, rozdziawiając swą japę.

– Zaczęłam się śmiać. Poklepałam dziewczynę po ramieniu, mówiąc „no, jeśli tyle ci wystarczy, to będziecie z sobą naprawdę szczęśliwi.” Wyszłam, pojechałam do rodziców, a kiedy po tygodniu mojej nieobecności wróciłam do mieszkania, wszystkie jego rzeczy już zniknęły. To było jak marzenie: wszystkie elementy klatki, w której żyłam przez sześć lat, tak po prostu zniknęły. A trzy miesiące później zakochana para pobrała się, o czym dowiedziałam się z fejs-zboka. Ja w tym czasie życzyłam im wszelkiego dobra, zaciągając się mentolowym papierosem, leżąc na łóżku, na którym palenie zabronione było przez całe pięć lat naszego przedziwnego trójkątnego związku. Życie stało się piękne, wreszcie odzyskało swój słodko-gorzki smak.

– Tooo… – zająknął się Sebastian, po naprawdę długiej chwili, kiedy już przekonana byłam, że gościu zasnął.

– Tak? – zapytałam wdzięcznym głosikiem.

– To jest niesamowite!

– Hmmm?

– Ty, silna kobieta, ze stricte zdroworozsądkowym spojrzeniem na świat i wydarzenia wokół ciebie – TY niby potrzebujesz terapii? Z jakiej ku%wa paki?!

Nie wiem, co zaskoczyło mnie bardziej: to, że Seba zaklął (co w jego wykonaniu zawsze brzmi jakby to chłopiec z katolickiej szkoły nagle powiedział „o, kurka wodna!”), czy to, że ktoś uznał moje myślenie za zdroworozsądkowe. Wiem tylko tyle, że to, co powiedziałam w następnej chwili, było jednym z najlepszych pomysłów (lub nawet był to najlepszy pomysł) w moim życiu:

– Sebastian, mam objawienie… Oboje przecież jesteśmy dziwolągami, każde z nas jest zdrowo je&nięte. Zaprzecz, jeśli pozwala ci na to etyka lekarska, czy co tam cię obowiązuje.

– Nie zaprzeczę… Prosta logika mi zabrania.

– No właśnie! A co w takim razie podpowiadałby nam podręcznik pana profesora Ziembińskiego?[1]

– EEE?

– Nie, ja myślę, że zabrzmiałoby to nieco bardziej elokwentnie. Na przykład: leczmy siebie nawzajem. Do normalności zapewne nigdy nie dojdziemy, ale może dzięki temu… Kurde, jasna dupa, zgubiłam wątek.

Skupiłam swój, zabiegany do tej pory, wzrok na szafce kuchennej. Niestety, nie pomagało to nijak w zebraniu rozsypanych dookoła myśli.

– Nieważne, i tak się zgadzam. Porada za poradę, jakoś się dogadamy.

Sebastian po raz kolejny zabłysnął. Jeszcze trochę, i się w nim zakocham.

Albo…

Hrrrrr….. hrrrr…. Hrhrrr….

Dobranoc.

[1] Zygmunt Ziembiński (1920 – 1966), profesor, teoretyk prawa, autor podręcznika Logika Praktyczna, którym witani są studenci poniektórych uczelni, zamiast tradycyjnego chleba i soli.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (7)

Sebastian

Te ostatnie dni to jakiś żart. Sypie się dosłownie wszystko.

No dobra, może parę rzeczy.

Okej, jedna. Rzuciła mnie kobieta.

Ta sama kobieta, której podporządkowałem moje plany. Brzmi to jak tekst pospolitego romansu lub deklaracja młodego gimbusa, ale… Marta była całym moim światem.

Zamiast spróbować dostać się do dużej firmy zajmującej się doradztwem zawodowym, gdzie mogłem zarobić naprawdę spore pieniądze (zresztą, mój kolega ze studiów chciał mnie wtedy polecić szefowi), ona namówiła mnie na staż w gabinecie mojego profesora. Tego samego, który szczerze mnie nienawidził: zawsze wymagał ode mnie najwięcej, a najwyższa nota, jaką mi kiedykolwiek dał, było 4.

M. mówiła: „Owszem, może i praca pod kierunkiem Dundra przyniesie niewielkie pieniądze, ale za to zdobędziesz znacznie lepsze kwalifikacje niż w jakiejś komercyjnej firmie, szersze spojrzenie – dzięki temu w przyszłości będziesz mógł wrócić z bogatszym doświadczeniem, i z miejsca cię przyjmą!”

Ja wiem, idiotyczne. Co smutniejsze, całkiem możliwe, że przez sześć lat związku, a wcześniej jakieś dwa lata przyjaźni, nie zauważyłem, że zadaję się z kompletną idiotką. Z tego wynikałoby, że w zasadzie nie wiadomo, które z nas dwojga było głupsze…

To jeszcze nie wszystko. Chciałem mieszkać sam, czekając do ślubu z zamieszkaniem razem – bo przecież kiedy korzystać z wolności bycia kawalerem na piśmie, jeśli nie do oporu?!?

Nie. Rok temu Marta orzekła: „utrzymywanie dwu mieszkań jest zbyt drogie. Wprowadzam się”. Tak po prostu. Pół godziny później przyjechała do mojej kawalerki z bagażami, które sam wniosłem (nomen omen, sam zgotowałem sobie piekło na ziemi: wniosłem puszkę Pandory, którą Pandora-Marta wypakowała, zajmując większość mojej przestrzeni). Jakiś czas później dowiedziałem się, że zwyczajnie przestała płacić rachunki, przez co właściciel mieszkania się wściekł i kazał jej się wynosić. Przekazała mi to jej współlokatorka, ale wypowiedziała magiczne słowa „w sekrecie”, więc zachowałem to dla siebie. Milczałem, bo było mi żal Marty.

Moja narzeczona nie dokładała się do czynszu, nie sprzątała, nie robiła zakupów. Jedynie od czasu do czasu zamawiała dla mnie pizzę na obiad i zostawiała dla mnie tyle, ile jej zostało.

Mimo że ja byłem już półtora roku po absolutorium, a studia zaczynaliśmy w tym samym czasie – ona wciąż studiowała. Czy się uczyła? Cóż… Często wychodziła ze swoimi dziewczynami z fitnessu do klubów studenckich. A gdy sugerowałem drobne zmiany w jej zachowaniu, ona miała jedną, podobno dobrą, ripostę: jesteś tylko facetem. Nie musisz tego rozumieć.

Boże, jaki byłem ślepy… Przed nikim nie ośmieliłbym się przyznać, że jestem cieniasem, a nie mężczyzną. Ale nikomu nie musiałem tego mówić: wszyscy to widzieli.

Ale ja wciąż wierzyłem, że wszystko może jeszcze zmierzać ku lepszemu. Że przecież w głębi serca Marta jest kochaną dziewczyną, w której zakochałem się pewnego majowego wieczora, gdy odprowadzałem ją z juwenaliów. Miała taki uroczy uśmiech, tak delikatną dłoń… i przesłodkie usta.

Fakt, była pijana. Wręcz na*&bana jak stodoła, a następnego dnia nie pamiętała mojego imienia. Ale…

Nie no, co ja pieprzę!!!!! bez jaj!!! Sześć lat życia w pizdu!!! A ja zamiast się cieszyć i świętować, upijam się i zaniedbuję moją pracę, łażę nocą po parku z piłą ręczną, by spiłować kłódkę, którą kiedyś zatrzasnęliśmy z Martą na jednym z mostków. Sęk w tym, że chyba już nie pamiętam, na którym. I w którym parku. I ile lat temu to było.

Jedna rzecz przelała czarę goryczy: zapytałem Martę, czy znam człowieka, z którym się spotykała przez cały ten czas. Początkowo nie chciała mi odpowiedzieć, ale wreszcie to z niej wydusiłem, przyciskając ją za szyję do ściany (jak na opanowanego psychoterapeutę przystało).

Poczułem się w jednej chwili jak w jakimś tanim sitcomie. Tak, jakby otaczał mnie tłum ludzi czekający ze swym gromkim śmiechem i oklaskami do momentu, aż ja wybuchnę płaczem i ucieknę. Zamiast tego, z kamienną twarzą wyjąłem te wszystkie puszki Pandory, które sam kiedyś wnosiłem, i zacząłem wrzucać do nich, co popadnie. Marta stała nade mną, szlochając i chlipiąc: „Przepraszam, przepraszam, Sebastian! Przepraszam! Wiem, skończona suka ze mnie, zniszczyłam ci życie! Ale proszę, powiedz coś, cokolwiek. Spójrz na mnie!”

Nie przeszkadzałem sobie. Nie spojrzałem w jej stronę dopóki nie spakowałem każdej rzeczy należącej do Marty.

Wreszcie znalazłem także jej indeks z czasów, gdy naszym dziekanem był profesor Dunder. Otworzyłem go na stronie z ocenami, po czym dopisałem dodatkowy przedmiot: ZAJĘCIA DODATKOWE W MIESZKANIU PANA PROFESORA. Poniżej dodałem adnotację: „dziekanat prosi o wypełnienie kolumny z oceną i zamieszczenie podpisu”.

Podałem jej, poprosiłem, by przekazała swojemu ukochanemu Profesorowi, i odprowadziłem ją do samej taksówki. Wrzuciłem jej walizki do bagażnika, po czym grzecznie poprosiłem o zwrot kluczy do mieszkania.

I pojechała. A ja poczułem się, jak chłopiec, którego dzieciństwo właśnie się skończyło.

A potem były te sesje z tobą, Arleto. Te, które przerywałem w trakcie lub podczas których zwyczajnie zwierzałem się z moich problemów, zamiast wysłuchiwać twoich.

A ty udzieliłaś mi genialnej w swej prostocie rady. Przez co pomyślałem tylko, że dupa ze mnie, a nie psychoterapeuta.

– Przepraszam… Ale muszę przyznać, że doceniam twój tyłek.

Ok, dzięki… No więc, teraz chyba czas najwyższy zmienić…

Słucham? Że co? Mój tyłek? Naprawdę?

– Wysiłek, powiedziałam wy-si-łek.

Aaaa… No tak, rzeczywiście, było mi ciężko. Ale teraz chyba czas iść naprzód. Rzucić robotę, poszukać nowej! Cieszyć się każdą chwilą życia! Hik… Masz może jakiś alkohol? Tak bardzo mi pomogłaś, musimy to oblać!

Arleta

Dzień 14

Rano (ok. 12)

Obudziłam się na podłodze w kuchni przy ścianie, z jakimś tobołkiem podłożonym pod głowę. Obok leżały dwie butelki po winie i Sebastian, a raczej coś, co kształtem go przypominało. Podniosłam się i usiadłam, opierając się plecami o ścianę. Ranyyy, niemożliwe było znalezienie takiego miejsca, które by mnie nie bolało.

Podrapałam się po głowie, zastanawiając się, jaki to dzień tygodnia. Emmm… w poniedziałek postanowiłam się zamknąć w czterech ścianach i obżerać się do granic przyzwoitości. A, no tak… To było wczoraj. Zanim nie zjawił się on. Szaleniec z piłą ręczną. Więc dzisiaj wtorek. Dzień jak co dzień. Nic zaskakującego, żadnego przełomu na kartach mojej historii.

Chociaż… Nie, momencik, wygląda na to, że wczoraj wydarzyło się coś istotnego. Moja głowa… Chyba sobie przypominam… Coś tam, że kończy pracę w tym czymś… tym gabinecie, w którym mnie przyjmował. Łeeee, to nic strasznego! Najważniejsze, że do niczego między nami nie doszło.

Mam tylko nadzieję, że nie powiedziałam mu tego, że za każdym razem, gdy przechodził obok mnie, gapiłam mu się na tyłek.