Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Zmiany, zmiany, zmiany…

Dżizas, ależ ja długo nic nie pisałam… Stąd duże zaległości w wylewaniu doświadczeń na papier. Jestem jednocześnie zła, szczęśliwa, smutna, zmartwiona, usatysfakcjonowana i… jakby melancholijna. Czemu najpierw zła? Nie wiem sama. Mój obecny kumpel, a były psychoterapeuta (choć szczerze mówiąc nie tak całkiem były, bo nadal miewa zapędy do naprawiania świata, w tym mojego) uważa, że zwalanie złych nastrojów kobiety na to, że ma okres, to krzywdzące upraszczanie i sprowadzanie do schematów. „A przecież nie wolno upraszczać czegoś, co te sfochane pindy tak misternie splątały! Nie wolno tego naprawiać, niech se zobaczą, jaki bigos sobie co miesiąc gotują. I niech zadadzą sobie to zajebiście ważne pytanie: po co?” Hmm… w sumie to trochę niespójna wypowiedź, ale mniejsza…

„Zdrowie jest najważniejsze”, „lepiej dźwigać niż ścigać”, „ćwierkają jaskółki, że niedobre są spółki”, „kogo dupa nocą swędzi, temu rano śmierdzi palec”… Mądrości ludowych jest wiele. Statystyki wskazują wręcz, że jest ich około… w ch*j. Co prawda, poziom elokwencji wśród społeczeństwa zdaje się sukcesywnie zaniżać, ale starsze pokolenia: nasze matki, babcie, ciocie, panie sąsiadki i byłe wychowawczynie stały i nadal stoją na straży tychże mądrości. Zaraz zaraz… czyżbym właśnie poszła drogą seksizmu i zasugerowała, że mądrość niosą tylko kobiety? A gdzie tam!

Na czym ja to… A, tak. Mądrość ludowa. Zdrowy rozsądek. Twarde stąpanie po ziemi, przewidywanie, troska o najbliższych,[1] przygotowywanie jedzenia do pracy, robienie kawy do termosu na dłuższą podróż…[2] Ano właśnie, praca. Mojej mamie najwidoczniej znudziło się łożenie na mnie pieniędzy; opłacanie mi mieszkania, psychoanalityka, i innych atrakcji, i umówiła mnie na rozmowę o pracę. Nie żebym napisała jakieś CV, nie żebym ukończyła jakąkolwiek pożądaną przez pracodawców szkołę, nie to żebym szukała pracy. Nie wiem jak żyć z innymi ludźmi, nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, wiecznie czuję się jak idiotka kiedy mam powiedzieć coś grupie osób, i odkładam wykonanie telefonu, kiedy potrzebuję przełożyć wizytę u lekarza. O cholera… a może jednak miała rację zapisując mnie do specjalisty…

Tego dnia ubrałam się w najporządniejsze rzeczy, jakie znalazłam na samym dnie szafy, uczesałam się (powiedzmy), nawet namalowałam sobie twarz i ogoliłam nogi(!) Zdecydowanie nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak dokładnie zadbałam o swój imaż, a jednak nie wymagało to ode mnie użycia kosiarki ani miotacza ognia. Wyszłam. Wzięłam z sobą nawet to śmieszne CV, które zmajstrowała moja matka, wpisując tam Bóg wie co (bałam się choćby rzucić okiem, wolałam być błogo nieświadoma).

I kiedy tak szłam pod wybrany adres i obserwowałam ludzi biegnących to na autobus, to do pracy, to znowu w bliżej nieokreślonym kierunku, tknęła mnie myśl: jeśli dostanę tę pracę, to każde moje wyjście z mieszkania będzie miało konkretny cel, skończą się moje bezcelowe eskapady o świcie… Parsknęłam śmiechem. „Jakie eskapady o świcie?!” – zapytałam sama siebie. Jakaś kobiecina w nonszalancko rozpiętym płaszczu ukazującym elegancką garsonkę, spojrzała na mnie z niesmakiem i pognała w stronę Business Parku. Ech, no tak. Korpo… Mogłam to przewidzieć.

infografika_blog-rozmowa_o_prace-021

Przynajmniej ładniej wyglądałam niż ta kobitka na obrazku, o!Źródło: https://blog.isivi.pl/najczestsze-bledy/

Adres się zgadzał, więc pozostawało tylko odszukać siedzibę firmy Kantock Services. Firmy, która zajmowała się tym całym cholera-wie-czym, bo tak naprawdę mimo przestudiowania całej Wikipedii, wciąż ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa.

Weszłam do biurowca numer A31 i podeszłam nieśmiało do portiera, który wyglądał jakby nie przespał kilku nocy pod rząd.

– Dzień dobry – zaczepiłam grzecznie.

– Taag? – zapytał pan portier.

– Jestem umówiona na rozmowę. Firma Kantock Services.

Pan portier spojrzał w stojący przed nim monitor, kliknął parę razy i wklepał coś klawiaturą w komputer.

– Nazwissko? – zapytał przeciągle

– Weiss.

– …I dokument poproszę.

Sięgnęłam po mój dowód osobisty, o który już dawno nikt mnie nie prosił, nawet w sklepie z alkoholem.

Pan portier zerknął, sprawdził, poprawił pasa, który najwidoczniej uwierał go w sporych rozmiarów mięsień piwny, a następnie wcisnął jakiś guziczek, a bramy Sezamu rozstąpiły się przede mną.

„Wejście jak na lotnisko…”, przeszło mi przez myśl.

– Wylecieć stąd można zawsze – mruknął portier pod nosem, skinieniem zapraszając mnie do bramki.

Kiedy na niego spojrzałam, nie będąc pewna, czy się nie przesłyszałam, mrugnął do mnie i zapewnił zawadiacko:

– Nic-niiiic, proszę przechodzić…

Wjechałam na dwudzieste piętro i zastukałam w oszkloną szybę. Kolejne wejście na kartę magnetyczną. Brakuje tylko radiowęzłów, pasiaków, i miejsc odosobnienia. A, nie, przepraszam, jednak każdy miał swoją zagrodę, jak na prawdziwego korporolnika przystało. Widziałam zza szyby, jak każdy pracował w swojej celi odosobnienia. Już-już miałam uciekać, ale drzwi bzzzytnęły, a pani w recepcji spojrzała na mnie pytająco.

Nacisnęłam klamkę i weszłam. Ukłoniłam się, dzieńdobrnęłam i przedstawiłam cel mojej wizyty. Pani recepcjonistka przywitała mnie uśmiechem firmowym i zachęciła, bym sobie „spoczęła” obok innych kandydatów.

Inni kandydaci. Tego nie przewidziałam.

Ale no dobrze. Cofnęłam się o parę kroków i zasiadłam na czarnej skórzanej kanapie, która skądinąd przypominała mi o pewnym gatunku filmowym dla koneserów niemieckiego kina niemego. Przemknęło mi przez myśl, że przecież rodzona matka nie wysłałaby mnie na casting filmowy. Nie mam wystarczająco dobrej dykcji.

Czułam się jak przed jednym z egzaminów ustnych na studiach. Przed takim, przed którym musiałam wbić sobie do głowy nazwisko wykładowcy, nie żywiąc najwątlejszej nadziei, że spamiętam imię.

Współkandydaci przyglądali mi się jakoś tak dziwnie, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopóty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że założyłam moją najlepszą spódnicę (pseudo-skórzaną mini) i białą elegancką bluzkę (z dekoltem na pół cycków, bo wszystkie inne były niewyprane), a w rajstopach poszło mi oczko.

Tylko spokojnie, tylko spokojne. Po prostu jesteś ofiarą klasycznego koszmaru na jawie. Grunt, że nie okazało się, że siedzisz tutaj zupełnie naga. Oddychaj…

Hhhhh Hhhhh Hhhhh Hhhhhh

Nie, to nie pomogło.

W popłochu skierowałam się w stronę toalety, która na szczęście znajdowała się tuż obok. Wskoczyłam do kabiny, w której zdjęłam nieszczęsne rajstopy, podciągnęłam dekolt bluzki do góry ile tylko się dało, a spódnicę zsunęłam niemal na brzeg tyłka. Szerokim szalem owinęłam się jak kocem, żeby osłonić moją niedopuszczalną goliznę. Poprawiłam makijaż, żeby odciągał uwagę od nieudolnej reszty obrazu. Pomknęłam znów na kanapę i usiadłam, powtarzając sobie w myślach, że właściwie to nie mam nic do stracenia. Najwyżej ocenią mnie po wyglądzie i zauważą, że jednak maszynka, którą goliłam nogi była już trochę tępa.

Ale skoro Frida Kahlo została docenianą artystką mimo wąsa i pojedynczej brwi, to czymże wobec bezmiaru jej zarostu są moje niedogolone nogi? Tak, ta myśl pomogła.

Każdy z kandydatów patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na oko wszyscy w moim wieku. Czyli papieroski kupować już mogą, ale jeszcze nie mają ulubionego kremu przeciwzmarszczkowego. Wszyscy ubrani galowo, granatowo- lub czarno-biało, z teczkami lub eleganckimi torebkami wciśniętymi w spocone dłonie. Wszyscy przejęci, jakby od tej rozmowy miała zależeć reszta ich życia. Właściwie, może tak nawet było… ale tylko na pierwszy rzut oka.

Otworzyły się drzwi, zza których wychynęła zgrabna blondynka w idealnie skrojonym kostiumie. Z jej pokrytej nienagannym makijażem twarzy dobyły się cztery słowa:

– Zapraszam panią Arletę Weiss.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do maleńkiej sali konferencyjnej. W środku czekała na mnie jeszcze jedna niewiasta: pani Wirginia Małek, cośtamcośtam manager; natomiast pani odźwierna okazała się być Anizją (!) Knop, dżunior rekruterką.

– Dzień dobry, pani Arleto. Dziękujemy, że zechciała pani przyjść na rozmowę w sprawie pracy w naszej firmie. Proszę usiąść, proszę się rozgościć. Może szklankę wody?

Pani Wirginia była nader uprzejma. Poprosiłam więc o wodę i zasiadłam, czując jak krew zaczyna żwawo krążyć w mojej głowie, wytwarzając rozpraszający mnie szum. Przez myśl przemknęło mi, czy i one mogły słyszeć szaleńczy bieg moich krwinek po biednym, długo nieużywanym mózgu.

– Pani Arleto. Proszę się przedstawić, opowiedzieć coś o swoich zainteresowaniach, może też o swoim doświadczeniu zawodowym?

No to klops. Jak tu opowiadać o czymś, co nie istnieje? Przełknęłam ślinę i zaczęłam mówić. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem powoli docierało do mnie, że przecież i tak nie miałam nic do stracenia.

– Mam na imię Arleta. To imię zawdzięczam mojej matce, która za kwestię honoru obrała sobie cel, bym była kimś wyjątkowym i nieszablonowym. Oraz, żeby zawołanie mnie po imieniu, gdy przychodziła odebrać mnie z przedszkola, wystarczyło by wziąć za rączkę właściwe dziecko. Za namową tej samej kobiety stawiłam się w tym miejscu. Nie wiem, kogo poprosiła ani jaką otrzymałam rekomendację, ale jeśli mnie zatrudnicie, w rzeczy samej będziecie mieli do czynienia z osobą nieszablonową. Niedoświadczoną w korporacyjnym fachu, ale gotową żeby w nim zaistnieć. Jeśli natomiast nie będą państwo zainteresowani współpracą ze mną, to wrócę do mieszkania, przebiorę się w dres i usiądę przed telewizorem żeby kolejny raz oglądać Przyjaciół.

Miny rekrutujących mnie pań wyrażały niewysłowione emocje. Od zaskoczenia, przez rozbawienie, zniesmaczenie, oburzenie, jak i zrozumienie. Możliwe, że przesadziłam, ale przecież do odważnych świat należy.

– Bardzo odważne sformułowanie. Podoba mi się. – skomentowała Anizja – a jakie jest pani doświadczenie zawodowe?

Cholera… Zamilkłam.

Wirginia spiesznie wyjęła CV i położyła je przed Anizją. Ta spojrzała niechętnie na kartkę i, sądząc po jej minie, zdziwiła się przeogromnie.

– Więc… Wróci pani do mieszkania, jeśli pani nie zatrudnimy? – zapytała

– No tak…

– I będzie pani oglądała Przyjaciół?

– Tak.

– Z Jennifer Aniston.

Pomyślałam, że to chyba najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna świata.

– Tak.

– Tą samą, której menedżerką rozwoju osobistego była pani przez ostatnie trzy lata?

Yyyy… co? Co ta moja matka… Wpisała coś, w co przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy. Nie ma takich idiotów na ziemi. Ale jak reżyser każe, aktor musi grać.

– Dokładnie tę samą.

– Wie pani… to może przejdźmy na język angielski.

Zdecydowanie nie wyglądała na taką, która łyknęłaby równie absurdalne kłamstwo.

A jednak, po przegadaniu około dwudziestu minut w języku angielskim, omówieniu pogody, filmów, seriali, zainteresowań, a także moich niby-studiów, zarówno menedżerka, jak i rekruterka zdawały się mnie polubić. Nie obiecywałam sobie jednak zbyt wiele. W sumie i tak nie chciałam tej pracy…

W tym momencie do sali konferencyjnej wbiegł jakiś facet w krawacie, spanikowany i krzyczący wniebogłosy:

– Nie, to się nie uda! Nie dam rady! Przez ten audyt wszyscy stąd wylecimy!

Dopiero wtedy nas zauważył, i w tej samej chwili szepnął drżącym głosem:

– Przepraszam, nie wiedziałem…

Wirginia i Anizja siedziały jak wryte.

– Niech się pan nie martwi. – uśmiechnęłam się – Jeżeli w wyniku audytu nie zostanie udowodnione oszustwo bądź przestępstwo, to nikt nie ma prawa wylecieć. A jeśli są błędy w procedurach lub zarządzaniu, to po prostu przez jakiś czas będzie więcej roboty. Tylko spokój. Najgorsze, co może pan zrobić, to pokazać się audytorowi w tym stanie.

Moja mama wiele razy powtarzała to swoim współpracownikom przez telefon. A jednak, czegoś się od niej nauczyłam…

Pewna, że i tak rozmowa o pracę nie dawała mi szansy na zatrudnienie, wstałam, pożegnałam się z wszystkimi uściśnięciem dłoni, a następnie wyszłam z sali i poprosiłam recepcjonistkę o otworzenie mi drzwi.

A następnego dnia dowiedziałam się, że firma Kantock Services proponuje mi pracę na stanowisku pod przepiękną polską nazwą In-site Coaching Specialist. Przyjęłam. Co tu dużo mówić, zaapruwowałam ten czelendż.

[1] wersja dla singli, socjopatów, i karierowiczów: rozwój osobisty

[2] przyznajcie się, też myśleliście, że pisze się „do termosa”! Ja owszem…

Dziennik Społecznego Dziwoląga (10) – brazylijska telenowela

Dzień 17

Piąteczek piątunio.

Wieczór, ofc.

A ja sama, ofc.

Ale oczywiście, że mi to nie przeszkadza. To, że w tym samym czasie moja współlokatorka znów zniknęła na 2 tygodnie ze swoim najnowszym modelem (tak jest, prawdziwym modelem, jakby wyciętym z reklamy Calvina Kleina, tyle że zupełnie niepodobnym do Biebera), albo to, że moja przyjaciółka Ela żyje sobie w szczęśliwym narzeczeństwie, i już planuje ślub, a także zastanawia się nad imieniem dla dziecka – te rzeczy wcale mnie nie przygnębiają. „Dlaczego?”, mógłby ktoś zapytać. Otóż, ja jestem dość niespotykanym egzemplarzem osoby, która potrafi szczerze cieszyć się szczęściem swoich przyjaciół. Wcale nie wyczekuję ich słabszych momentów, żebym mogła im pomóc i dzięki temu sama poczuła się lepiej.

Poza tym, jestem kobietą silną, samowystarczalną i spełnioną. Dzisiaj byłam na zakupach i nawet dostałam resztę.

I mam nowe szpilki. I sukienkę na ślub Eli. I nową suszarkę do włosów. Bo tamta stara jest… stara. A ta nowa jest ładna, firmowa, i ma kilka stopni regulacji, i była przeceniona ze 120zł na 60.

Właśnie, jestem kobietą sukcesu! Zarobiłam całe 60zł, i to tylko na jednej suszarce do włosów.

Kogo ja oszukuję.

Hmmm… Zdaje się, że powinnam zrobić coś ze swoim życiem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Znaleźć pracę? Pojutrze mam rozmowę w jakiejś-tam firmoszce, o której właściwie nie wiem nic. No ale mama. To jedno słowo wyjaśnia wszystko. Poleciła mnie, trzeba iść.

Swoją drogą, ta sama osoba, która załatwiła mi leczenie u psychologa, uznała nagle, że nadszedł dla mnie czas, bym poszła do pracy. Wieje mi tutaj nie tyle sandałem, co raczej kapką niekonsekwencji i… no, może ciuteńką hipokryzji. Ale tylko ciuteńką, bo przecież kocham moją rodzicielkę karmicielkę i nie mogłabym posądzić jej o takie przymioty.

Ok, czyli szukanie pracy z głowy. Choć mam niejasne wrażenie, że robienie dokładnie tego, co każe mama w moim wieku jest już poważnym obciachem. Problem w tym, że już nie umiem się tym przejmować…

I właśnie w takim nastroju sunęłam sobie z gracją pingwina, owinięta w kołdrę, trzymając w dłoni pusty kieliszek, który właśnie miałam napełnić moim idealnie schłodzonym babskim winem. Przystanęłam jeszcze na chwilę przed lustrem, by zobaczyć moją singielską spełnioną twarz. Resztki niedomytego tuszu do rzęs utworzyły fantazyjne ciapki wokół moich oczu, a włosy związane w kitkę na samym czubku głowy, o dziwo, dodawały mi nieco uroku. Ach, skromna piękna ja.

I już-już przestąpiłam próg kuchni, złapałam za drzwi lodówki z zamiarem sięgnięcia po wino, kiedy nagle z głośnym hukiem otworzyły się drzwi wejściowe. Usłyszałam odgłosy szamotania się z płaszczem i nierównego oddechu. No tak, pewnie to Ilona, moja dawno niewidziana współlokatorka marnotrawna.

Nalałam sobie wina i podreptałam z uśmiechem do przedpokoju, żeby się przywitać.

Zamarłam.

Na szafce przy drzwiach siedziała kompletnie rozmazana i okropnie potargana Panda, która z wyglądu jedynie przypominała Ilonę. Jej fryzura wyglądała tak, jakby ktoś związał jej naprędce włosy, po czym wsadził głowę do pralki i włączył wirowanie. Z jej eleganckiego granatowego płaszcza, którego zawsze jej zazdrościłam, wystawały jakieś habazie. A cudne czarne pończochy z koronkowym wykończeniem, których nigdy nie zgodziła się mi pożyczyć, były w strzępach. I… cóż, z prawej stopy zwisał jej czarny bucik, a spod lewej kapało jedynie błoto zmieszane z kropelkami krwi.

– Yyy… Cześć, Kopciuszku. – wydusiłam wreszcie, machając ręką w geście powitania.

Ilona schowała twarz w dłoniach i wydusiła:

– Proszę, zamknij dobrze drzwi. I sprawdź, czy wokół naszego bloku nie kręci się ktoś podejrzany.

Podejrzany? Nie ma tu takich, zdarzają się najwyżej zakapturzone postacie z piłą ręczną na podorędziu.

Natychmiast zrzuciłam z siebie kołdrę, odłożyłam kieliszek i szybko zamknęłam drzwi na wszystkie zamki i spusty, a następnie wybiegłam na balkon, żeby się rozejrzeć. Cisza. Jedynie pan Mietek pilnował całodobowego, opierając się o murek i trzymając butelkę sikacza w dłoni. Niczym Atlas dzierżący Ziemię, pan Mietek skutecznie chronił sklep przed zsunięciem się w nicość.

Wróciłam spiesznie do Ilony. Pomogłam jej wstać, zabrałam od niej płaszcz. Kiedy zdjęła tego swojego, pożal się Boże, osamotnionego buta, zaprowadziłam ją pod rękę do pokoju, bo trzęsła się dziewczyna jak osika na wietrze.

– Chcesz się czegoś napić? – zapytałam rzeczowo.

Nie podnosząc wzroku, Ilona odpowiedziała:

– Herbatę z rumem.

Co za burżuazja.

– Ok, już idę.

Ledwie zdążyłam postawić czajnik na kuchence, kiedy usłyszałam za sobą jej nikły głosik:

– No tak, przecież my tu nie mamy rumu… – przypomniała sobie wreszcie – Rum był u niego. – dodała z pogardą.

– Taaak… No właśnie, mam taką propozycję. – powiedziałam spokojnie.

– Mhm?

– Może wyjaśnisz mi, skąd u ciebie ten zaskakujący outfit? Czyżby on… ten… przestał cię już odwozić do domu i odprowadzać pod same drzwi, łasząc się wytrwale, żebyś go wpuściła?

Ilona znów się zachwiała, więc przysunęłam jej krzesło, by usiadła przy stole; ja sama usiadłam na blacie kuchennym, wbijając wzrok w mokre smutne oczy tej biednej Pandy.

– Tylko… pytanie, o którego ci chodzi. – zaczęła niepewnie.

Hmmm, tego nie przewidziałam, choć powinnam była.

– Bartosz… Tak chyba miał na imię ten, którego widziałam z tobą dwa tygodnie temu. Mieliście razem wyjechać na jakieś wakacje.

– Ahaaa… Rzeczywiście, wyjechaliśmy, ale to nie wypaliło. – odpowiedziała beznamiętnie Ilona – Powiedział, że to było fajne tylko na chwilę, a ja się z nim zgodziłam. Na tych samych wakacjach poznałam Eryka, a potem jego kumpla Piotra. No i z Piotrem spotykałam się już… no… parę dni.

– Ile? Dwa? Trzy? Tydzień? – nie dawałam za wygraną.

Zamyśliła się, prawdopodobnie próbując ustalić fakty.

– Pięć dni.

Zawahała się, bo pewnie zauważyła mój wyraz twarzy.

– Ale… zdążyliśmy w tym czasie naprawdę dobrze się poznać. – dodała, próbując się usprawiedliwić.

– W to nie wątpię. Ale mów, co się wydarzyło. I spokojnie, nie będę cię pouczać. Na razie.

Ilona wyraźnie się zawstydziła. Opowiadając całą historię robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną wzrokiem.

Z chaotycznych strzępów informacji, które podała, wynika, co następuje:

  • Ilona została odrzucona przez kolejnego faceta, na którym jej zależało, choć stara się tego po sobie nie pokazywać.
  • Eryk i Piotr to prawdopodobnie zmyślone imiona, bo prawdziwych nie zdołała zapamiętać. Wynika to nie tyle z mojego kunsztu zdolności dedukcyjnych, ile z dziwnego faktu, że ciągle mieszała z sobą te dwa imiona.
  • Piotr (Pan Trzeci) porzucił ją na imprezie dokładnie wtedy, kiedy dziewczyna zorientowała się, że zginął jej portfel i telefon. Skubany odstawił niezłego Copperfielda.
  •  Po bezskutecznej próbie odnalezienia Piotra Jakmutam vel. Davida Copperfielda, złapała na postoju taksówkę. Zaznaczyła przy tym, że nie ma pieniędzy, i że zapłaci pieniędzmi, które zostawiła w mieszkaniu.
  • Niestety, w strategicznym momencie, około dwóch kilometrów od naszego bloku – za to dokładnie w samym środku opustoszałej dzielnicy – pan taksówkarz zwolnił, a po chwili zatrzymał samochód i znacząco się uśmiechnął, kładąc dłoń na kolanie Ilony. Całe szczęście, zdążyła otworzyć drzwi zanim wcisnął blokadę, i uciekła. Godzinami kluczyła uliczkami i zaułkami w obawie przed taksiarzem.
  • Nie wiadomo, gdzie i w którym momencie zgubiła buta, choć mnie nieco bardziej martwi absencja sprawnego mózgu w czaszce mojej współlokatorki.

W międzyczasie wypiłyśmy po kubku herbaty (no dobra, ja pozostałam wierna mojemu winnemu nektarowi), wysłuchałyśmy kilku tkliwych ballad, a wreszcie wysłałam Ilonę do kąpieli.

Kiedy wreszcie wyszła z łazienki, odświeżona i nieco bardziej żywa, uderzył mnie widok jej wychudzonej figury, zapadniętych policzków i zmartwiałych oczu. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo schudła w ostatnim czasie.

Usiadła na brzegu mojego łóżka i, wbijając wzrok w dywan, zapytała:

– Uważasz mnie za puszczalską, prawda?

Westchnęłam głęboko, włączając Who Says Johna Mayera na jutubach. Zdecydowanie potrzebna była jakaś ciepło brzmiąca piosenka.

– Słońce… – zaczęłam, przytulając ją niezdarnie, jak to ja – ja po prostu uważam, że masz dość specyficzny typ idealnego faceta, wiesz?

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– No tak, kochana. Interesuje cię facet, który byłby tobą zainteresowany. A to zdecydowanie za mało… wymagające kryterium.

Na kamiennej twarzy Ilony pojawiły się oznaki nadchodzącego szlochu i Niagary ze smarków. Z taką ekspresją to ona partii pokera raczej nigdy nie wygra.

– Bo… to tak trudno zapomnieć… – zaszlochała.

– Co zapomnieć?

– Miłość, która kiedyś nadawała sens wszystkiemu, co robiłam.

Yghhh… Znowu brazilejro, już nawet nie muszę oglądać Zbuntowanego Anioła, choć niedawno zaczęłam.

– Kochana, chyba każdy z nas ma lub miał taką historię, która złamała mu centralną krwiopompkę.

Pokiwała głową.

– No właśnie. – kontynuowałam swój wywód. – I pewnie każdy z nas ma taką osobę, o której myśli w pierwszych sekundach Nowego Roku,… przy wigilijnym stole,… kiedy zobaczy w parku szczęśliwą parę starszych ludzi, patrzących na siebie oczami dwudziestolatków,… będąc świadkiem przysiąg małżeńskich składanych przez nowożeńców,… czy zwyczajnie w chwilach samotności, albo bezskutecznie próbując zasnąć. Masz kogoś takiego?

Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam morze łez.

– Tak, mam… – wydusiła.

– A czy… to coś ma prawo bytu w twoim życiu?

– Nie… – wymamrotała zdecydowanie.

– W takim razie musisz zaczekać, aż to się odmieni. Bo dopóki będziesz pozwalała, by to uczucie zabijało cię od środka, podczas, gdy ty będziesz szukała krótkotrwałego pocieszenia w przypadkowych miejscach, to nie dożyjesz własnego ślubu. Kretynko.

W tym momencie nastąpiło jakieś je%ane apogeum. Ilona rzuciła mi się na szyję, wycierając całe swoje łzy i smarki w moje przepocone piżamy, i mrucząc coś na kształt:

– Dziękuję… Dziękuję ci…

Godzinę później, czyli mniej więcej o czwartej nad ranem, kiedy leżałyśmy już w łóżkach, wspominałam w ciszy różne niechlubne popisy głupoty z mojej przeszłości. To, co dawniej gorzkie i patetyczne, nagle stało się śmieszne jak disneyowskie Nowe Szaty Króla. Uśmiechałam się do siebie, wspominając złamane serca, siarczyste policzki, których nigdy nie żałowałam, a nawet intrygi rodem z Trudnych Spraw. Życie, w gruncie rzeczy, wcale nie jest takie poważne.

I wtedy usłyszałam pytanie Ilony, która jednak przez cały ten czas nie spała:

– Arleta… A o kim ty myślisz, kiedy nie możesz zasnąć?

I co w takich chwilach należy zrobić, Panie i Panowie? Taktyk jest wiele, ale ja wybrałam tę najlepszą.

Udałam, że śpię. Nie ma się co chwalić bezsennością.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (6)

Dzień 13.

Trzynasty. No coś takiego.

Dla mnie nie jest to dzień pechowy – wręcz przeciwnie. Jak tu narzekać na świat, swoje popaprane życie i pokręcony umysł, kiedy ma się wolną chatę, lodówkę pełną żarcia i całkiem oryginalne filmy z torrentów?

No i oczywiście telefon wyłączony! Tu się odpoczywa! Od tego… no… koegzystowania z ludźmi, bycia dla nich miłymi, udawania, że uważam ich za fajnych, i przemilczania moich myśli na ich temat.

I nie muszę się ubierać, mogę sobie latać po mieszkaniu nagonagonagonagooooo!!

Po chwili:

No dobra, może niekoniecznie nago, bo trochę zimno. Będę latać w dresie i koszulce. Bez makijażu. Jakie to szczęście, że nie mam faceta, chyba żaden nie zniósłby na trzeźwo mojego widoku w tej chwili.

Ok, komputer z zestawem głośników – jest, wcale-nie-pirackie-filmy – są, ciasteczka, chipsy, popcorn – są, piwko – jest, dzbanek herbaty z cytryną – jest. Można się wykładać.

Dwie godziny później:

Ok, możliwe, że coś ze mną jest nie tak.

Trzy godziny później:

Idę dorobić herbaty. Litr to jednak za mało.

16:30:

Obejrzałam już dwie komedie romantyczne. Za chwilę albo rzygnę tęczą, albo zacznę zadawać retoryczne pytanie, poprzerywane szlochaniem: „dlaczeeego mnie nikt nie koooocha?”

19:00:

Ok, możliwe, że jest ze mną coś nie tak. Poryczałam się, oglądając drugą część Dziennika Bridget Jones. Nie wiem, czy to wina dwu (czy dwóch? Jak zwykle nie wiem!) butelek wypitych wprost z gwinta (a może z gwintu? nieee….), czy świadomość, że fikcyjna postać o podwójnym podbródku ma bogatsze życie erotyczne, czy to, że spędziłam cały dzień sama, pasywnie przybierając na wadze.

19:30:

Włączyłam telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mamy. Tak. I jedno… od jakiegoś nieznanego mi numeru. I sms, wysłany z tego samego numeru.

Pani Arleto,

W związku z Pani aplikacją na stanowisko Asystentki Zarządu Firmy chciałabym zaprosić Panią na rozmowę kwalifikacyjną w dniu 01.12. (poniedziałek) na godzinę 13 na wskazany poniżej adres. Proszę potwierdzić przybycie.

Pozdrawiam

Anna Sobieraj

Szczena opadła mi tak nisko, że mogłabym sobie spokojnie zjeść całego Big Maca naraz.

Nigdzie nie wysyłałam żadnej aplikacji, a przynajmniej nie przypominam sobie, żebym ostatnio przerabiała kolejną falę poczucia winy w związku z byciem utrzymywaną przez mamę i dla załagodzenia tego uczucia wysyłała CV gdzie popadnie. Ostatnie takie zdarzenie miało miejsce jakiś miesiąc temu, o ile dobrze pamiętam.

Po chwili:

Zadzwoniłam do mamy. I wszystko jasne. Podała komuś moje, pożal się Boże, CV – a oni, o dziwo przyjęli je bez mrugnięcia okiem. Mimo że ledwo zdałam maturę, a potem jakoś przebrnęłam przez te moje studia. Kulturoznawstwo, przyszłościowa sprawa. Zapytałam mamę, co to w ogóle za firma, o co w niej chodzi, i co ja mam z tym fantem zrobić.

Rezultat? Po godzinie rozmowy nadal nie wiem, czego się spodziewać i jeśli pójdę na tę rozmowę, to chyba tylko dla beki. Ale cóż, może wreszcie coś ciekawego wydarzy się w tym moim prostym życiu.

Włączyłam radio.

W naszym mieście zarejestrowano nietypowe zdarzenie. Wczoraj w godzinach wieczornych, zakapturzona postać zakradła się na teren parku miejskiego z piłą ręczną i skierowała się w stronę słynnego mostku, na którym zakochani zatrzaskują symboliczne kłódki, mające oznaczać stałość ich uczucia. Niezidentyfikowany mężczyzna, bo według świadków był to osobnik płci męskiej, zbiegł z miejsca zdarzenia. Policja usiłuje uzyskać jakiekolwiek informacje na temat tego podejrzanego człowieka. Mieszkańcom sugeruje się pozostanie w mieszkaniach po zmroku, dla własnego bezpieczeństwa.

Wow. Ludzie są dziwni.

Zebrałam wszystkie brudne naczynia i podreptałam z nimi do kuchni, bekając głośno.

W zasadzie, ta postać, to mógł być dosłownie KAŻDY, prawda?

Dzień 14

2 w nocy:

Właśnie dzwonił Sebastian. To wcale nie jest dziwne. On tylko potrzebuje miejsca, by się gdzieś zatrzymać. I na pewno jest zupełnie trzeźwy, a ta czkawka to na pewno moja projekcja. No nic, może ja lepiej odgrzeję coś do żarcia i wstawię wodę na kawę. Tak na wszelki wypadek. On na pewno nie jest pijany.

15 minut później:

To wszystko jest tak dziwne, że wierzyć się nie chce. Sebastian przylazł do mnie z piłą ręczną. W ciemności wyglądał, jakby totalnie mu odpie*&oliło. A w świetle żarówki wcale nie wyglądał lepiej.

No dobra, prawie się posrałam ze strachu.

– Sebastian? Co jest grane? – zapytałam w końcu

– Arleeetkooo, kochanaa moooja! Odpiłowałem kłódkę! Hik… Jest na niej napisane… napisane jest…

Zaczął w dość nieskoordynowany sposób przetrząsać wszystkie kieszenie, chwiejąc się na wszystkie strony. Wreszcie wyjął jakieś żelastwo.

– Napisane jessst… Sebastian i zdzirrra, która złamała mu serce, oooo, zobacz! – krzyknął, podając mi pokiereszowaną kłódkę.

– Ciszej… obudzisz sąsiadów. – wyszeptałam, biorąc do ręki kłódkę. Nomen omen, widniał na niej napis „Marek + Arek kumple na wieczność”, co na pierwszy rzut oka wygląda dość niepodobnie do opisu podanego przez Sebastiana.

S. zaczął jeść sałatkę, którą przed chwilą wyjęłam z lodówki. Bez zbędnych wstępów, po prostu wsadził głowę do salaterki. Usiadłam, odrobinę przygnieciona zaistniałą sytuacją.

– Smakuje? – zapytałam – Bo leży w lodówce od jakiegoś tygodnia, właśnie się zastanawiałam, czy ją wyrzucić.

Mój niespodziewany gość gwałtownie odłożył salaterkę na bok i spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Jesteś moją jedyną zaufaną osobą. Mogę ci coś powiedzieć?

Moje zaskoczenie mogło już chyba tylko piąć i piąć się w górę, nie było widoku na żadną dolinę, w perspektywie dostrzegałam jedynie szczyty pokroju K2.

– Wal. – wydusiłam z siebie, podejrzewając, że za chwilę tego pożałuję.

– Boję się, że już na zawsze zostanę sam. Znaliśmy się z Martą od urodzenia. Była… całym całym całyyyym moim światem. Nikogo poza nią nie dostrzegałem. W jej towarzystwie nie zauważałem nikogo innego.

– Tak, zrozumiałam.

– I… kiedy mnie rzuciła… stanął mi… przed oczami… cały ten czas… kiedy byliśmy razem…

Wyglądało na to, że naprawdę nie zważał na to, jak brzmiały jego słowa. Ale nie przerywałam, pozwalając mu się wygadać. W końcu wszystkie tego potrzebujemy.

– Na początku wprawdzie wściekłem się na nią, ale później zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko nie była moja wina. Musiało przecież dziać się coś, czego nie zauważałem. Na pewno była ze mną nieszczęśliwa, brakowało jej czegoś. Za dużo pracowałem… albo za długo przesiadywałem z kolegami na piwie… im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem się winny.

– Tylko mi nie mów, że do niej zadzwoniłeś. – przerwałam mu stanowczo.

Spojrzał na mnie tym swoim pijacko-trzeźwym do bólu spojrzeniem.

– Nie… nie zdążyłem. Miałem zadzwonić po sesji z tobą. Ale dzięki tobie zamiast tego poszedłem na miasto.

– No i pięknie!

– …a zadzwoniłem dopiero nad ranem.

Facepalm. Chyba se ku&wa jaja człowieku robisz. No do ch%ja wafla.

– I co? – zapytałam zrezygnowana.

– Nie odebrała.

Fascynujące. Urzekła mnie ta historia.

Zapadła niezręczna cisza. Nie wiedziałam, czy S. skończył już swoje zwierzenia, więc nie proponowałam mu przejścia do łóżka mojej współlokatorki (nie byłam też przekonana, czy to dobry pomysł, ale wiedziałam, że nie był w stanie samodzielnie wrócić do swojego mieszkania).

– Posłuchaj… – wymamrotałam wreszcie – Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz?

Sebastian oderwał wzrok od podłogi, by, dla odmiany, przykuć je tym razem do okna.

– Pomóż mi.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (5)

Dzień 10.

Są takie dni, kiedy nawet szum w przewodach kanalizacyjnych, a także odległe kroki dobiegające zza okna potrafią sprawić ból fizyczny i egzystencjalny zarazem.

To jeden z tych dni.

Nawet pisać mi się o tym nie chce. Ale urodziny miałam przednie. Z tego, co pamiętam, chyba nawet śpiewaliśmy „Ona tańczy dla mnie” na balkonie, a panowie tańczyli dla pań. Tak, też na balkonie. Niewielkim balkonie.

Życie bywa piękne.

Idę spać, niniejszym odwołuję dzisiejszy dzień.

Dzień 11.

Dzisiaj dzwonił do mnie Sebastian. Powiedział, że potrzebna mi będzie jutro dodatkowa sesja. Dziwne, chyba niczego nie odwaliłam na imprezie urodzinowej. Ela twierdzi, że byłam słodka i niewinna. I tym razem byłam szalenie oficjalna: nikomu nie zarzucałam ramion na szyję, pytając, „eeej, a ty to mnie lubisz? To jak mnie lubisz, to się ze mną… hik… napij”.

Cóż, czas pokaże.

Dzień 12.

Przyszłam na sesję, z czerwonym zeszycikiem, oczywiście. Usadowiłam się wyprostowana na krześle, czekając na przyjście S.

– Cześć! – wykrzyknęłam na powitanie.

S. uśmiechnął się uprzejmie i spokojnie odpowiedział:

– Dzień dobry, Arleto.

O cholera. Już wiem, co muszą czuć bohaterowie filmu Piła, gdy słyszą słynne zdanie „I want to play a game”. Jeszcze dwa dni temu był na moich urodzinach, a teraz wraca ten formalny do bólu styl. Co to za gra? Dobry i zły Sebaterapeuta?!

Usiadł naprzeciw mnie i przyglądał mi się tak przez chwilę, nie wypowiadając ani słowa. Brrr. Naprawdę zaczęłam czuć się tak, jakby siedział przede mną Jigsaw. Złapałam się na tym, że raz na jakiś czas rzucałam spanikowane spojrzenie w stronę drzwi.

W końcu przemówił, nie odrywając ode mnie wzroku.

– A więc, Arleto. Od samego początku naszych spotkań, za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, zastanawiam się, z kim tak naprawdę mam do czynienia.

Głośno przełknęłam ślinę.

Bałam się spojrzeć mu w oczy, więc moje gałki oczne zaczęły wykonywać przedziwne ruchy we wszystkie strony świata.

Antyperspirant jakby przestał działać.

– Ostatnio udzieliłaś mi bardzo dobrej rady. Takiej, na którą mogłaby się zdobyć jedynie zdroworozsądkowa osoba. Brak przeżyć traumatycznych, relacje z rodzicami wyglądają na prawidłowe. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że wcale nie potrzebujesz terapii. Przypomnij mi, dlaczego i kto cię tutaj przysłał?

Aaaa, więc o to ta cała heca. Ufff…

– Emm… Przysłała mnie tutaj moja mama. Uznała, że jestem nieprzystosowana do życia, że za bardzo bujam w obłokach. Iiii… że jestem zobojętniała. Że moim naturalnym nastawieniem jest obojętność, albo, jak ona to mówi, sceptycyzm. No i ma nadzieję, że w końcu znajdę sobie pracę. – odpowiedziałam niemalże jednym tchem.

– Hmmm, hmmm, hmmmm…. Ciekawe. – wymruczał Pan S., skrzętnie notując coś w swoim zeszycie.

– Taaak… – wymruczałam, nie wiedząc, co powiedzieć.

S.jeszcze przez chwilę notował, aż nagle podniósł na mnie wzrok i zapytał:

– A co ty myślisz o sobie?

– Ja? Eee… Nie wiem…

– Powiedz na przykład, czy są jakieś drobne rzeczy, z których czerpiesz przyjemność? Zapach koszonej trawy, ciepła kąpiel… coś w ten deseń. Jest coś takiego?

Wow, ale się poważnie zrobiło.

Sporo tego. Lubię stać na samym brzegu krawężnika, gdy czekam na zielone światło, a samochody pędzące niemal przed samym moim nosem sprawiają, że czuję, że żyję.

Lubię też patrzeć na ludzi, których mijam na ulicy. Zapamiętuję ich twarze zastygłe w pozach, w których widzę ich przez ten ułamek sekundy, zanim mrugnę, zanim oni znikną z mojego życia bezpowrotnie.

– O, wiem. Lubię mówić „reszty nie trzeba”, gdy kupuję w sklepie bluzkę za 39,90 i wyjmuję 40zł.

Głośne westchnienie.

– A może… może inaczej… o czym rozmyślałaś, idąc tutaj, na to spotkanie? Czy kłębiły ci się w głowie jakieś tematy, które chciałabyś poruszyć?

Zamyśliłam się przez chwilę.

– Tak, w zasadzie to tak.

S. poprawił się na fotelu z wrażenia. Wyraźnie ucieszyła go moja reakcja.

– Dzisiaj, kiedy szłam przez park, przechodziłam przez taki mostek w stylu japońskim. Niezbyt pasował do ogólnego wystroju parku, ale mniejsza. No i na tym mostku…

S. ponownie zaczął zapadać się w sobie ze zniechęcenia.

– Na tym mostku były kłódeczki z inicjałami lub imionami par. I tak sobie pomyślałam, jakie to idiotyczne! Zakładam, że kiedy zakochani zamykają te swoje kłódeczki, spijając sobie z ust nektar miłosny i ćwierkając wyznania wiążące ich „do końca świata”, kluczyki wyrzucają gdzieś za siebie. No bo to przecież na zawsze. To co oni robią, jak ich związek nagle się zakończy, bo „to jednak nie było to”? I jak stwierdzą, że ten ich koniec świata to już? Idą tam pod osłoną nocy z palnikiem albo pilnikiem, czy inną piłką? Razem? Osobno? Komisyjnie? I które z nich – to, które zerwało, czy to z którym zerwano? Czy potrzebni są do tego świadkowie, by akt nabrał mocy prawnej uszanowanej przez wszechświat?

Nagle mój terapeuta zerwał się na równe nogi.

– Przepraszam, coś sobie przypomniałem. Dokończymy następnym razem – wymamrotał, po czym wybiegł z gabinetu.

I podobno to ja mam nierówno pod kopułką.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (4)

Dzień 9.

Zastanawiam się, czy dobrze się stało, że wczoraj doradziłam – czy może raczej zaleciłam – mojemu terapeucie wyjście z kumplami na alkolibacyjne wojaże po mieście. Swoją drogą, ciekawe, czy mnie posłuchał. A jeśli posłuchał, to mam nadzieję, że nikt mu nie obił ryła, i że wrócił do domu w jednym kawałku.

A z takich mniej interesujących spraw, dzisiaj dzwoniła do mnie mama. Yhh… To nie tak, że mam do niej jakiś uraz, albo że relacje między nami są chore, czy że uciekłam z domu w wieku szesnastu lat i zamieszkałam z 10 lat starszym ode mnie facetem. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Ona po prostu jest… kobietą-terminatorem. Schemat zazwyczaj jest ten sam (drobne zmiany i niuanse od czasu do czasu):

  1. Dzwoni telefon, wyświetla mi się fota mojej mamy z dnia jej 50-tych urodzin, z lekko przechyloną lampką wina w prawej ręce, z aparatem w prawej i papierosem w ustach, próbującej ustawić kogoś do zdjęcia (oficjalnie zdjęcie usunęłam na jej prośbę).
  2. Moment wahania – odebrać, czy nie? – czy jestem dziś osobą o mocnych nerwach?? – czy przeżyję dziennikarski nalot mojej rodzicielki??
  3. Odbieram zdecydowanym „halo?”
  4. Temat pierwszy: „Co u ciebie słychać?” – przyjazny ton ma na celu odwrócenia mojej uwagi.
  5. Temat drugi: „Jak tam terapia? Mam nadzieję, że na nią chodzisz, bo płacę za nią grube pieniądze!”
  6. Temat trzeci: „A właśnie, skoro o pieniądzach mowa… Znalazłaś już pracę?”
  7. Temat czwarty: „Wiedziałaś, że Aneta… ta, co z nią chodziłaś do podstawówki, schudła 20 kilo i wyszła za jakiegoś biznesmena?
  8. Temat piąty: „A ty jak tam, znalazłaś swojego… KAWALERA?”
  9. Blablabla…
  10. Babla… ale ta pogoda wariuje… blablabla…
  11. Przyjedź … blablablabla… do domu! Zadzwoń czasem! Paaa!

Krótko mówiąc, mama jest mistrzynią tematów niewygodnych. A jej pytania sprawiają, że nieraz czuję się winna, udzielając niezgodnych z prawdą odpowiedzi – ale te szczere najzwyczajniej nie pasowałyby do klucza.

Terapia? Super, ostatnio to ja pomagałam mojemu terapeucie, a sama wciąż nie wiem, co ze mną jest nie tak.

Szukanie pracy? Nie wiem, gdzieś tam musi sobie być jakaś praca.

Czy znalazłam „kawalera”… Owszem, nie jednego i nie dwóch, ale prędzej czy później orientują się, z kim tak naprawdę mają do czynienia i uciekają tak szybko, na ile prawa fizyki im pozwalają. Co więcej, oni także znajdują mnie. Ale zwykle są to panowie chodzący latem w płaszczu, sprzedawca w pobliskiej Biedrze, który wiecznie patrzy mi na tyłek i myśli, że nie widzę, lub też dziwny łysiejący typ spod piątki, który twierdzi, że mnie kocha.

Gdyby ktoś chciał napisać o mnie Harlequina, rozmiarem przypominałby instrukcję obsługi zapałek.

No i cóż, obudziła mnie rano tym telefonem i można było się pożegnać ze słodkimi snami. Spojrzałam na telefon.

– Ło ku&wa. 12:30. Heraklit miał rację, wszystko płynie. Lub raczej ZAPIE%^ALA.

Mojej współlokatorki już nie było. Zresztą, prawie nigdy jej nie widuję. Zwykle nocuje u swojego chłopaka Roberta. Nie zdążyłam jej poznać za dobrze, ale zawsze wiem, kiedy dziewczyna ma okres. To te dni, kiedy nocuje u siebie.

Ekhem. No i co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Przywdziałam moje przetarte kapcie w kształcie świnek i podreptałam do kuchni.

Na lodówce, pośród sterty innych notatek, wisiała kartka z wiadomością od Ilony:

„Pojechałam do rodziców na dwa tygodnie – tak że nie martw się o mnie, a i postaram się przywieźć coś do jedzenia!!!”
Ania

No, i takie notatki to ja lubię.

Wyjęłam z lodówki wczorajszą pizzę i odgrzałam ją w mikrofalówce. Najważniejsze to zdrowo się odżywiać! Odsunęłam nogą krzesło i usiadłam przy laptopie. Poranny „check” fejsa. Faktycznie, Aneta wyszła za mąż. Ale z tym schudnięciem to było lekko przesadzone info. No i facet nie za przystojny, pewnie wnętrze portfela ładniejsze.

Tak, wiem, wredota. Ale po drugiej kawie zwykle się uczłowieczam.

Scroll, scroll, scroll…

O, kolega kupił nowy samochód… Like.

Scroll, scroll, scroll…

Promocja w Reserved. Szkoda, że muszę zapłacić czynsz…

Scroll…

Nic ciekawego.

Scroll, scroll…

Mój były złamał rękę. O, jak mi przykro. Nie będzie mógł chodzić z tą tępą dzidą za rękę.

Oczywiście, to nie tak, że go nienawidzę albo życzę mu źle. Ale skoro to on zerwał ze mną, to przecież wszechświat powinien stać po mojej stronie i darzyć mnie szczęściem, by zrekompensować kilogramy, których mi przybyło po rozstaniu, o!

A tak właściwie, to próbuję sobie przypomnieć, jak to między nami było… Wiem, że poznaliśmy się w księgarni – złapaliśmy za tę samą książkę, ostatni egzemplarz na półce. Najpierw gościa zbluzgałam i zaczęłam wyrywać mu książkę z ręki, potem podniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, że wylądował na podłodze, a następnie rozejrzałam się, by zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy zamarli na chwilę, by zobaczyć, jak mi idzie.

Niezbyt to romantyczne, ale ujdzie.

I miał sporą kolekcję kryminałów.

Takich facetów już nie ma.

No dobra, to ja zerwałam z nim. Zastałam go w niedwuznacznej sytuacji z jego koleżanką ze studiów. Siedziała mu na kolanach. Nago. Nie wiem, jaki kryminał oglądali przedtem, ale najwidoczniej przestępca zbiegł, bo zostawił po sobie tylko skórzane kajdanki.

Znowu zadzwonił telefon. Tym razem Ela. Była jakaś dziwnie podekscytowana albo podenerwowana. Trudno było ocenić.

– ARLETA, WAŻNA SPRAWA. PRZYJEDŹ JAK NAJSZYBCIEJ.

Klik. Piiii… Piii…. Piiii…

„No dobra, kuhwa”, pomyślałam, „to jest sprawa dla reportera”.

Szybko ubrałam się w to, co akurat było pod ręką i wsiadłam do autobusu. „Żeby tylko nie było korków”, powtarzałam w myślach, usiłując jakoś przyklepać włosy, które postanowiły sobie urządzić balangę, a także starając się nie zwracać uwagi na to, jak dziwnie patrzyli na mnie współpasażerowie. No wiem, nie codziennie wsiada się do mpka w czerwonych szpilkach, szarych spodniach od dresu i w różowej koszulce z napisem „even your dad would bang me”, którą, nie wiedzieć czemu, dostałam na urodziny od mojego ówczesnego chłopaka. Czort jeden raczy wiedzieć, jakie motywy nim kierowały.

Kiedy Ela otworzyła mi drzwi, pomyślałam, że najchętniej zamordowałabym połowę ludzkości tłuczkiem do ziemniaków. Albo innym, równie zabójczym przedmiotem.

– NIESPODZIANKAAAA!!! – krzyknęła Ela, a razem z nią reszta moich znajomych, która wyskoczyła zza Eli.

Stoo lat, stooo lat

Nieeech żyyyje, żyyyje naaam! – wrzeszczeli wszyscy.

Wszyscy, wszyscy tam byli, nawet moja mama. I Sebastian. I Bożena. I Krzysiek. I Ania z Andrzejem. I Ola. I chłopak Oli. I inne osoby, które pewnie też powinnam rozpoznać. Nigdy bym nie powiedziała, że jestem aż tak popularna. Pewnie Ela postanowiła zaprosić randomowych ludzi, żebym odniosła wrażenie, że ktoś mnie lubi.

No zajebioza. Nie ma to jak stać w glam-urodzinowym outficie, słuchając pięknego hymnu sytuacji niezręcznych.

Wszyscy zdawali się ignorować mój wygląd przez cały czas trwania Sto Lat, po czym Ela dyskretnie zaprowadziła mnie do łazienki, krzycząc do reszty zebranych:

– Ja się nią zajmę!! Wy siadajcie w kuchni!!

W łazience czekała na mnie nieziemska zielona sukienka, srebrny naszyjnik i cała paleta kosmetyków.

– Przede wszystkim usiądź, oddychaj. Taaak, a teraz spójrz w lustro. – powiedziała spokojnym głosem Ela, trzymając mnie za ramiona.

Popatrzyłam na swoje odbicie i stwierdziłam, że jednak Samara w The Ring wcale nie wyglądała najgorzej. Kiedy się odwróciłam, Ela zdążyła już wymknąć się z łazienki, z obawy przed moją reakcją.

Czy ja nazwałam ją kiedyś „wyrobem przyjaciółkopodobnym”?

Chlip… Jestem potworem.

Szczęśliwym, urodzinowym potworem.

Z Pamiętnika Społecznego Dziwoląga (3)

Dzień 8.

czyli

Środa, godzina 16

Tak, poszłam ze swoim Dziennikiem na sesję do Sebastiana. Nie, nie doznałam cudownego uzdrowienia. Nie, nadal nie wiem, co mi właściwie jest.

Słaby bilans. Ale to nic, bo wydarzyło się coś naprawdę ciekawego.

Przyniosłam z sobą mój nowy czerwoniutki zeszyt, którego jeszcze nie zdążyłam zanadto pomiąć pośród najdziwniejszych rzeczy, które noszę w torebce. Mój porypany dziennik. I trzymałam go tak sobie na kolanach, święcie przekonana, że za chwilę padnie to pytanie:

– Arleta! A jak ci idzie spisywanie twoich porąbanych myśli?

Nie.

Zamiast tego, na początku usłyszałam pytania dotyczące mojego samopoczucia („jak się masz? Wyspana?”), obecnej pogody („co za koszmarna burza! Żeby tylko nie zaczęło rzucać gradem!”), a także – co jeszcze dziwniejsze – mojego OOTD[1] („nie będzie ci zimno w tych balerinach i spódnicy?”).

Miałam takie dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Zresztą, który facet pamięta nazwę tych płaskich damskich przyczłapów? OMG, chyba powraca nadzieja, że Sebastian jednak zostanie moją męską przyjaciółką.

Tak czy owak, następne pytanie brzmiało:

– Czy zdarza ci się rozmawiać z samą sobą?

Jasna dupa, no jasne, że tak. Oczywiście, że to robię. Mam do tego konstytucyjne prawo i nikt mi tego nie zabroni, bo to JESZCZE nie czyni ze mnie psychopatycznej osobowości, zagrażającej otoczeniu.

– Yyyy… Niee,  no coś ty, nigdy.

Auć. Miałam być szczera. No ale…

– Niedobrze.

No tym stwierdzeniem, nie powiem, odrobinę dźgnął mnie w schemat.

– Dlaczego? – zapytałam odrobinę zmieszana

– Bo to by znaczyło, że masz bardzo dużo nieuporządkowanych myśli, wspomnień, uczuć. Słowem, takie rozmawianie z sobą, oczywiście bez świadków, jest niezwykle pomocne w utrzymaniu tak zwanej higieny umysłu.

– Hmmmm… – zamyśliłam się, dochodząc do wniosku, że jednak prawda była tym razem odpowiedzią prawidłową na zadane mi pytanie.

– Co więcej, rozmawiając z tobą odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z bardzo konkretną i rozgarniętą osobą. Mało tego, jesteś także osobą inteligentną, co widać chociażby po tym, jak dokładnie analizujesz każde moje pytanie, zanim udzielisz jakiejkolwiek odpowiedzi. Daje mi to pewną podstawę do twierdzenia, że podczas sesji ze mną nie jesteś całkowicie szczera. Nadążasz?

Chyba zauważył mój szczękoopad.

– Yyyy… Oszywiśsie.

Rzucił mi to swoje badawcze spojrzenie, po czym ruszył w stronę konkluzji, wyrażonej niespotykanie stanowczym głosem:

– A ponieważ tak długo zastanawiasz się nad każdym pytaniem, to zapewne próbujesz przewidzieć, jaka powinna być prawidłowa odpowiedź, prawda?

Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Niby facet, ale mnie rozszyfrował. Nie doceniłam faktu, że jest jednak hybrydą. Czymś więcej, jak tylko facetem, bo rozmawiał ze mną i rzeczywiście był ciekaw tego, jakie jest moje zdanie. Cóż poradzę, że to dla mnie coś totalnie nowego?!?

Nieśmiało podniosłam oczy znad zeszytu i zapytałam niepewnie:

– Ale… No bo… Ja po prostu zawsze zastanawiam się, co powiedzieć, zanim puszczę parę z gęby. To źle?

Głęboki wdech Pana S. napełnił mnie przekonaniem, że to źle.

– Ok – pisnęłam – to może… zapyta mnie pan… yyy… ty… zapytasz mnie może o coś jeszcze?

Chyba miał mnie już dość. Męska primabalerina. Co on ku&wa wie o trudnych rozmowach? Mojej matki nie zna.

S. wyprostował się na swoim fotelu i spojrzał mi smutno w oczy.

– Za chwilę. Najpierw chcę, byś zrozumiała, że tutaj nie ma dobrych ani złych odpowiedzi. One przede wszystkim mają być twoje. Nie chcę się bawić w dedukcję, czy tym razem mówisz prawdę, czy może udzielasz mi odpowiedzi jak w rozmowie o pracę, próbując wyczuć, co chciałbym od ciebie usłyszeć. Ok?

Wyraźnie usłyszałam, że zatrząsł mu się głos. Niemożliwym było, żeby moja głupia terapia tak go wyprowadziła z równowagi. I wtedy zrobiłam coś dziwnego.

– Sebastianie, czy ciebie coś martwi? – zapytałam z troską.

Znowu spojrzał mi w oczy, po czym szybko oderwał wzrok i skierował twarz w stronę okna.

– Żartujesz sobie ze mnie. – odpowiedział obrażonym głosem, krzyżując ręce na piersi.

No tak, gdy kobieta mówi, że wszystko w porządku, to wszyscy wiemy, że jest w ch*j źle i dekadencko. Albo ma okres. Albo chłopak jej nie słucha. Albo ją rzucił. Albo…

Każdy powód jest dobry.

Błyskawicznie podjęłam męską decyzję. Rozsiadłam się szeroko na swoim krześle i pochyliłam się nieco w stronę S.

– Proszę, powiedz mi, co cię trapi. Czasem, żeby poczuć się lepiej, wystarczy powiedzieć na głos to, co w nas siedzi.

Nigdy jeszcze nie widziałam u nikogo tak zaskoczonego wyrazu twarzy. Ba, nigdy wcześniej nie widziałam łez w oczach faceta.

Patrzył tak przez chwilę w moją stronę, po czym wreszcie wypalił, czerwieniejąc na całej twarzy:

– RZUCIŁA MNIE! ROZUMIESZ? PO SZEŚCIU LATACH SZCZĘŚLIWEGO ZWIĄZKU POWIEDZIAŁA MI, ŻE OD TRZECH LAT SPOTYKA SIĘ JUŻ Z KIMŚ INNYM! PRZEZ CAŁY TEN CZAS MNIE OSZUKIWAŁA! MÓWIŁA, ŻE MNIE KOCHA! ŻE CHCE ZE MNĄ SPĘDZIĆ RESZTĘ SWOJEGO ŻYCIA! A WCZORAJ PO PROSTU PRZYSZŁA SIĘ ZE MNĄ POŻEGNAĆ! JAKIM CHORYM I POKRĘCONYM CZŁOWIEKIEM TRZEBA BYĆ, BY TAK KOGOŚ OSZUKIWAĆ?!?

Krew odpłynęła mi z twarzy i na chwilę zapomniałam, jak oddychać. Takiego Sebaterapeuty nigdy jeszcze nie widziałam. Wzięłam jednak głęboki oddech, po czym zabrałam się za kontynuację rozmowy:

– Widzę, że to jeszcze świeże wydarzenie… Na pewno wiele w tobie rozgoryczenia i sprzecznych emocji… W jednej chwili chcesz ją zabić, a w innej masz ochotę za nią pobiec i totalnie się zeszmacić, błagając, by wróciła.

– Skąd wiesz? – wysapał S. pomiędzy jednym szlochem a drugim.

– To akurat nieistotne. Sebastianie?

– Taaaak?

– Czy próbowałeś już może… Pójść na miasto z kumplami i nawalić się w cztery dupy, opowiadając wszystkim wokół, jaką zdzirą jest twoja była kobieta?

– Eeee… Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym.

Uśmiechnęłam się, podając mu kolejną chusteczkę.

– Tu się nie ma co zastanawiać, Sebastianie. To moje zalecenie. Do zobaczenia za tydzień o tej samej porze. I przynieś zdjęcia lub rachunki z lokali, żebym ci uwierzyła, że mnie posłuchałeś.

[1] Dla mniej trendy i hipsta ludu: OOTD = Outfit Of The Day, sprawdźta w słowniku.

Pamiętnika Społecznego Dziwoląga ciąg dalszy

Dzień 3.

Dzisiaj zadzwoniła do mnie moja tak zwana psiapsióła. Po pół roku szczątkowego kontaktu ze mną (za każdym razem dzwoni do mnie tylko wtedy, gdy pokłóci się  „miłością swojego życia”. Poświęcam jej wtedy godzinę – góra trzy – na szeroko pojęte hejtowanie mężczyzn jako tych pozbawionych ludzkich emocji i empatii, wiecznie szukających tanich atrakcji na boku; a następnie on przynosi jej cały kosz kwiatów lub innego badziewia, po czym kontakt się nam urywa).

Ela, ten wyrób przyjaciółkopodobny, zrobiła coś niesłychanego. Właściwie to było to naruszenie wszelkich niepisanych zasad, których żałuję, że nigdy nie zdążyłam spisać. Otóż, zaprosiła mnie na swój ślub z tym… ech, no jak on tam miał… zzz… Markiem. O, z Markiem właśnie.

– Cześć, Arletko – zabrzmiał jej niepewny, acz zauważalnie szczęśliwy głos w słuchawce telefonu – Dawno nie gadałyśmy…

„Taaak… A tej jak zwykle zbiera się na zwierzenia w chwili, kiedy stoję przy taśmie w kolejce do kasy, a klient przede mną już wyciąga portfel, by zapłacić za tampony dla żony rozmiaru O-MÓJ-OB.BORZE, obieraczkę do ziemniaków, paczkę chipsów, czteropak browca oraz Men’s Health.”

Nawiasem, ciekawe, czy którykolwiek z tych produktów kupował dla samego siebie. Hmmm…

Wtem, padło to przeklęte słowo.

– Dobry wieczór – przywitała mnie miła kasjerka

– ŚLUB!?! ALE JAK TO? JAK… DLACZEGO?!? KU*&A, ELA, NIE RÓB MI TEGO! KUPIĘ CI PSA, KOTA, ŻÓŁWIA, CO TYLKO CHCESZ.

Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy kasjerki. Ani ludzi, którzy stali za mną w kolejce. I w kolejkach obok. I którzy przechodzili obok. I tych, co stali na zewnątrz sklepu, przy samym wejściu.

– Eeee… muszę kończyć. Oddzwonię. – wymamrotałam, po czym wydusiłam z siebie najbardziej urokliwe i przepraszające „Dzień dobry yeee wieczórr”, na jakie było mnie stać w tej trudnej chwili.

Impas. Czas stanął w miejscu. Jak ona mogła?

Całą drogę do domu wspominałam nasze studenckie lata, kiedy mieszkałyśmy razem i dzieliłyśmy się ważnymi wydarzeniami z naszego życia. Pamiętam pożyczanie ubrań i dodatków, wspólne imprezy i udawanie lesbijek za każdym razem, gdy zbliżał się do którejś z nas napalony oblech. Egzaminy, sesje, związki i rozwiązki. Wszystko. I nawet ten niezręczny jak cholera moment, kiedy pewnego leniwego poranka chciałam się przeciągnąć i ziewnąć, a puściłam przy niej bąka. I jakie to było dla mnie straszne… No bo, w przypadku facetów sprawa byłaby prosta, ale przecież my damy, według oficjalnej wersji nie robimy takich rzeczy. Dwóch kumpli pewnie zaczęłoby się śmiać lub okładać pięściami. A kobiety? Jaki jest protokół w takiej sytuacji? Okazało się, że jest nim krępująca cisza, w której świadek pierdnięcia próbuje się nie roześmiać, by nie sprawić przykrości pierdnikowi, a sam pierdnik powstrzymuje się głównie dlatego, że nie zniósłby ponownej publicznej erupcji.

Oj, coś mi się wydaje, że Sebastian uzna mój stan za kryzys wieku ślubnego. O ile istnieje coś takiego. Wygoogluję.

Wygląda na to, że będę pierwszym przypadkiem zapadnięcia na tę dolegliwość w historii psychologii. Wiedziałam, coś mi mówiło, że jestem stworzona do rzeczy wielkich!

Dzień 5.

Tak, wiem, szlag trafił moją wytrwałość. Ale może jeden dzień przerwy nie sprawi, że pójdę prosto do psychoanalitycznego czyśćca.

Wczoraj szukałam sukienki na wesele. Poszukiwania partnera nawet się nie podjęłam, bo cuda jednak mają swoje granice.

I kiedy już zobaczyłam JĄ – najpiękniejszą, przepraszam, NAJPIĘKNIEJSZĄ SUKIENKĘ ŚWIATA, kiedy ją przymierzyłam i okazała się wręcz szyta na mnie, a niedługo później znalazłam idealnie pasujące buty, które W OGÓLE mnie nie obcierały, a lekkie były jak piórko, pomimo 10-centymetrowych szpilek… właśnie wtedy, gdy byłam bliska błogiemu szczęściu, zadzwonił telefon. Ela.

Serce stanęło mi w gardle. „Pewnie znowu się pokłócili i tym razem odwołują ślub. Ale ja chcę tę sukienkę i buty!” – pomyślałam w głębi.

– Halo?

Usłyszałam ciche szlochanie, po kilku sekundach chichot, po czym Ela uspokoiła nieo swój głos i krzyknęła mi prosto w ucho:

– JESTEM W CIĄŻY!

Nie, to naprawdę zbyt wiele.

Oprócz NIEMAŁEJ kwoty wydanej na sukienkę, buty i torebkę, doszły jeszcze zakupy w monopolowym.

Chyba muszę sobie znaleźć jakąś pracę.