Pamiętnika Dziwoląga część dwunasta

Dzień 18.

Wieczorem:

No i po wszystkim. To było… To takie… Po prostu…

Nienawidzę Poważnych i Szczerych Rozmów, pełnych Wielkich Słów i bogato okraszonych moimi łzami i smarkami. To nie tak powinno być, wolę patrzeć jak inni płaczą. I pocieszać ich lub nie, w zależności od mojego stopnia przywiązania do tej osoby. Tak, wiem. Zimna suka ze mnie. Chociaż nie, zimna suka nie rozbeczałaby się podczas rozmowy ze swoim było/niebyłym psychoterapeutą. Je&any mentalista…

Ale od początku.

S.wrócił zaskakująco szybko, tachając w obu rękach siaty z zakupami. Zielone logo Almy biło po oczach niczym kopytkujący przed siebie jednorożec, który zrobił sobie przerwę w sielskiej dolinie, aby wyrzucić z siebie zalegające pokłady słodkości w postaci fluorescencyjnie tęczowych rzygów, ale słowem się nie odezwałam.

–Słyszałem to! – mruknął pod nosem S. jakimś takim specyficznym, ironiczno-rozbawionym tonem.

–Co słyszałeś? – zapytałam, autentycznie zaskoczona tym dziwnym stwierdzeniem.

–Słyszałem to, co sobie pomyślałaś. – odparł, zmierzając w stronę kuchennego blatu.

–Wróżka czy co? – siliłam się na ironię, wciąż próbując ukryć moje zaskoczenie.

–Wystarczy na ciebie spojrzeć. Można z ciebie czytać jak z otwartej księgi.

Zawsze uważałam się za kogoś tajemniczego, trudnego do oswojenia i zrozumienia. Wystarczyło trzymać się na uboczu i mieć problem z zawieraniem nowych znajomości. Czyli być mną. Ałć, tak się na samej sobie zawieść…

Szybko jednak zapomniałam, co miałam powiedzieć, bo zobaczyłam żarełko przyniesione przez Sebę.

Nie wiem, skąd wiedział, że od dawna miałam ochotę na sałatkę z świeżą sałatą, oliwkami, pomidorami i fetą. Ale znając życie, moja superdyskretna współlokatorka napomknęła mu o tym, a i nie omieszkała wspomnieć o tym, jak parę miesięcy temu przez sen wołałam mojego byłego, wrzeszcząc, żeby natychmiast  zszedł z tego okna, bo teraz ja skaczę.

Nawiasem, nie wiem, co konkretnie mi się śniło, ale jak widać nawet we śnie cenię sobie mężczyzn, którzy przepuszczają kobiety przodem, otwierając im drzwi. Albo okno. W zależności od potrzeby.

No dobra, żarcie to żarcie. Dla dobrego jedzenia jestem gotowa wyzbyć się dumy.

–Pomóc ci? – zapytałam, obserwując jak S. wyjmuje powoli składniki na sałatkę.

–Dwie deski, dwa noże, dwie łyżki, salaterka… i może jeszcze druga para rąk. Będę wdzięczny. – odpowiedział zdecydowanie, myjąc sałatę.

–Tak jest, psze pana.

Powyjmowałam wszystko, czego jaśnie pan terapeuta sobie zażyczył, po czym zgodnie podzieliliśmy między siebie pracę: najpierw S. płukał wszystkie składniki, a ja je kroiłam, wysłuchując przy tym komentarzy takich jak: „nie tak grubo!”, „nie tak cienko!”, „do jasnej cholery, kiedy ty ostatnio coś robiłaś w kuchni”, a także „oddaj ten nóż zanim sobie zrobisz krzywdę”. Następnie posłusznie oddałam nóż i zamieniliśmy się stanowiskami.

–Umyłaś już wszystko? – zapytał po chwili.

–Yhym. – odpowiedziałam pełnym zdaniem.

–Toooo… może postaw wodę na herbatę? Tylko się nie poparz, Magdo Gessler.

–Wery fany. Soł macz fan. – wymamrotałam, posłusznie stawiając czajnik na gazie.

Usiadłam przy stole. Wyglądało na to, że mogłam pomóc tylko w jeden sposób: nie przeszkadzając.

–Toooo… co u ciebie słychać? – zagaiłam, opierając podbródek o pa… dziennik, który trzymałam pionowo na stole.

S.westchnął głęboko.

Naprawdę, on chyba za często miewa okres. Może i ja się na tym nie znam, ale z czymś takim chodzi się do lekarza.

–Pamiętasz, jak dziękowałem ci za pomoc po rozstaniu z Martą?

–Ehe. – przytaknęłam.

–I pamiętasz, jak ci wtedy powiedziałem, że naprawdę mi pomogłaś, i serio w to wierzyłem?

–Ehe.

–Wtedy też obiecałem sobie, że całkowicie spalę za sobą mosty, które mnie z nią łączyły.

–Zapewne. I co?

–Udało mi się.

–To świetnie!

–Przez całe trzy dni.

No zatkało mnie. Choć wcale nie zdziwiło. Hehe, no co za ironia losuuu…

–Aha. Ale wiesz, że reguła trzech dni ma zastosowanie na początku znajomości, a nie kiedy jakaś zdzira albo sku&wol cię rzuca po latach życia w kłamstwie? – zapytałam najspokojniej, jak tylko umiałam.

Seba odwrócił się w moją stronę. Nigdy przenigdy nie widziałam u niego takiego zaciętego spojrzenia.

–No tak, oczywiście najlepiej jest po rozstaniu po prostu przestać żyć. Wycofać się ze świata i nigdy więcej nikomu nie zaufać, prawda?

No skubaniec.

Poczułam, jakby ktoś wbił sopel lodu prosto w moje serce. Szok termiczny mięśnia moich uczuć sprawił, że wszystko do mnie wróciło. Cała moja przeszłość. Wszystkie noce, gdy siedziałam na oknie, popalałam papierosy, które kompletnie mi nie smakowały, wystawiałam moje nogi i obserwowałam je na tle widoku rozlegającego się z mieszkania na siódmym piętrze. Jak turnauowski linoskoczek. Wszystkie dni, kiedy modliłam się o to, by tylko przestać czuć, bo bałam się, że umrę ze smutku. Każda łza, każdy wewnętrzny krzyk bólu, znienawidzone poranki, gdy zastanawiałam się, po co w ogóle wstawać z łóżka; wszystko.

–Ty… ty… – z przejęcia nie potrafiłam znaleźć żadnego odpowiedniego epitetu.

–Jak już mówiłem, można z ciebie czytać jak z otwartej księgi. Arleto… spójrz na mnie.

Nie umiałam.

Spod przymkniętych powiek zobaczyłam, jak Seba odkłada sałatkowy stuff i siada przy stole naprzeciwko mnie. Znów z tą swoją zatroskaną miną. I niech mi ktoś powie, że kobieta zmienną jest to tylko puste hasło.

–Dobrze, nie patrz. Rozumiem to. Ale posłuchaj mnie, proszę. Chcę ci powiedzieć coś ważnego.

–Słucham. – wymamrotałam, usiłując się nie rozkleić jak pierogi z truskawkami, których nigdy nie umiałam porządnie zlepić. Ani zjeść, bo są naprawdę ohydne.

–Powiedziałem ci kiedyś, że nie mam pojęcia, dlaczego twoja matka poleciła ci terapię ze mną.

–No jasne, przecież ja jestem całkowicie normalna.

S. zaśmiał się smutno, ale ogarnął się, kiedy zobaczył moją minę.

Odchrząknął i wrócił do swojego wywodu.

–Uważam, że powinnaś zrobić coś ze swoim życiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe i nie jest to plan na najbliższy tydzień, a raczej miesiące,… a może nawet lata. Ale dopóki nie zrobisz pierwszego kroku, nic się nie…

–Nic mi nie jest. – przerwałam wywód wielce-specjalisty, który sam nie potrafi poradzić sobie z rozstaniem z jakąś pindą z inteligencją emocjonalną na poziomie ziemniaka.

–I naprawdę uważasz, że wszystko jest w porządku?

Czo ten Sebeł.

–No jasne. Szczęśliwa nie jestem, ale poza tym wszystko w jak największym porządeczku. Lajf iż brutal. Taka już jestem, i to się nie zmieni.

–I nie chcesz zmienić? – drążył dalej.

Zawahałam się przez sekundę. Seba wykorzystał okazję, wyciągając spod moich dłoni czerwony zeszyt, o którego obecności zdążyłam zapomnieć. Nie protestowałam.

–Patrząc na ostatnie napisane zdanie wnioskuję, że wciąż piszesz pamiętnik, chociaż formalnie nasze sesje terapeutyczne już nie mają miejsca.

–Potęga przyzwyczajenia.

–O, nie, kochana. Przyzwyczajenie to jest wtedy, kiedy sprawdzamy po kilka razy, czy na pewno zamknęliśmy drzwi na klucz, albo zaglądanie do telefonu, kiedy przebywamy w towarzystwie kogoś, z kim nie mamy o czym rozmawiać. A ty po prostu robisz coś, co pozwala ci choć przez chwilę poczuć się lepiej.

Wyrwałam mu zeszyt z ręki i wrzuciłam do kosza na śmieci.

–Wcale nie muszę. – syknęłam przez zaciśnięte usta.

Sebę aż cofnęło z wrażenia. Fakt, to było zaskakujące nawet dla mnie.

–Po pierwsze: skoro zapisywanie swoich myśli ci pomaga, to po co z tym kończyć? A po drugie… BRAWO DLA TEJ PANI! WŁAŚNIE UDOWODNIŁA, ŻE MA JAKIEŚ UCZUCIA!

Podbiegł do siaty z Almy, z której, jak się okazało, jednak jeszcze nie wyjął wszystkiego. I wyjął z niej butelkę…

–To szampan?! – wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia – Często wychodzisz do sklepu po szampana z okazji niezręcznej rozmowy ze swoim byłym pacjentem?

S. zaśmiał się perliście, jak typowa cheerleaderka z amerykańskiego serialu.

–Zawsze. – odparł stanowczo, otwierając butelkę.

Korek uderzył o sufit, i niemal natychmiast usłyszałam pukanie do drzwi.

–To pewnie znowu ten świrus. – wymamrotałam, wchodząc do przedpokoju, by otworzyć – Ja otworzę, a ty wyjmij, proszę mój pamiętnik z kosza na śmieci. – dodałam stanowczo, ale chyba nie udało mi się ukryć tego dziwnego uczucia, jakie wywołała we mnie tamta dziwna rozmowa.

„Jednak jeszcze nie wszystko stracone, ciągle jeszcze mogę przestać być nołlajfem” – upajałam się tą myślą.

Przysunęłam twarz do wizjera, żeby zobaczyć, kogo to nogi niosą w tak niewłaściwej porze, ale zobaczyłam tylko podeszwy butów, które zadziwiająco przypominały te należące do mojego sąsiada Kacpra.

„Oho, to będzie ciekawe”, pomyślałam.

Otworzyłam drzwi i spojrzałam na wycieraczkę. Liścik. Aha, czyli klasyk.

Kochałem cię

A ty mnie

Nie

Błędem twoim było

Rozpalanie płomieni we mnie

Skoro

Tak naprawdę

Nigdy

Nie zamierzałaś

Odwzajemnić

Moich uczuć.

Amo te, ama me

Mężczyzna, z którym powinnaś spędzić resztę życia

Hmmm… Cholera, no od kogóż to mogłoby być? Zabijta mnie, ale nie zgadnę. Za to chyba wiem, który fragment z Shakespeare’a należałoby tu zacytować:

Romeo, czemuż ty jesteś Romeo

Toć po nocach audica, nie fiat mi się śni.

Wróciłam do kuchni, gdzie czekał na mnie talerzyk z przeapetycznie wyglądającą sałatką (może to rzeczywiście lepiej, że zostałam oddelegowana do robienia herbaty) i kieliszek szampana.

–Zgasiłem czajnik, jak tylko zauważyłem, że cała woda wyparowała, bo zapomniałaś założyć gwizdek. – zaśmiał się S. – A kto przyszedł?

–Nic ważnego – odparłam – kolejna laurka.

–Ale nic groźnego? – zapytał, przyglądając mi się uważnie.

Ach ten zatroskany Sebaterapian. Gdyby nie to, że tak mnie irytuje, no może nawet mogłabym się w nim zakocha… WRÓĆ! Nic z tych rzeczy.

–Nieee, chyba że bierzemy pod uwagę zacięcie się kartką papieru. – odpowiedziałam, wskazując na liścik.

Zmierzył mnie tym swoim zatroskano-badawczym wzrokiem raz jeszcze, po czym podał mi kieliszek z szampanem i zaproponował toast:

–Za Arletę i jej przebudzenie. Aby wreszcie dotarło do niej, że rzeczywistość może być piękniejsza niż sen.

Wow. To było niezręczne.

–A to co, cytat z Pamiętnika? – zapytałam szyderczo.

–No kto jak kto, ale ty chyba powinnaś być fanką tej formy literackiej.

Przytknęłam usta do kieliszka i pociągnęłam zdrowy łyk tego bąbelkowego napoju, którym ludzie z kompletnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn tak się zachwycają. Mimo to, muszę przyznać, że to był najlepszy kieliszek szampana – pardon  – wina musującego, jakie w życiu piłam.

Reklamy

Dziennik Społecznego Dziwoląga (10) – brazylijska telenowela

Dzień 17

Piąteczek piątunio.

Wieczór, ofc.

A ja sama, ofc.

Ale oczywiście, że mi to nie przeszkadza. To, że w tym samym czasie moja współlokatorka znów zniknęła na 2 tygodnie ze swoim najnowszym modelem (tak jest, prawdziwym modelem, jakby wyciętym z reklamy Calvina Kleina, tyle że zupełnie niepodobnym do Biebera), albo to, że moja przyjaciółka Ela żyje sobie w szczęśliwym narzeczeństwie, i już planuje ślub, a także zastanawia się nad imieniem dla dziecka – te rzeczy wcale mnie nie przygnębiają. „Dlaczego?”, mógłby ktoś zapytać. Otóż, ja jestem dość niespotykanym egzemplarzem osoby, która potrafi szczerze cieszyć się szczęściem swoich przyjaciół. Wcale nie wyczekuję ich słabszych momentów, żebym mogła im pomóc i dzięki temu sama poczuła się lepiej.

Poza tym, jestem kobietą silną, samowystarczalną i spełnioną. Dzisiaj byłam na zakupach i nawet dostałam resztę.

I mam nowe szpilki. I sukienkę na ślub Eli. I nową suszarkę do włosów. Bo tamta stara jest… stara. A ta nowa jest ładna, firmowa, i ma kilka stopni regulacji, i była przeceniona ze 120zł na 60.

Właśnie, jestem kobietą sukcesu! Zarobiłam całe 60zł, i to tylko na jednej suszarce do włosów.

Kogo ja oszukuję.

Hmmm… Zdaje się, że powinnam zrobić coś ze swoim życiem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Znaleźć pracę? Pojutrze mam rozmowę w jakiejś-tam firmoszce, o której właściwie nie wiem nic. No ale mama. To jedno słowo wyjaśnia wszystko. Poleciła mnie, trzeba iść.

Swoją drogą, ta sama osoba, która załatwiła mi leczenie u psychologa, uznała nagle, że nadszedł dla mnie czas, bym poszła do pracy. Wieje mi tutaj nie tyle sandałem, co raczej kapką niekonsekwencji i… no, może ciuteńką hipokryzji. Ale tylko ciuteńką, bo przecież kocham moją rodzicielkę karmicielkę i nie mogłabym posądzić jej o takie przymioty.

Ok, czyli szukanie pracy z głowy. Choć mam niejasne wrażenie, że robienie dokładnie tego, co każe mama w moim wieku jest już poważnym obciachem. Problem w tym, że już nie umiem się tym przejmować…

I właśnie w takim nastroju sunęłam sobie z gracją pingwina, owinięta w kołdrę, trzymając w dłoni pusty kieliszek, który właśnie miałam napełnić moim idealnie schłodzonym babskim winem. Przystanęłam jeszcze na chwilę przed lustrem, by zobaczyć moją singielską spełnioną twarz. Resztki niedomytego tuszu do rzęs utworzyły fantazyjne ciapki wokół moich oczu, a włosy związane w kitkę na samym czubku głowy, o dziwo, dodawały mi nieco uroku. Ach, skromna piękna ja.

I już-już przestąpiłam próg kuchni, złapałam za drzwi lodówki z zamiarem sięgnięcia po wino, kiedy nagle z głośnym hukiem otworzyły się drzwi wejściowe. Usłyszałam odgłosy szamotania się z płaszczem i nierównego oddechu. No tak, pewnie to Ilona, moja dawno niewidziana współlokatorka marnotrawna.

Nalałam sobie wina i podreptałam z uśmiechem do przedpokoju, żeby się przywitać.

Zamarłam.

Na szafce przy drzwiach siedziała kompletnie rozmazana i okropnie potargana Panda, która z wyglądu jedynie przypominała Ilonę. Jej fryzura wyglądała tak, jakby ktoś związał jej naprędce włosy, po czym wsadził głowę do pralki i włączył wirowanie. Z jej eleganckiego granatowego płaszcza, którego zawsze jej zazdrościłam, wystawały jakieś habazie. A cudne czarne pończochy z koronkowym wykończeniem, których nigdy nie zgodziła się mi pożyczyć, były w strzępach. I… cóż, z prawej stopy zwisał jej czarny bucik, a spod lewej kapało jedynie błoto zmieszane z kropelkami krwi.

– Yyy… Cześć, Kopciuszku. – wydusiłam wreszcie, machając ręką w geście powitania.

Ilona schowała twarz w dłoniach i wydusiła:

– Proszę, zamknij dobrze drzwi. I sprawdź, czy wokół naszego bloku nie kręci się ktoś podejrzany.

Podejrzany? Nie ma tu takich, zdarzają się najwyżej zakapturzone postacie z piłą ręczną na podorędziu.

Natychmiast zrzuciłam z siebie kołdrę, odłożyłam kieliszek i szybko zamknęłam drzwi na wszystkie zamki i spusty, a następnie wybiegłam na balkon, żeby się rozejrzeć. Cisza. Jedynie pan Mietek pilnował całodobowego, opierając się o murek i trzymając butelkę sikacza w dłoni. Niczym Atlas dzierżący Ziemię, pan Mietek skutecznie chronił sklep przed zsunięciem się w nicość.

Wróciłam spiesznie do Ilony. Pomogłam jej wstać, zabrałam od niej płaszcz. Kiedy zdjęła tego swojego, pożal się Boże, osamotnionego buta, zaprowadziłam ją pod rękę do pokoju, bo trzęsła się dziewczyna jak osika na wietrze.

– Chcesz się czegoś napić? – zapytałam rzeczowo.

Nie podnosząc wzroku, Ilona odpowiedziała:

– Herbatę z rumem.

Co za burżuazja.

– Ok, już idę.

Ledwie zdążyłam postawić czajnik na kuchence, kiedy usłyszałam za sobą jej nikły głosik:

– No tak, przecież my tu nie mamy rumu… – przypomniała sobie wreszcie – Rum był u niego. – dodała z pogardą.

– Taaak… No właśnie, mam taką propozycję. – powiedziałam spokojnie.

– Mhm?

– Może wyjaśnisz mi, skąd u ciebie ten zaskakujący outfit? Czyżby on… ten… przestał cię już odwozić do domu i odprowadzać pod same drzwi, łasząc się wytrwale, żebyś go wpuściła?

Ilona znów się zachwiała, więc przysunęłam jej krzesło, by usiadła przy stole; ja sama usiadłam na blacie kuchennym, wbijając wzrok w mokre smutne oczy tej biednej Pandy.

– Tylko… pytanie, o którego ci chodzi. – zaczęła niepewnie.

Hmmm, tego nie przewidziałam, choć powinnam była.

– Bartosz… Tak chyba miał na imię ten, którego widziałam z tobą dwa tygodnie temu. Mieliście razem wyjechać na jakieś wakacje.

– Ahaaa… Rzeczywiście, wyjechaliśmy, ale to nie wypaliło. – odpowiedziała beznamiętnie Ilona – Powiedział, że to było fajne tylko na chwilę, a ja się z nim zgodziłam. Na tych samych wakacjach poznałam Eryka, a potem jego kumpla Piotra. No i z Piotrem spotykałam się już… no… parę dni.

– Ile? Dwa? Trzy? Tydzień? – nie dawałam za wygraną.

Zamyśliła się, prawdopodobnie próbując ustalić fakty.

– Pięć dni.

Zawahała się, bo pewnie zauważyła mój wyraz twarzy.

– Ale… zdążyliśmy w tym czasie naprawdę dobrze się poznać. – dodała, próbując się usprawiedliwić.

– W to nie wątpię. Ale mów, co się wydarzyło. I spokojnie, nie będę cię pouczać. Na razie.

Ilona wyraźnie się zawstydziła. Opowiadając całą historię robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną wzrokiem.

Z chaotycznych strzępów informacji, które podała, wynika, co następuje:

  • Ilona została odrzucona przez kolejnego faceta, na którym jej zależało, choć stara się tego po sobie nie pokazywać.
  • Eryk i Piotr to prawdopodobnie zmyślone imiona, bo prawdziwych nie zdołała zapamiętać. Wynika to nie tyle z mojego kunsztu zdolności dedukcyjnych, ile z dziwnego faktu, że ciągle mieszała z sobą te dwa imiona.
  • Piotr (Pan Trzeci) porzucił ją na imprezie dokładnie wtedy, kiedy dziewczyna zorientowała się, że zginął jej portfel i telefon. Skubany odstawił niezłego Copperfielda.
  •  Po bezskutecznej próbie odnalezienia Piotra Jakmutam vel. Davida Copperfielda, złapała na postoju taksówkę. Zaznaczyła przy tym, że nie ma pieniędzy, i że zapłaci pieniędzmi, które zostawiła w mieszkaniu.
  • Niestety, w strategicznym momencie, około dwóch kilometrów od naszego bloku – za to dokładnie w samym środku opustoszałej dzielnicy – pan taksówkarz zwolnił, a po chwili zatrzymał samochód i znacząco się uśmiechnął, kładąc dłoń na kolanie Ilony. Całe szczęście, zdążyła otworzyć drzwi zanim wcisnął blokadę, i uciekła. Godzinami kluczyła uliczkami i zaułkami w obawie przed taksiarzem.
  • Nie wiadomo, gdzie i w którym momencie zgubiła buta, choć mnie nieco bardziej martwi absencja sprawnego mózgu w czaszce mojej współlokatorki.

W międzyczasie wypiłyśmy po kubku herbaty (no dobra, ja pozostałam wierna mojemu winnemu nektarowi), wysłuchałyśmy kilku tkliwych ballad, a wreszcie wysłałam Ilonę do kąpieli.

Kiedy wreszcie wyszła z łazienki, odświeżona i nieco bardziej żywa, uderzył mnie widok jej wychudzonej figury, zapadniętych policzków i zmartwiałych oczu. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo schudła w ostatnim czasie.

Usiadła na brzegu mojego łóżka i, wbijając wzrok w dywan, zapytała:

– Uważasz mnie za puszczalską, prawda?

Westchnęłam głęboko, włączając Who Says Johna Mayera na jutubach. Zdecydowanie potrzebna była jakaś ciepło brzmiąca piosenka.

– Słońce… – zaczęłam, przytulając ją niezdarnie, jak to ja – ja po prostu uważam, że masz dość specyficzny typ idealnego faceta, wiesz?

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– No tak, kochana. Interesuje cię facet, który byłby tobą zainteresowany. A to zdecydowanie za mało… wymagające kryterium.

Na kamiennej twarzy Ilony pojawiły się oznaki nadchodzącego szlochu i Niagary ze smarków. Z taką ekspresją to ona partii pokera raczej nigdy nie wygra.

– Bo… to tak trudno zapomnieć… – zaszlochała.

– Co zapomnieć?

– Miłość, która kiedyś nadawała sens wszystkiemu, co robiłam.

Yghhh… Znowu brazilejro, już nawet nie muszę oglądać Zbuntowanego Anioła, choć niedawno zaczęłam.

– Kochana, chyba każdy z nas ma lub miał taką historię, która złamała mu centralną krwiopompkę.

Pokiwała głową.

– No właśnie. – kontynuowałam swój wywód. – I pewnie każdy z nas ma taką osobę, o której myśli w pierwszych sekundach Nowego Roku,… przy wigilijnym stole,… kiedy zobaczy w parku szczęśliwą parę starszych ludzi, patrzących na siebie oczami dwudziestolatków,… będąc świadkiem przysiąg małżeńskich składanych przez nowożeńców,… czy zwyczajnie w chwilach samotności, albo bezskutecznie próbując zasnąć. Masz kogoś takiego?

Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam morze łez.

– Tak, mam… – wydusiła.

– A czy… to coś ma prawo bytu w twoim życiu?

– Nie… – wymamrotała zdecydowanie.

– W takim razie musisz zaczekać, aż to się odmieni. Bo dopóki będziesz pozwalała, by to uczucie zabijało cię od środka, podczas, gdy ty będziesz szukała krótkotrwałego pocieszenia w przypadkowych miejscach, to nie dożyjesz własnego ślubu. Kretynko.

W tym momencie nastąpiło jakieś je%ane apogeum. Ilona rzuciła mi się na szyję, wycierając całe swoje łzy i smarki w moje przepocone piżamy, i mrucząc coś na kształt:

– Dziękuję… Dziękuję ci…

Godzinę później, czyli mniej więcej o czwartej nad ranem, kiedy leżałyśmy już w łóżkach, wspominałam w ciszy różne niechlubne popisy głupoty z mojej przeszłości. To, co dawniej gorzkie i patetyczne, nagle stało się śmieszne jak disneyowskie Nowe Szaty Króla. Uśmiechałam się do siebie, wspominając złamane serca, siarczyste policzki, których nigdy nie żałowałam, a nawet intrygi rodem z Trudnych Spraw. Życie, w gruncie rzeczy, wcale nie jest takie poważne.

I wtedy usłyszałam pytanie Ilony, która jednak przez cały ten czas nie spała:

– Arleta… A o kim ty myślisz, kiedy nie możesz zasnąć?

I co w takich chwilach należy zrobić, Panie i Panowie? Taktyk jest wiele, ale ja wybrałam tę najlepszą.

Udałam, że śpię. Nie ma się co chwalić bezsennością.