Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (6)

Dzień 13.

Trzynasty. No coś takiego.

Dla mnie nie jest to dzień pechowy – wręcz przeciwnie. Jak tu narzekać na świat, swoje popaprane życie i pokręcony umysł, kiedy ma się wolną chatę, lodówkę pełną żarcia i całkiem oryginalne filmy z torrentów?

No i oczywiście telefon wyłączony! Tu się odpoczywa! Od tego… no… koegzystowania z ludźmi, bycia dla nich miłymi, udawania, że uważam ich za fajnych, i przemilczania moich myśli na ich temat.

I nie muszę się ubierać, mogę sobie latać po mieszkaniu nagonagonagonagooooo!!

Po chwili:

No dobra, może niekoniecznie nago, bo trochę zimno. Będę latać w dresie i koszulce. Bez makijażu. Jakie to szczęście, że nie mam faceta, chyba żaden nie zniósłby na trzeźwo mojego widoku w tej chwili.

Ok, komputer z zestawem głośników – jest, wcale-nie-pirackie-filmy – są, ciasteczka, chipsy, popcorn – są, piwko – jest, dzbanek herbaty z cytryną – jest. Można się wykładać.

Dwie godziny później:

Ok, możliwe, że coś ze mną jest nie tak.

Trzy godziny później:

Idę dorobić herbaty. Litr to jednak za mało.

16:30:

Obejrzałam już dwie komedie romantyczne. Za chwilę albo rzygnę tęczą, albo zacznę zadawać retoryczne pytanie, poprzerywane szlochaniem: „dlaczeeego mnie nikt nie koooocha?”

19:00:

Ok, możliwe, że jest ze mną coś nie tak. Poryczałam się, oglądając drugą część Dziennika Bridget Jones. Nie wiem, czy to wina dwu (czy dwóch? Jak zwykle nie wiem!) butelek wypitych wprost z gwinta (a może z gwintu? nieee….), czy świadomość, że fikcyjna postać o podwójnym podbródku ma bogatsze życie erotyczne, czy to, że spędziłam cały dzień sama, pasywnie przybierając na wadze.

19:30:

Włączyłam telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mamy. Tak. I jedno… od jakiegoś nieznanego mi numeru. I sms, wysłany z tego samego numeru.

Pani Arleto,

W związku z Pani aplikacją na stanowisko Asystentki Zarządu Firmy chciałabym zaprosić Panią na rozmowę kwalifikacyjną w dniu 01.12. (poniedziałek) na godzinę 13 na wskazany poniżej adres. Proszę potwierdzić przybycie.

Pozdrawiam

Anna Sobieraj

Szczena opadła mi tak nisko, że mogłabym sobie spokojnie zjeść całego Big Maca naraz.

Nigdzie nie wysyłałam żadnej aplikacji, a przynajmniej nie przypominam sobie, żebym ostatnio przerabiała kolejną falę poczucia winy w związku z byciem utrzymywaną przez mamę i dla załagodzenia tego uczucia wysyłała CV gdzie popadnie. Ostatnie takie zdarzenie miało miejsce jakiś miesiąc temu, o ile dobrze pamiętam.

Po chwili:

Zadzwoniłam do mamy. I wszystko jasne. Podała komuś moje, pożal się Boże, CV – a oni, o dziwo przyjęli je bez mrugnięcia okiem. Mimo że ledwo zdałam maturę, a potem jakoś przebrnęłam przez te moje studia. Kulturoznawstwo, przyszłościowa sprawa. Zapytałam mamę, co to w ogóle za firma, o co w niej chodzi, i co ja mam z tym fantem zrobić.

Rezultat? Po godzinie rozmowy nadal nie wiem, czego się spodziewać i jeśli pójdę na tę rozmowę, to chyba tylko dla beki. Ale cóż, może wreszcie coś ciekawego wydarzy się w tym moim prostym życiu.

Włączyłam radio.

W naszym mieście zarejestrowano nietypowe zdarzenie. Wczoraj w godzinach wieczornych, zakapturzona postać zakradła się na teren parku miejskiego z piłą ręczną i skierowała się w stronę słynnego mostku, na którym zakochani zatrzaskują symboliczne kłódki, mające oznaczać stałość ich uczucia. Niezidentyfikowany mężczyzna, bo według świadków był to osobnik płci męskiej, zbiegł z miejsca zdarzenia. Policja usiłuje uzyskać jakiekolwiek informacje na temat tego podejrzanego człowieka. Mieszkańcom sugeruje się pozostanie w mieszkaniach po zmroku, dla własnego bezpieczeństwa.

Wow. Ludzie są dziwni.

Zebrałam wszystkie brudne naczynia i podreptałam z nimi do kuchni, bekając głośno.

W zasadzie, ta postać, to mógł być dosłownie KAŻDY, prawda?

Dzień 14

2 w nocy:

Właśnie dzwonił Sebastian. To wcale nie jest dziwne. On tylko potrzebuje miejsca, by się gdzieś zatrzymać. I na pewno jest zupełnie trzeźwy, a ta czkawka to na pewno moja projekcja. No nic, może ja lepiej odgrzeję coś do żarcia i wstawię wodę na kawę. Tak na wszelki wypadek. On na pewno nie jest pijany.

15 minut później:

To wszystko jest tak dziwne, że wierzyć się nie chce. Sebastian przylazł do mnie z piłą ręczną. W ciemności wyglądał, jakby totalnie mu odpie*&oliło. A w świetle żarówki wcale nie wyglądał lepiej.

No dobra, prawie się posrałam ze strachu.

– Sebastian? Co jest grane? – zapytałam w końcu

– Arleeetkooo, kochanaa moooja! Odpiłowałem kłódkę! Hik… Jest na niej napisane… napisane jest…

Zaczął w dość nieskoordynowany sposób przetrząsać wszystkie kieszenie, chwiejąc się na wszystkie strony. Wreszcie wyjął jakieś żelastwo.

– Napisane jessst… Sebastian i zdzirrra, która złamała mu serce, oooo, zobacz! – krzyknął, podając mi pokiereszowaną kłódkę.

– Ciszej… obudzisz sąsiadów. – wyszeptałam, biorąc do ręki kłódkę. Nomen omen, widniał na niej napis „Marek + Arek kumple na wieczność”, co na pierwszy rzut oka wygląda dość niepodobnie do opisu podanego przez Sebastiana.

S. zaczął jeść sałatkę, którą przed chwilą wyjęłam z lodówki. Bez zbędnych wstępów, po prostu wsadził głowę do salaterki. Usiadłam, odrobinę przygnieciona zaistniałą sytuacją.

– Smakuje? – zapytałam – Bo leży w lodówce od jakiegoś tygodnia, właśnie się zastanawiałam, czy ją wyrzucić.

Mój niespodziewany gość gwałtownie odłożył salaterkę na bok i spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Jesteś moją jedyną zaufaną osobą. Mogę ci coś powiedzieć?

Moje zaskoczenie mogło już chyba tylko piąć i piąć się w górę, nie było widoku na żadną dolinę, w perspektywie dostrzegałam jedynie szczyty pokroju K2.

– Wal. – wydusiłam z siebie, podejrzewając, że za chwilę tego pożałuję.

– Boję się, że już na zawsze zostanę sam. Znaliśmy się z Martą od urodzenia. Była… całym całym całyyyym moim światem. Nikogo poza nią nie dostrzegałem. W jej towarzystwie nie zauważałem nikogo innego.

– Tak, zrozumiałam.

– I… kiedy mnie rzuciła… stanął mi… przed oczami… cały ten czas… kiedy byliśmy razem…

Wyglądało na to, że naprawdę nie zważał na to, jak brzmiały jego słowa. Ale nie przerywałam, pozwalając mu się wygadać. W końcu wszystkie tego potrzebujemy.

– Na początku wprawdzie wściekłem się na nią, ale później zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko nie była moja wina. Musiało przecież dziać się coś, czego nie zauważałem. Na pewno była ze mną nieszczęśliwa, brakowało jej czegoś. Za dużo pracowałem… albo za długo przesiadywałem z kolegami na piwie… im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem się winny.

– Tylko mi nie mów, że do niej zadzwoniłeś. – przerwałam mu stanowczo.

Spojrzał na mnie tym swoim pijacko-trzeźwym do bólu spojrzeniem.

– Nie… nie zdążyłem. Miałem zadzwonić po sesji z tobą. Ale dzięki tobie zamiast tego poszedłem na miasto.

– No i pięknie!

– …a zadzwoniłem dopiero nad ranem.

Facepalm. Chyba se ku&wa jaja człowieku robisz. No do ch%ja wafla.

– I co? – zapytałam zrezygnowana.

– Nie odebrała.

Fascynujące. Urzekła mnie ta historia.

Zapadła niezręczna cisza. Nie wiedziałam, czy S. skończył już swoje zwierzenia, więc nie proponowałam mu przejścia do łóżka mojej współlokatorki (nie byłam też przekonana, czy to dobry pomysł, ale wiedziałam, że nie był w stanie samodzielnie wrócić do swojego mieszkania).

– Posłuchaj… – wymamrotałam wreszcie – Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz?

Sebastian oderwał wzrok od podłogi, by, dla odmiany, przykuć je tym razem do okna.

– Pomóż mi.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (4)

Dzień 9.

Zastanawiam się, czy dobrze się stało, że wczoraj doradziłam – czy może raczej zaleciłam – mojemu terapeucie wyjście z kumplami na alkolibacyjne wojaże po mieście. Swoją drogą, ciekawe, czy mnie posłuchał. A jeśli posłuchał, to mam nadzieję, że nikt mu nie obił ryła, i że wrócił do domu w jednym kawałku.

A z takich mniej interesujących spraw, dzisiaj dzwoniła do mnie mama. Yhh… To nie tak, że mam do niej jakiś uraz, albo że relacje między nami są chore, czy że uciekłam z domu w wieku szesnastu lat i zamieszkałam z 10 lat starszym ode mnie facetem. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Ona po prostu jest… kobietą-terminatorem. Schemat zazwyczaj jest ten sam (drobne zmiany i niuanse od czasu do czasu):

  1. Dzwoni telefon, wyświetla mi się fota mojej mamy z dnia jej 50-tych urodzin, z lekko przechyloną lampką wina w prawej ręce, z aparatem w prawej i papierosem w ustach, próbującej ustawić kogoś do zdjęcia (oficjalnie zdjęcie usunęłam na jej prośbę).
  2. Moment wahania – odebrać, czy nie? – czy jestem dziś osobą o mocnych nerwach?? – czy przeżyję dziennikarski nalot mojej rodzicielki??
  3. Odbieram zdecydowanym „halo?”
  4. Temat pierwszy: „Co u ciebie słychać?” – przyjazny ton ma na celu odwrócenia mojej uwagi.
  5. Temat drugi: „Jak tam terapia? Mam nadzieję, że na nią chodzisz, bo płacę za nią grube pieniądze!”
  6. Temat trzeci: „A właśnie, skoro o pieniądzach mowa… Znalazłaś już pracę?”
  7. Temat czwarty: „Wiedziałaś, że Aneta… ta, co z nią chodziłaś do podstawówki, schudła 20 kilo i wyszła za jakiegoś biznesmena?
  8. Temat piąty: „A ty jak tam, znalazłaś swojego… KAWALERA?”
  9. Blablabla…
  10. Babla… ale ta pogoda wariuje… blablabla…
  11. Przyjedź … blablablabla… do domu! Zadzwoń czasem! Paaa!

Krótko mówiąc, mama jest mistrzynią tematów niewygodnych. A jej pytania sprawiają, że nieraz czuję się winna, udzielając niezgodnych z prawdą odpowiedzi – ale te szczere najzwyczajniej nie pasowałyby do klucza.

Terapia? Super, ostatnio to ja pomagałam mojemu terapeucie, a sama wciąż nie wiem, co ze mną jest nie tak.

Szukanie pracy? Nie wiem, gdzieś tam musi sobie być jakaś praca.

Czy znalazłam „kawalera”… Owszem, nie jednego i nie dwóch, ale prędzej czy później orientują się, z kim tak naprawdę mają do czynienia i uciekają tak szybko, na ile prawa fizyki im pozwalają. Co więcej, oni także znajdują mnie. Ale zwykle są to panowie chodzący latem w płaszczu, sprzedawca w pobliskiej Biedrze, który wiecznie patrzy mi na tyłek i myśli, że nie widzę, lub też dziwny łysiejący typ spod piątki, który twierdzi, że mnie kocha.

Gdyby ktoś chciał napisać o mnie Harlequina, rozmiarem przypominałby instrukcję obsługi zapałek.

No i cóż, obudziła mnie rano tym telefonem i można było się pożegnać ze słodkimi snami. Spojrzałam na telefon.

– Ło ku&wa. 12:30. Heraklit miał rację, wszystko płynie. Lub raczej ZAPIE%^ALA.

Mojej współlokatorki już nie było. Zresztą, prawie nigdy jej nie widuję. Zwykle nocuje u swojego chłopaka Roberta. Nie zdążyłam jej poznać za dobrze, ale zawsze wiem, kiedy dziewczyna ma okres. To te dni, kiedy nocuje u siebie.

Ekhem. No i co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Przywdziałam moje przetarte kapcie w kształcie świnek i podreptałam do kuchni.

Na lodówce, pośród sterty innych notatek, wisiała kartka z wiadomością od Ilony:

„Pojechałam do rodziców na dwa tygodnie – tak że nie martw się o mnie, a i postaram się przywieźć coś do jedzenia!!!”
Ania

No, i takie notatki to ja lubię.

Wyjęłam z lodówki wczorajszą pizzę i odgrzałam ją w mikrofalówce. Najważniejsze to zdrowo się odżywiać! Odsunęłam nogą krzesło i usiadłam przy laptopie. Poranny „check” fejsa. Faktycznie, Aneta wyszła za mąż. Ale z tym schudnięciem to było lekko przesadzone info. No i facet nie za przystojny, pewnie wnętrze portfela ładniejsze.

Tak, wiem, wredota. Ale po drugiej kawie zwykle się uczłowieczam.

Scroll, scroll, scroll…

O, kolega kupił nowy samochód… Like.

Scroll, scroll, scroll…

Promocja w Reserved. Szkoda, że muszę zapłacić czynsz…

Scroll…

Nic ciekawego.

Scroll, scroll…

Mój były złamał rękę. O, jak mi przykro. Nie będzie mógł chodzić z tą tępą dzidą za rękę.

Oczywiście, to nie tak, że go nienawidzę albo życzę mu źle. Ale skoro to on zerwał ze mną, to przecież wszechświat powinien stać po mojej stronie i darzyć mnie szczęściem, by zrekompensować kilogramy, których mi przybyło po rozstaniu, o!

A tak właściwie, to próbuję sobie przypomnieć, jak to między nami było… Wiem, że poznaliśmy się w księgarni – złapaliśmy za tę samą książkę, ostatni egzemplarz na półce. Najpierw gościa zbluzgałam i zaczęłam wyrywać mu książkę z ręki, potem podniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, że wylądował na podłodze, a następnie rozejrzałam się, by zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy zamarli na chwilę, by zobaczyć, jak mi idzie.

Niezbyt to romantyczne, ale ujdzie.

I miał sporą kolekcję kryminałów.

Takich facetów już nie ma.

No dobra, to ja zerwałam z nim. Zastałam go w niedwuznacznej sytuacji z jego koleżanką ze studiów. Siedziała mu na kolanach. Nago. Nie wiem, jaki kryminał oglądali przedtem, ale najwidoczniej przestępca zbiegł, bo zostawił po sobie tylko skórzane kajdanki.

Znowu zadzwonił telefon. Tym razem Ela. Była jakaś dziwnie podekscytowana albo podenerwowana. Trudno było ocenić.

– ARLETA, WAŻNA SPRAWA. PRZYJEDŹ JAK NAJSZYBCIEJ.

Klik. Piiii… Piii…. Piiii…

„No dobra, kuhwa”, pomyślałam, „to jest sprawa dla reportera”.

Szybko ubrałam się w to, co akurat było pod ręką i wsiadłam do autobusu. „Żeby tylko nie było korków”, powtarzałam w myślach, usiłując jakoś przyklepać włosy, które postanowiły sobie urządzić balangę, a także starając się nie zwracać uwagi na to, jak dziwnie patrzyli na mnie współpasażerowie. No wiem, nie codziennie wsiada się do mpka w czerwonych szpilkach, szarych spodniach od dresu i w różowej koszulce z napisem „even your dad would bang me”, którą, nie wiedzieć czemu, dostałam na urodziny od mojego ówczesnego chłopaka. Czort jeden raczy wiedzieć, jakie motywy nim kierowały.

Kiedy Ela otworzyła mi drzwi, pomyślałam, że najchętniej zamordowałabym połowę ludzkości tłuczkiem do ziemniaków. Albo innym, równie zabójczym przedmiotem.

– NIESPODZIANKAAAA!!! – krzyknęła Ela, a razem z nią reszta moich znajomych, która wyskoczyła zza Eli.

Stoo lat, stooo lat

Nieeech żyyyje, żyyyje naaam! – wrzeszczeli wszyscy.

Wszyscy, wszyscy tam byli, nawet moja mama. I Sebastian. I Bożena. I Krzysiek. I Ania z Andrzejem. I Ola. I chłopak Oli. I inne osoby, które pewnie też powinnam rozpoznać. Nigdy bym nie powiedziała, że jestem aż tak popularna. Pewnie Ela postanowiła zaprosić randomowych ludzi, żebym odniosła wrażenie, że ktoś mnie lubi.

No zajebioza. Nie ma to jak stać w glam-urodzinowym outficie, słuchając pięknego hymnu sytuacji niezręcznych.

Wszyscy zdawali się ignorować mój wygląd przez cały czas trwania Sto Lat, po czym Ela dyskretnie zaprowadziła mnie do łazienki, krzycząc do reszty zebranych:

– Ja się nią zajmę!! Wy siadajcie w kuchni!!

W łazience czekała na mnie nieziemska zielona sukienka, srebrny naszyjnik i cała paleta kosmetyków.

– Przede wszystkim usiądź, oddychaj. Taaak, a teraz spójrz w lustro. – powiedziała spokojnym głosem Ela, trzymając mnie za ramiona.

Popatrzyłam na swoje odbicie i stwierdziłam, że jednak Samara w The Ring wcale nie wyglądała najgorzej. Kiedy się odwróciłam, Ela zdążyła już wymknąć się z łazienki, z obawy przed moją reakcją.

Czy ja nazwałam ją kiedyś „wyrobem przyjaciółkopodobnym”?

Chlip… Jestem potworem.

Szczęśliwym, urodzinowym potworem.