Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Zmiany, zmiany, zmiany…

Dżizas, ależ ja długo nic nie pisałam… Stąd duże zaległości w wylewaniu doświadczeń na papier. Jestem jednocześnie zła, szczęśliwa, smutna, zmartwiona, usatysfakcjonowana i… jakby melancholijna. Czemu najpierw zła? Nie wiem sama. Mój obecny kumpel, a były psychoterapeuta (choć szczerze mówiąc nie tak całkiem były, bo nadal miewa zapędy do naprawiania świata, w tym mojego) uważa, że zwalanie złych nastrojów kobiety na to, że ma okres, to krzywdzące upraszczanie i sprowadzanie do schematów. „A przecież nie wolno upraszczać czegoś, co te sfochane pindy tak misternie splątały! Nie wolno tego naprawiać, niech se zobaczą, jaki bigos sobie co miesiąc gotują. I niech zadadzą sobie to zajebiście ważne pytanie: po co?” Hmm… w sumie to trochę niespójna wypowiedź, ale mniejsza…

„Zdrowie jest najważniejsze”, „lepiej dźwigać niż ścigać”, „ćwierkają jaskółki, że niedobre są spółki”, „kogo dupa nocą swędzi, temu rano śmierdzi palec”… Mądrości ludowych jest wiele. Statystyki wskazują wręcz, że jest ich około… w ch*j. Co prawda, poziom elokwencji wśród społeczeństwa zdaje się sukcesywnie zaniżać, ale starsze pokolenia: nasze matki, babcie, ciocie, panie sąsiadki i byłe wychowawczynie stały i nadal stoją na straży tychże mądrości. Zaraz zaraz… czyżbym właśnie poszła drogą seksizmu i zasugerowała, że mądrość niosą tylko kobiety? A gdzie tam!

Na czym ja to… A, tak. Mądrość ludowa. Zdrowy rozsądek. Twarde stąpanie po ziemi, przewidywanie, troska o najbliższych,[1] przygotowywanie jedzenia do pracy, robienie kawy do termosu na dłuższą podróż…[2] Ano właśnie, praca. Mojej mamie najwidoczniej znudziło się łożenie na mnie pieniędzy; opłacanie mi mieszkania, psychoanalityka, i innych atrakcji, i umówiła mnie na rozmowę o pracę. Nie żebym napisała jakieś CV, nie żebym ukończyła jakąkolwiek pożądaną przez pracodawców szkołę, nie to żebym szukała pracy. Nie wiem jak żyć z innymi ludźmi, nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, wiecznie czuję się jak idiotka kiedy mam powiedzieć coś grupie osób, i odkładam wykonanie telefonu, kiedy potrzebuję przełożyć wizytę u lekarza. O cholera… a może jednak miała rację zapisując mnie do specjalisty…

Tego dnia ubrałam się w najporządniejsze rzeczy, jakie znalazłam na samym dnie szafy, uczesałam się (powiedzmy), nawet namalowałam sobie twarz i ogoliłam nogi(!) Zdecydowanie nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak dokładnie zadbałam o swój imaż, a jednak nie wymagało to ode mnie użycia kosiarki ani miotacza ognia. Wyszłam. Wzięłam z sobą nawet to śmieszne CV, które zmajstrowała moja matka, wpisując tam Bóg wie co (bałam się choćby rzucić okiem, wolałam być błogo nieświadoma).

I kiedy tak szłam pod wybrany adres i obserwowałam ludzi biegnących to na autobus, to do pracy, to znowu w bliżej nieokreślonym kierunku, tknęła mnie myśl: jeśli dostanę tę pracę, to każde moje wyjście z mieszkania będzie miało konkretny cel, skończą się moje bezcelowe eskapady o świcie… Parsknęłam śmiechem. „Jakie eskapady o świcie?!” – zapytałam sama siebie. Jakaś kobiecina w nonszalancko rozpiętym płaszczu ukazującym elegancką garsonkę, spojrzała na mnie z niesmakiem i pognała w stronę Business Parku. Ech, no tak. Korpo… Mogłam to przewidzieć.

infografika_blog-rozmowa_o_prace-021

Przynajmniej ładniej wyglądałam niż ta kobitka na obrazku, o!Źródło: https://blog.isivi.pl/najczestsze-bledy/

Adres się zgadzał, więc pozostawało tylko odszukać siedzibę firmy Kantock Services. Firmy, która zajmowała się tym całym cholera-wie-czym, bo tak naprawdę mimo przestudiowania całej Wikipedii, wciąż ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa.

Weszłam do biurowca numer A31 i podeszłam nieśmiało do portiera, który wyglądał jakby nie przespał kilku nocy pod rząd.

– Dzień dobry – zaczepiłam grzecznie.

– Taag? – zapytał pan portier.

– Jestem umówiona na rozmowę. Firma Kantock Services.

Pan portier spojrzał w stojący przed nim monitor, kliknął parę razy i wklepał coś klawiaturą w komputer.

– Nazwissko? – zapytał przeciągle

– Weiss.

– …I dokument poproszę.

Sięgnęłam po mój dowód osobisty, o który już dawno nikt mnie nie prosił, nawet w sklepie z alkoholem.

Pan portier zerknął, sprawdził, poprawił pasa, który najwidoczniej uwierał go w sporych rozmiarów mięsień piwny, a następnie wcisnął jakiś guziczek, a bramy Sezamu rozstąpiły się przede mną.

„Wejście jak na lotnisko…”, przeszło mi przez myśl.

– Wylecieć stąd można zawsze – mruknął portier pod nosem, skinieniem zapraszając mnie do bramki.

Kiedy na niego spojrzałam, nie będąc pewna, czy się nie przesłyszałam, mrugnął do mnie i zapewnił zawadiacko:

– Nic-niiiic, proszę przechodzić…

Wjechałam na dwudzieste piętro i zastukałam w oszkloną szybę. Kolejne wejście na kartę magnetyczną. Brakuje tylko radiowęzłów, pasiaków, i miejsc odosobnienia. A, nie, przepraszam, jednak każdy miał swoją zagrodę, jak na prawdziwego korporolnika przystało. Widziałam zza szyby, jak każdy pracował w swojej celi odosobnienia. Już-już miałam uciekać, ale drzwi bzzzytnęły, a pani w recepcji spojrzała na mnie pytająco.

Nacisnęłam klamkę i weszłam. Ukłoniłam się, dzieńdobrnęłam i przedstawiłam cel mojej wizyty. Pani recepcjonistka przywitała mnie uśmiechem firmowym i zachęciła, bym sobie „spoczęła” obok innych kandydatów.

Inni kandydaci. Tego nie przewidziałam.

Ale no dobrze. Cofnęłam się o parę kroków i zasiadłam na czarnej skórzanej kanapie, która skądinąd przypominała mi o pewnym gatunku filmowym dla koneserów niemieckiego kina niemego. Przemknęło mi przez myśl, że przecież rodzona matka nie wysłałaby mnie na casting filmowy. Nie mam wystarczająco dobrej dykcji.

Czułam się jak przed jednym z egzaminów ustnych na studiach. Przed takim, przed którym musiałam wbić sobie do głowy nazwisko wykładowcy, nie żywiąc najwątlejszej nadziei, że spamiętam imię.

Współkandydaci przyglądali mi się jakoś tak dziwnie, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopóty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że założyłam moją najlepszą spódnicę (pseudo-skórzaną mini) i białą elegancką bluzkę (z dekoltem na pół cycków, bo wszystkie inne były niewyprane), a w rajstopach poszło mi oczko.

Tylko spokojnie, tylko spokojne. Po prostu jesteś ofiarą klasycznego koszmaru na jawie. Grunt, że nie okazało się, że siedzisz tutaj zupełnie naga. Oddychaj…

Hhhhh Hhhhh Hhhhh Hhhhhh

Nie, to nie pomogło.

W popłochu skierowałam się w stronę toalety, która na szczęście znajdowała się tuż obok. Wskoczyłam do kabiny, w której zdjęłam nieszczęsne rajstopy, podciągnęłam dekolt bluzki do góry ile tylko się dało, a spódnicę zsunęłam niemal na brzeg tyłka. Szerokim szalem owinęłam się jak kocem, żeby osłonić moją niedopuszczalną goliznę. Poprawiłam makijaż, żeby odciągał uwagę od nieudolnej reszty obrazu. Pomknęłam znów na kanapę i usiadłam, powtarzając sobie w myślach, że właściwie to nie mam nic do stracenia. Najwyżej ocenią mnie po wyglądzie i zauważą, że jednak maszynka, którą goliłam nogi była już trochę tępa.

Ale skoro Frida Kahlo została docenianą artystką mimo wąsa i pojedynczej brwi, to czymże wobec bezmiaru jej zarostu są moje niedogolone nogi? Tak, ta myśl pomogła.

Każdy z kandydatów patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na oko wszyscy w moim wieku. Czyli papieroski kupować już mogą, ale jeszcze nie mają ulubionego kremu przeciwzmarszczkowego. Wszyscy ubrani galowo, granatowo- lub czarno-biało, z teczkami lub eleganckimi torebkami wciśniętymi w spocone dłonie. Wszyscy przejęci, jakby od tej rozmowy miała zależeć reszta ich życia. Właściwie, może tak nawet było… ale tylko na pierwszy rzut oka.

Otworzyły się drzwi, zza których wychynęła zgrabna blondynka w idealnie skrojonym kostiumie. Z jej pokrytej nienagannym makijażem twarzy dobyły się cztery słowa:

– Zapraszam panią Arletę Weiss.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do maleńkiej sali konferencyjnej. W środku czekała na mnie jeszcze jedna niewiasta: pani Wirginia Małek, cośtamcośtam manager; natomiast pani odźwierna okazała się być Anizją (!) Knop, dżunior rekruterką.

– Dzień dobry, pani Arleto. Dziękujemy, że zechciała pani przyjść na rozmowę w sprawie pracy w naszej firmie. Proszę usiąść, proszę się rozgościć. Może szklankę wody?

Pani Wirginia była nader uprzejma. Poprosiłam więc o wodę i zasiadłam, czując jak krew zaczyna żwawo krążyć w mojej głowie, wytwarzając rozpraszający mnie szum. Przez myśl przemknęło mi, czy i one mogły słyszeć szaleńczy bieg moich krwinek po biednym, długo nieużywanym mózgu.

– Pani Arleto. Proszę się przedstawić, opowiedzieć coś o swoich zainteresowaniach, może też o swoim doświadczeniu zawodowym?

No to klops. Jak tu opowiadać o czymś, co nie istnieje? Przełknęłam ślinę i zaczęłam mówić. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem powoli docierało do mnie, że przecież i tak nie miałam nic do stracenia.

– Mam na imię Arleta. To imię zawdzięczam mojej matce, która za kwestię honoru obrała sobie cel, bym była kimś wyjątkowym i nieszablonowym. Oraz, żeby zawołanie mnie po imieniu, gdy przychodziła odebrać mnie z przedszkola, wystarczyło by wziąć za rączkę właściwe dziecko. Za namową tej samej kobiety stawiłam się w tym miejscu. Nie wiem, kogo poprosiła ani jaką otrzymałam rekomendację, ale jeśli mnie zatrudnicie, w rzeczy samej będziecie mieli do czynienia z osobą nieszablonową. Niedoświadczoną w korporacyjnym fachu, ale gotową żeby w nim zaistnieć. Jeśli natomiast nie będą państwo zainteresowani współpracą ze mną, to wrócę do mieszkania, przebiorę się w dres i usiądę przed telewizorem żeby kolejny raz oglądać Przyjaciół.

Miny rekrutujących mnie pań wyrażały niewysłowione emocje. Od zaskoczenia, przez rozbawienie, zniesmaczenie, oburzenie, jak i zrozumienie. Możliwe, że przesadziłam, ale przecież do odważnych świat należy.

– Bardzo odważne sformułowanie. Podoba mi się. – skomentowała Anizja – a jakie jest pani doświadczenie zawodowe?

Cholera… Zamilkłam.

Wirginia spiesznie wyjęła CV i położyła je przed Anizją. Ta spojrzała niechętnie na kartkę i, sądząc po jej minie, zdziwiła się przeogromnie.

– Więc… Wróci pani do mieszkania, jeśli pani nie zatrudnimy? – zapytała

– No tak…

– I będzie pani oglądała Przyjaciół?

– Tak.

– Z Jennifer Aniston.

Pomyślałam, że to chyba najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna świata.

– Tak.

– Tą samą, której menedżerką rozwoju osobistego była pani przez ostatnie trzy lata?

Yyyy… co? Co ta moja matka… Wpisała coś, w co przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy. Nie ma takich idiotów na ziemi. Ale jak reżyser każe, aktor musi grać.

– Dokładnie tę samą.

– Wie pani… to może przejdźmy na język angielski.

Zdecydowanie nie wyglądała na taką, która łyknęłaby równie absurdalne kłamstwo.

A jednak, po przegadaniu około dwudziestu minut w języku angielskim, omówieniu pogody, filmów, seriali, zainteresowań, a także moich niby-studiów, zarówno menedżerka, jak i rekruterka zdawały się mnie polubić. Nie obiecywałam sobie jednak zbyt wiele. W sumie i tak nie chciałam tej pracy…

W tym momencie do sali konferencyjnej wbiegł jakiś facet w krawacie, spanikowany i krzyczący wniebogłosy:

– Nie, to się nie uda! Nie dam rady! Przez ten audyt wszyscy stąd wylecimy!

Dopiero wtedy nas zauważył, i w tej samej chwili szepnął drżącym głosem:

– Przepraszam, nie wiedziałem…

Wirginia i Anizja siedziały jak wryte.

– Niech się pan nie martwi. – uśmiechnęłam się – Jeżeli w wyniku audytu nie zostanie udowodnione oszustwo bądź przestępstwo, to nikt nie ma prawa wylecieć. A jeśli są błędy w procedurach lub zarządzaniu, to po prostu przez jakiś czas będzie więcej roboty. Tylko spokój. Najgorsze, co może pan zrobić, to pokazać się audytorowi w tym stanie.

Moja mama wiele razy powtarzała to swoim współpracownikom przez telefon. A jednak, czegoś się od niej nauczyłam…

Pewna, że i tak rozmowa o pracę nie dawała mi szansy na zatrudnienie, wstałam, pożegnałam się z wszystkimi uściśnięciem dłoni, a następnie wyszłam z sali i poprosiłam recepcjonistkę o otworzenie mi drzwi.

A następnego dnia dowiedziałam się, że firma Kantock Services proponuje mi pracę na stanowisku pod przepiękną polską nazwą In-site Coaching Specialist. Przyjęłam. Co tu dużo mówić, zaapruwowałam ten czelendż.

[1] wersja dla singli, socjopatów, i karierowiczów: rozwój osobisty

[2] przyznajcie się, też myśleliście, że pisze się „do termosa”! Ja owszem…

Reklamy

Pamiętnika Dziwoląga część dwunasta

Dzień 18.

Wieczorem:

No i po wszystkim. To było… To takie… Po prostu…

Nienawidzę Poważnych i Szczerych Rozmów, pełnych Wielkich Słów i bogato okraszonych moimi łzami i smarkami. To nie tak powinno być, wolę patrzeć jak inni płaczą. I pocieszać ich lub nie, w zależności od mojego stopnia przywiązania do tej osoby. Tak, wiem. Zimna suka ze mnie. Chociaż nie, zimna suka nie rozbeczałaby się podczas rozmowy ze swoim było/niebyłym psychoterapeutą. Je&any mentalista…

Ale od początku.

S.wrócił zaskakująco szybko, tachając w obu rękach siaty z zakupami. Zielone logo Almy biło po oczach niczym kopytkujący przed siebie jednorożec, który zrobił sobie przerwę w sielskiej dolinie, aby wyrzucić z siebie zalegające pokłady słodkości w postaci fluorescencyjnie tęczowych rzygów, ale słowem się nie odezwałam.

–Słyszałem to! – mruknął pod nosem S. jakimś takim specyficznym, ironiczno-rozbawionym tonem.

–Co słyszałeś? – zapytałam, autentycznie zaskoczona tym dziwnym stwierdzeniem.

–Słyszałem to, co sobie pomyślałaś. – odparł, zmierzając w stronę kuchennego blatu.

–Wróżka czy co? – siliłam się na ironię, wciąż próbując ukryć moje zaskoczenie.

–Wystarczy na ciebie spojrzeć. Można z ciebie czytać jak z otwartej księgi.

Zawsze uważałam się za kogoś tajemniczego, trudnego do oswojenia i zrozumienia. Wystarczyło trzymać się na uboczu i mieć problem z zawieraniem nowych znajomości. Czyli być mną. Ałć, tak się na samej sobie zawieść…

Szybko jednak zapomniałam, co miałam powiedzieć, bo zobaczyłam żarełko przyniesione przez Sebę.

Nie wiem, skąd wiedział, że od dawna miałam ochotę na sałatkę z świeżą sałatą, oliwkami, pomidorami i fetą. Ale znając życie, moja superdyskretna współlokatorka napomknęła mu o tym, a i nie omieszkała wspomnieć o tym, jak parę miesięcy temu przez sen wołałam mojego byłego, wrzeszcząc, żeby natychmiast  zszedł z tego okna, bo teraz ja skaczę.

Nawiasem, nie wiem, co konkretnie mi się śniło, ale jak widać nawet we śnie cenię sobie mężczyzn, którzy przepuszczają kobiety przodem, otwierając im drzwi. Albo okno. W zależności od potrzeby.

No dobra, żarcie to żarcie. Dla dobrego jedzenia jestem gotowa wyzbyć się dumy.

–Pomóc ci? – zapytałam, obserwując jak S. wyjmuje powoli składniki na sałatkę.

–Dwie deski, dwa noże, dwie łyżki, salaterka… i może jeszcze druga para rąk. Będę wdzięczny. – odpowiedział zdecydowanie, myjąc sałatę.

–Tak jest, psze pana.

Powyjmowałam wszystko, czego jaśnie pan terapeuta sobie zażyczył, po czym zgodnie podzieliliśmy między siebie pracę: najpierw S. płukał wszystkie składniki, a ja je kroiłam, wysłuchując przy tym komentarzy takich jak: „nie tak grubo!”, „nie tak cienko!”, „do jasnej cholery, kiedy ty ostatnio coś robiłaś w kuchni”, a także „oddaj ten nóż zanim sobie zrobisz krzywdę”. Następnie posłusznie oddałam nóż i zamieniliśmy się stanowiskami.

–Umyłaś już wszystko? – zapytał po chwili.

–Yhym. – odpowiedziałam pełnym zdaniem.

–Toooo… może postaw wodę na herbatę? Tylko się nie poparz, Magdo Gessler.

–Wery fany. Soł macz fan. – wymamrotałam, posłusznie stawiając czajnik na gazie.

Usiadłam przy stole. Wyglądało na to, że mogłam pomóc tylko w jeden sposób: nie przeszkadzając.

–Toooo… co u ciebie słychać? – zagaiłam, opierając podbródek o pa… dziennik, który trzymałam pionowo na stole.

S.westchnął głęboko.

Naprawdę, on chyba za często miewa okres. Może i ja się na tym nie znam, ale z czymś takim chodzi się do lekarza.

–Pamiętasz, jak dziękowałem ci za pomoc po rozstaniu z Martą?

–Ehe. – przytaknęłam.

–I pamiętasz, jak ci wtedy powiedziałem, że naprawdę mi pomogłaś, i serio w to wierzyłem?

–Ehe.

–Wtedy też obiecałem sobie, że całkowicie spalę za sobą mosty, które mnie z nią łączyły.

–Zapewne. I co?

–Udało mi się.

–To świetnie!

–Przez całe trzy dni.

No zatkało mnie. Choć wcale nie zdziwiło. Hehe, no co za ironia losuuu…

–Aha. Ale wiesz, że reguła trzech dni ma zastosowanie na początku znajomości, a nie kiedy jakaś zdzira albo sku&wol cię rzuca po latach życia w kłamstwie? – zapytałam najspokojniej, jak tylko umiałam.

Seba odwrócił się w moją stronę. Nigdy przenigdy nie widziałam u niego takiego zaciętego spojrzenia.

–No tak, oczywiście najlepiej jest po rozstaniu po prostu przestać żyć. Wycofać się ze świata i nigdy więcej nikomu nie zaufać, prawda?

No skubaniec.

Poczułam, jakby ktoś wbił sopel lodu prosto w moje serce. Szok termiczny mięśnia moich uczuć sprawił, że wszystko do mnie wróciło. Cała moja przeszłość. Wszystkie noce, gdy siedziałam na oknie, popalałam papierosy, które kompletnie mi nie smakowały, wystawiałam moje nogi i obserwowałam je na tle widoku rozlegającego się z mieszkania na siódmym piętrze. Jak turnauowski linoskoczek. Wszystkie dni, kiedy modliłam się o to, by tylko przestać czuć, bo bałam się, że umrę ze smutku. Każda łza, każdy wewnętrzny krzyk bólu, znienawidzone poranki, gdy zastanawiałam się, po co w ogóle wstawać z łóżka; wszystko.

–Ty… ty… – z przejęcia nie potrafiłam znaleźć żadnego odpowiedniego epitetu.

–Jak już mówiłem, można z ciebie czytać jak z otwartej księgi. Arleto… spójrz na mnie.

Nie umiałam.

Spod przymkniętych powiek zobaczyłam, jak Seba odkłada sałatkowy stuff i siada przy stole naprzeciwko mnie. Znów z tą swoją zatroskaną miną. I niech mi ktoś powie, że kobieta zmienną jest to tylko puste hasło.

–Dobrze, nie patrz. Rozumiem to. Ale posłuchaj mnie, proszę. Chcę ci powiedzieć coś ważnego.

–Słucham. – wymamrotałam, usiłując się nie rozkleić jak pierogi z truskawkami, których nigdy nie umiałam porządnie zlepić. Ani zjeść, bo są naprawdę ohydne.

–Powiedziałem ci kiedyś, że nie mam pojęcia, dlaczego twoja matka poleciła ci terapię ze mną.

–No jasne, przecież ja jestem całkowicie normalna.

S. zaśmiał się smutno, ale ogarnął się, kiedy zobaczył moją minę.

Odchrząknął i wrócił do swojego wywodu.

–Uważam, że powinnaś zrobić coś ze swoim życiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe i nie jest to plan na najbliższy tydzień, a raczej miesiące,… a może nawet lata. Ale dopóki nie zrobisz pierwszego kroku, nic się nie…

–Nic mi nie jest. – przerwałam wywód wielce-specjalisty, który sam nie potrafi poradzić sobie z rozstaniem z jakąś pindą z inteligencją emocjonalną na poziomie ziemniaka.

–I naprawdę uważasz, że wszystko jest w porządku?

Czo ten Sebeł.

–No jasne. Szczęśliwa nie jestem, ale poza tym wszystko w jak największym porządeczku. Lajf iż brutal. Taka już jestem, i to się nie zmieni.

–I nie chcesz zmienić? – drążył dalej.

Zawahałam się przez sekundę. Seba wykorzystał okazję, wyciągając spod moich dłoni czerwony zeszyt, o którego obecności zdążyłam zapomnieć. Nie protestowałam.

–Patrząc na ostatnie napisane zdanie wnioskuję, że wciąż piszesz pamiętnik, chociaż formalnie nasze sesje terapeutyczne już nie mają miejsca.

–Potęga przyzwyczajenia.

–O, nie, kochana. Przyzwyczajenie to jest wtedy, kiedy sprawdzamy po kilka razy, czy na pewno zamknęliśmy drzwi na klucz, albo zaglądanie do telefonu, kiedy przebywamy w towarzystwie kogoś, z kim nie mamy o czym rozmawiać. A ty po prostu robisz coś, co pozwala ci choć przez chwilę poczuć się lepiej.

Wyrwałam mu zeszyt z ręki i wrzuciłam do kosza na śmieci.

–Wcale nie muszę. – syknęłam przez zaciśnięte usta.

Sebę aż cofnęło z wrażenia. Fakt, to było zaskakujące nawet dla mnie.

–Po pierwsze: skoro zapisywanie swoich myśli ci pomaga, to po co z tym kończyć? A po drugie… BRAWO DLA TEJ PANI! WŁAŚNIE UDOWODNIŁA, ŻE MA JAKIEŚ UCZUCIA!

Podbiegł do siaty z Almy, z której, jak się okazało, jednak jeszcze nie wyjął wszystkiego. I wyjął z niej butelkę…

–To szampan?! – wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia – Często wychodzisz do sklepu po szampana z okazji niezręcznej rozmowy ze swoim byłym pacjentem?

S. zaśmiał się perliście, jak typowa cheerleaderka z amerykańskiego serialu.

–Zawsze. – odparł stanowczo, otwierając butelkę.

Korek uderzył o sufit, i niemal natychmiast usłyszałam pukanie do drzwi.

–To pewnie znowu ten świrus. – wymamrotałam, wchodząc do przedpokoju, by otworzyć – Ja otworzę, a ty wyjmij, proszę mój pamiętnik z kosza na śmieci. – dodałam stanowczo, ale chyba nie udało mi się ukryć tego dziwnego uczucia, jakie wywołała we mnie tamta dziwna rozmowa.

„Jednak jeszcze nie wszystko stracone, ciągle jeszcze mogę przestać być nołlajfem” – upajałam się tą myślą.

Przysunęłam twarz do wizjera, żeby zobaczyć, kogo to nogi niosą w tak niewłaściwej porze, ale zobaczyłam tylko podeszwy butów, które zadziwiająco przypominały te należące do mojego sąsiada Kacpra.

„Oho, to będzie ciekawe”, pomyślałam.

Otworzyłam drzwi i spojrzałam na wycieraczkę. Liścik. Aha, czyli klasyk.

Kochałem cię

A ty mnie

Nie

Błędem twoim było

Rozpalanie płomieni we mnie

Skoro

Tak naprawdę

Nigdy

Nie zamierzałaś

Odwzajemnić

Moich uczuć.

Amo te, ama me

Mężczyzna, z którym powinnaś spędzić resztę życia

Hmmm… Cholera, no od kogóż to mogłoby być? Zabijta mnie, ale nie zgadnę. Za to chyba wiem, który fragment z Shakespeare’a należałoby tu zacytować:

Romeo, czemuż ty jesteś Romeo

Toć po nocach audica, nie fiat mi się śni.

Wróciłam do kuchni, gdzie czekał na mnie talerzyk z przeapetycznie wyglądającą sałatką (może to rzeczywiście lepiej, że zostałam oddelegowana do robienia herbaty) i kieliszek szampana.

–Zgasiłem czajnik, jak tylko zauważyłem, że cała woda wyparowała, bo zapomniałaś założyć gwizdek. – zaśmiał się S. – A kto przyszedł?

–Nic ważnego – odparłam – kolejna laurka.

–Ale nic groźnego? – zapytał, przyglądając mi się uważnie.

Ach ten zatroskany Sebaterapian. Gdyby nie to, że tak mnie irytuje, no może nawet mogłabym się w nim zakocha… WRÓĆ! Nic z tych rzeczy.

–Nieee, chyba że bierzemy pod uwagę zacięcie się kartką papieru. – odpowiedziałam, wskazując na liścik.

Zmierzył mnie tym swoim zatroskano-badawczym wzrokiem raz jeszcze, po czym podał mi kieliszek z szampanem i zaproponował toast:

–Za Arletę i jej przebudzenie. Aby wreszcie dotarło do niej, że rzeczywistość może być piękniejsza niż sen.

Wow. To było niezręczne.

–A to co, cytat z Pamiętnika? – zapytałam szyderczo.

–No kto jak kto, ale ty chyba powinnaś być fanką tej formy literackiej.

Przytknęłam usta do kieliszka i pociągnęłam zdrowy łyk tego bąbelkowego napoju, którym ludzie z kompletnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn tak się zachwycają. Mimo to, muszę przyznać, że to był najlepszy kieliszek szampana – pardon  – wina musującego, jakie w życiu piłam.

Dziennik Społecznego Dziwoląga (10) – brazylijska telenowela

Dzień 17

Piąteczek piątunio.

Wieczór, ofc.

A ja sama, ofc.

Ale oczywiście, że mi to nie przeszkadza. To, że w tym samym czasie moja współlokatorka znów zniknęła na 2 tygodnie ze swoim najnowszym modelem (tak jest, prawdziwym modelem, jakby wyciętym z reklamy Calvina Kleina, tyle że zupełnie niepodobnym do Biebera), albo to, że moja przyjaciółka Ela żyje sobie w szczęśliwym narzeczeństwie, i już planuje ślub, a także zastanawia się nad imieniem dla dziecka – te rzeczy wcale mnie nie przygnębiają. „Dlaczego?”, mógłby ktoś zapytać. Otóż, ja jestem dość niespotykanym egzemplarzem osoby, która potrafi szczerze cieszyć się szczęściem swoich przyjaciół. Wcale nie wyczekuję ich słabszych momentów, żebym mogła im pomóc i dzięki temu sama poczuła się lepiej.

Poza tym, jestem kobietą silną, samowystarczalną i spełnioną. Dzisiaj byłam na zakupach i nawet dostałam resztę.

I mam nowe szpilki. I sukienkę na ślub Eli. I nową suszarkę do włosów. Bo tamta stara jest… stara. A ta nowa jest ładna, firmowa, i ma kilka stopni regulacji, i była przeceniona ze 120zł na 60.

Właśnie, jestem kobietą sukcesu! Zarobiłam całe 60zł, i to tylko na jednej suszarce do włosów.

Kogo ja oszukuję.

Hmmm… Zdaje się, że powinnam zrobić coś ze swoim życiem, cokolwiek miałoby to oznaczać. Znaleźć pracę? Pojutrze mam rozmowę w jakiejś-tam firmoszce, o której właściwie nie wiem nic. No ale mama. To jedno słowo wyjaśnia wszystko. Poleciła mnie, trzeba iść.

Swoją drogą, ta sama osoba, która załatwiła mi leczenie u psychologa, uznała nagle, że nadszedł dla mnie czas, bym poszła do pracy. Wieje mi tutaj nie tyle sandałem, co raczej kapką niekonsekwencji i… no, może ciuteńką hipokryzji. Ale tylko ciuteńką, bo przecież kocham moją rodzicielkę karmicielkę i nie mogłabym posądzić jej o takie przymioty.

Ok, czyli szukanie pracy z głowy. Choć mam niejasne wrażenie, że robienie dokładnie tego, co każe mama w moim wieku jest już poważnym obciachem. Problem w tym, że już nie umiem się tym przejmować…

I właśnie w takim nastroju sunęłam sobie z gracją pingwina, owinięta w kołdrę, trzymając w dłoni pusty kieliszek, który właśnie miałam napełnić moim idealnie schłodzonym babskim winem. Przystanęłam jeszcze na chwilę przed lustrem, by zobaczyć moją singielską spełnioną twarz. Resztki niedomytego tuszu do rzęs utworzyły fantazyjne ciapki wokół moich oczu, a włosy związane w kitkę na samym czubku głowy, o dziwo, dodawały mi nieco uroku. Ach, skromna piękna ja.

I już-już przestąpiłam próg kuchni, złapałam za drzwi lodówki z zamiarem sięgnięcia po wino, kiedy nagle z głośnym hukiem otworzyły się drzwi wejściowe. Usłyszałam odgłosy szamotania się z płaszczem i nierównego oddechu. No tak, pewnie to Ilona, moja dawno niewidziana współlokatorka marnotrawna.

Nalałam sobie wina i podreptałam z uśmiechem do przedpokoju, żeby się przywitać.

Zamarłam.

Na szafce przy drzwiach siedziała kompletnie rozmazana i okropnie potargana Panda, która z wyglądu jedynie przypominała Ilonę. Jej fryzura wyglądała tak, jakby ktoś związał jej naprędce włosy, po czym wsadził głowę do pralki i włączył wirowanie. Z jej eleganckiego granatowego płaszcza, którego zawsze jej zazdrościłam, wystawały jakieś habazie. A cudne czarne pończochy z koronkowym wykończeniem, których nigdy nie zgodziła się mi pożyczyć, były w strzępach. I… cóż, z prawej stopy zwisał jej czarny bucik, a spod lewej kapało jedynie błoto zmieszane z kropelkami krwi.

– Yyy… Cześć, Kopciuszku. – wydusiłam wreszcie, machając ręką w geście powitania.

Ilona schowała twarz w dłoniach i wydusiła:

– Proszę, zamknij dobrze drzwi. I sprawdź, czy wokół naszego bloku nie kręci się ktoś podejrzany.

Podejrzany? Nie ma tu takich, zdarzają się najwyżej zakapturzone postacie z piłą ręczną na podorędziu.

Natychmiast zrzuciłam z siebie kołdrę, odłożyłam kieliszek i szybko zamknęłam drzwi na wszystkie zamki i spusty, a następnie wybiegłam na balkon, żeby się rozejrzeć. Cisza. Jedynie pan Mietek pilnował całodobowego, opierając się o murek i trzymając butelkę sikacza w dłoni. Niczym Atlas dzierżący Ziemię, pan Mietek skutecznie chronił sklep przed zsunięciem się w nicość.

Wróciłam spiesznie do Ilony. Pomogłam jej wstać, zabrałam od niej płaszcz. Kiedy zdjęła tego swojego, pożal się Boże, osamotnionego buta, zaprowadziłam ją pod rękę do pokoju, bo trzęsła się dziewczyna jak osika na wietrze.

– Chcesz się czegoś napić? – zapytałam rzeczowo.

Nie podnosząc wzroku, Ilona odpowiedziała:

– Herbatę z rumem.

Co za burżuazja.

– Ok, już idę.

Ledwie zdążyłam postawić czajnik na kuchence, kiedy usłyszałam za sobą jej nikły głosik:

– No tak, przecież my tu nie mamy rumu… – przypomniała sobie wreszcie – Rum był u niego. – dodała z pogardą.

– Taaak… No właśnie, mam taką propozycję. – powiedziałam spokojnie.

– Mhm?

– Może wyjaśnisz mi, skąd u ciebie ten zaskakujący outfit? Czyżby on… ten… przestał cię już odwozić do domu i odprowadzać pod same drzwi, łasząc się wytrwale, żebyś go wpuściła?

Ilona znów się zachwiała, więc przysunęłam jej krzesło, by usiadła przy stole; ja sama usiadłam na blacie kuchennym, wbijając wzrok w mokre smutne oczy tej biednej Pandy.

– Tylko… pytanie, o którego ci chodzi. – zaczęła niepewnie.

Hmmm, tego nie przewidziałam, choć powinnam była.

– Bartosz… Tak chyba miał na imię ten, którego widziałam z tobą dwa tygodnie temu. Mieliście razem wyjechać na jakieś wakacje.

– Ahaaa… Rzeczywiście, wyjechaliśmy, ale to nie wypaliło. – odpowiedziała beznamiętnie Ilona – Powiedział, że to było fajne tylko na chwilę, a ja się z nim zgodziłam. Na tych samych wakacjach poznałam Eryka, a potem jego kumpla Piotra. No i z Piotrem spotykałam się już… no… parę dni.

– Ile? Dwa? Trzy? Tydzień? – nie dawałam za wygraną.

Zamyśliła się, prawdopodobnie próbując ustalić fakty.

– Pięć dni.

Zawahała się, bo pewnie zauważyła mój wyraz twarzy.

– Ale… zdążyliśmy w tym czasie naprawdę dobrze się poznać. – dodała, próbując się usprawiedliwić.

– W to nie wątpię. Ale mów, co się wydarzyło. I spokojnie, nie będę cię pouczać. Na razie.

Ilona wyraźnie się zawstydziła. Opowiadając całą historię robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną wzrokiem.

Z chaotycznych strzępów informacji, które podała, wynika, co następuje:

  • Ilona została odrzucona przez kolejnego faceta, na którym jej zależało, choć stara się tego po sobie nie pokazywać.
  • Eryk i Piotr to prawdopodobnie zmyślone imiona, bo prawdziwych nie zdołała zapamiętać. Wynika to nie tyle z mojego kunsztu zdolności dedukcyjnych, ile z dziwnego faktu, że ciągle mieszała z sobą te dwa imiona.
  • Piotr (Pan Trzeci) porzucił ją na imprezie dokładnie wtedy, kiedy dziewczyna zorientowała się, że zginął jej portfel i telefon. Skubany odstawił niezłego Copperfielda.
  •  Po bezskutecznej próbie odnalezienia Piotra Jakmutam vel. Davida Copperfielda, złapała na postoju taksówkę. Zaznaczyła przy tym, że nie ma pieniędzy, i że zapłaci pieniędzmi, które zostawiła w mieszkaniu.
  • Niestety, w strategicznym momencie, około dwóch kilometrów od naszego bloku – za to dokładnie w samym środku opustoszałej dzielnicy – pan taksówkarz zwolnił, a po chwili zatrzymał samochód i znacząco się uśmiechnął, kładąc dłoń na kolanie Ilony. Całe szczęście, zdążyła otworzyć drzwi zanim wcisnął blokadę, i uciekła. Godzinami kluczyła uliczkami i zaułkami w obawie przed taksiarzem.
  • Nie wiadomo, gdzie i w którym momencie zgubiła buta, choć mnie nieco bardziej martwi absencja sprawnego mózgu w czaszce mojej współlokatorki.

W międzyczasie wypiłyśmy po kubku herbaty (no dobra, ja pozostałam wierna mojemu winnemu nektarowi), wysłuchałyśmy kilku tkliwych ballad, a wreszcie wysłałam Ilonę do kąpieli.

Kiedy wreszcie wyszła z łazienki, odświeżona i nieco bardziej żywa, uderzył mnie widok jej wychudzonej figury, zapadniętych policzków i zmartwiałych oczu. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo schudła w ostatnim czasie.

Usiadła na brzegu mojego łóżka i, wbijając wzrok w dywan, zapytała:

– Uważasz mnie za puszczalską, prawda?

Westchnęłam głęboko, włączając Who Says Johna Mayera na jutubach. Zdecydowanie potrzebna była jakaś ciepło brzmiąca piosenka.

– Słońce… – zaczęłam, przytulając ją niezdarnie, jak to ja – ja po prostu uważam, że masz dość specyficzny typ idealnego faceta, wiesz?

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– No tak, kochana. Interesuje cię facet, który byłby tobą zainteresowany. A to zdecydowanie za mało… wymagające kryterium.

Na kamiennej twarzy Ilony pojawiły się oznaki nadchodzącego szlochu i Niagary ze smarków. Z taką ekspresją to ona partii pokera raczej nigdy nie wygra.

– Bo… to tak trudno zapomnieć… – zaszlochała.

– Co zapomnieć?

– Miłość, która kiedyś nadawała sens wszystkiemu, co robiłam.

Yghhh… Znowu brazilejro, już nawet nie muszę oglądać Zbuntowanego Anioła, choć niedawno zaczęłam.

– Kochana, chyba każdy z nas ma lub miał taką historię, która złamała mu centralną krwiopompkę.

Pokiwała głową.

– No właśnie. – kontynuowałam swój wywód. – I pewnie każdy z nas ma taką osobę, o której myśli w pierwszych sekundach Nowego Roku,… przy wigilijnym stole,… kiedy zobaczy w parku szczęśliwą parę starszych ludzi, patrzących na siebie oczami dwudziestolatków,… będąc świadkiem przysiąg małżeńskich składanych przez nowożeńców,… czy zwyczajnie w chwilach samotności, albo bezskutecznie próbując zasnąć. Masz kogoś takiego?

Spojrzałam jej w oczy i zobaczyłam morze łez.

– Tak, mam… – wydusiła.

– A czy… to coś ma prawo bytu w twoim życiu?

– Nie… – wymamrotała zdecydowanie.

– W takim razie musisz zaczekać, aż to się odmieni. Bo dopóki będziesz pozwalała, by to uczucie zabijało cię od środka, podczas, gdy ty będziesz szukała krótkotrwałego pocieszenia w przypadkowych miejscach, to nie dożyjesz własnego ślubu. Kretynko.

W tym momencie nastąpiło jakieś je%ane apogeum. Ilona rzuciła mi się na szyję, wycierając całe swoje łzy i smarki w moje przepocone piżamy, i mrucząc coś na kształt:

– Dziękuję… Dziękuję ci…

Godzinę później, czyli mniej więcej o czwartej nad ranem, kiedy leżałyśmy już w łóżkach, wspominałam w ciszy różne niechlubne popisy głupoty z mojej przeszłości. To, co dawniej gorzkie i patetyczne, nagle stało się śmieszne jak disneyowskie Nowe Szaty Króla. Uśmiechałam się do siebie, wspominając złamane serca, siarczyste policzki, których nigdy nie żałowałam, a nawet intrygi rodem z Trudnych Spraw. Życie, w gruncie rzeczy, wcale nie jest takie poważne.

I wtedy usłyszałam pytanie Ilony, która jednak przez cały ten czas nie spała:

– Arleta… A o kim ty myślisz, kiedy nie możesz zasnąć?

I co w takich chwilach należy zrobić, Panie i Panowie? Taktyk jest wiele, ale ja wybrałam tę najlepszą.

Udałam, że śpię. Nie ma się co chwalić bezsennością.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (9)

Dzień 15.

Kac, kac, kac, kac, kac… Tak bardzo kac.

Chcecie dobrej rady? Jeśli będziecie mieli chęć zaburzyć czasoprzestrzeń, by powrócić do nocy poprzedniej – dobrze się zastanówcie, czy nie wiąże się to z ponownym przeżyciem tego samego kaca, i to w dodatku ze zdwojonym pier&*lnięciem.

Podniosłam się na łokciach, znów leżąc na podłodze, i oparłam się delikatnie o ścianę, przy której spałam. Obok leżał Seba, albo raczej jego zwłoki, bo duch zdawał się meandrować z dala od korpusu.

Przyglądałam mu się tak przez chwilę, stwierdzając kilka faktów:

  1. Marta, była narzeczona Sebastiana, musiała być kompletną idiotką, że wolała jakiegoś starucha od przystojnego (na swój sposób oczywiście) mężczyzny w sile wieku, który ma trzydzieści lat, a jeszcze nie zaczął łysieć.
  2. Nadal jeszcze nie zdążyłam wytrzeźwieć.
  3. Kilkudniowy zarost Seby plus ręczna piła, którą tu przytachał, zrobiły z niego… noo… takiego trochę drwala!
  4. Mieszanie białego i czerwonego wina niekoniecznie jest godne polecenia.
  5. Nigdy więcej.

Podniosłam się na nogi, opierając się plecami o ścianę. Dobrze się składa, dawno nikt nie omiatał ścian w tym mieszkaniu. Wyciągnęłam ręce równolegle do ziemi, niczym akrobata stąpający po linie, by złapać równowagę. Postawiłam pierwszy niepewny krok, potem następny, po czym niemal pocałowałam Matkę Ziemię, (lub raczej Matkę Podłogę).

„Ech, ta Gaja, dzisiaj znowu jej się na żarciki zebrało”, wymamrotałam, chwiejnym krokiem podążając do łazienki.

Uff… szybki szałerek, a potem będę jak nowonarodzona.

Nie patrzeć w lustro, nie patrzeć w lustro, nie. patrzeć. w. lustro. Niepatrzećwlustroniepatrzećwlustro. Ku&wa. Spojrzałam.

Naprzeciw mnie stała jakaś zwichrowana czupryna o przetłuszczonych włosach, z rozmazanym makijażem na twarzy, a przez jej ramię przerzucona była zmiętolona koszulka. Brr. Nie lubię patrzeć na siebie nagą, i to jeszcze w świetle tej jarzącej żarówy. To jakieś takie… brutalne. Brutalnie szczere.

Mniejsza tam. Gumki do włosów znowu nie było nigdzie pod ręką.

Ale jak to moja babcia mawiała, nie pękaj jak guma w gaciach. Dlatego też włosy związałam stanikiem, et voila! – Arleta umyta, prawie jak żywa.

Kiedy wróciłam do kuchni, Seba zdążył podnieść się z parteru i siedział tak sobie, jak gdyby nigdy nic z filiżanką kawy i croissantem. Skąd go wytrzasnął, pojęcia nie mam.

– Doberek! – wykrzyknęłam, po czym od razu się skrzywiłam na dźwięk własnego głosu

– A dzień dobry. – uśmiechnął się S. – tam na szafce przygotowałem też małe śniadanko dla ciebie. Takie skromne podziękowanie za to, że mnie przygarnęłaś.

Co za przemiły człowiek. Chyba już wiem, o kim będę myślała nocą, kiedy człowieka dopada największa samotność i zwątpienie w swoją niezależność. A może nie.

Złapałam kubeczek kawy i talerzyk z rogalikiem, po czym usiadłam naprzeciw niego.

– Czyli co… Nie jesteś już moim terapeutą?

– Ano nie. Zresztą, już od dawna nim nie byłem.

– Jak to?

Głębokie westchnięcie.

– Nie jest dobrze, gdy terapeuta zwierza się własnemu pacjentowi. Tak się nie robi.

– No dobrze… Czyli teraz po prostu jesteśmy kumplami?

– Dokładnie tak.

– Jasna dupa, to brzmi jakbyś ze mną zrywał – zażartowałam.

Nagle coś zaszeleściło pod moimi drzwiami, zadzwonił dzwonek, a następnie dały się słyszeć szybkie kroki w dal.

Spojrzałam zdziwiona jak sto pińdziesiąt na Sebę, wstałam i skierowałam się w stronę drzwi.

– Może to listonosz? – zainteresował się S.

– Taaa, jasne. I boi się interakcji społecznych, dlatego sam pokwitował przesyłkę i uciekł.

Wyjrzałam przez wizjer. Nikogo. No tak, już wiedziałam, co się święci.

Otworzyłam drzwi, a pod nimi leżały gęsto zapisana czerwonym długopisem kartka oraz bukiecik róż. To znowu ten mój wielbiciel spod piątki. Podniosłam kartkę i zaczęłam czytać:

Moja Królewno!

Wiem, że zeszłej nocy jakiś mężczyzna przyszedł do Ciebie w odwiedziny. Nie moja to rzecz oceniać, ale moim zdaniem powinnaś staranniej dobierać sobie mężczyzn, którymi się otaczasz. Czy nasz wieloletni związek nic dla Ciebie już nie znaczy? Moje uczucie straciło na wadze tylko dlatego, że ktoś inny postanowił Cię odwiedzić nocą?

Kochałem Cię. Zawsze będziesz zajmowała szczególne miejsce w moim sercu. Miałem wyrzucić te kwiaty, które wczoraj dla Ciebie kupiłem. Ale szkoda mi było je wyrzucić – więc masz! Serca nie masz, ale chociaż te róże będą Ci o mnie przypominały. Są piękne i kolorowe, ale będą więdły powoli – tak, jak moja miłość do Ciebie.

Twój na zawsze,

Kacper

– I kto, kto to był?

– No cóż… pewien dość… specyficzny doręczyciel. Doręczyciel-dręczyciel rzec by można. – odparłam, wyrzucając po drodze kwiaty oraz liścik do kosza, aby wreszcie usiąść znów przy stole i dokończyć śniadanie.

W ciszy konsumowaliśmy nasze przyjacielskie śniadanie. S. mruczał coś pod nosem, z lekko szyderczym uśmiechem na twarzy.

Dopiero po chwili udało mi się zidentyfikować słowa i melodię:

Miiiłość  rooośnie woookół naaaas

W spokojną jasną noooooc.

– A tego sku&wiela, który cię zdradził po latach związku… Cóż, najchętniej powiesiłbym za jaja.

– A ja bardzo chętnie zaprowadziłabym twoją byłą do sieciówki podczas wyprzedaży, i zamknęłabym ją w przymierzalni pełnej ubrań, ale bez lustra i iPhone’a.

– Cóż pozostaje dodać, Arleto – powiedział S., kiwając głową z uznaniem i podając mi rękę – Coś mi mówi, że to może być początek pięknej przyjaźni.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (8)

Dzień 15

O nie, chwileczkę, przepraszam! To jeszcze nie może być dzień następny!

Właśnie sobie uświadomiłam, że przecież Sebastian nie może ot tak po prostu zrezygnować ze swojej pracy! Przecież ma tam kilka ciężkich przypadków – pacjentów, którzy tak bardzo przywykli do rozmów z nim, że nagła zmiana psychoterapeuty może dla nich oznaczać zastój, lub wręcz krok w tył w ich terapii. To nieludzkie, tego nie robi się dziwolągom.

No i mi też. Mnie się nie zostawia.

Nie żebym była jakąś psychopatką czy coś. Po prostu…

Panicznie się boję. Nie chcę zostać sama z tym całym burdelem w głowie.

Wrrrróć – wskazówka w tył!

 

Dzień 14

Mam nadludzkie siły. Handluj z tym.

Sebastian wciąż wbijał tępy wzrok w sałatkę, którą wcześniej próbował zjeść, choć najprawdopodobniej była, delikatnie ujmując, niezdatna do spożycia. Ja tymczasem otwierałam drugą butelkę wina. Do pełnego romantyzmu brakowało już tylko świec.

I stołu z krzesłami.

I czegoś do jedzenia.

I eleganckich strojów.

I Ryana Goslinga w łódce, wiosłującego w deszczu, zamiast zwariowanego psychoterapeuty z piłą.

No i… to nic osobistego, ale Sebastian naprawdę mógł przyjąć moją propozycję skorzystania z mojej łazienki.

– Seba….aastian – wyjąkałam wreszcie, zmagając się z czkawką.

– Tak?

– Ale przecież ty nie możesz tak po prostu rzucić tej roboty.

Natychmiast oderwał wzrok od sałatki, aby spojrzeć na mnie szerokimi ze zdumienia oczami.

– Jak to?

Zaczerpnęłam głęboki łyk powietrza. Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu.

No dobra, teraz trochę popłynęłam.

– No booo… tam pewnie jakiś okres wypowiedzenia jest w tym naszym wariatkowie, prawda?

– Chrzanić okres wypowiedzenia! Poza tym wszystkim, moja umowa nie zawierała żadnej klauzuli, która przewidywałaby, że mój zwierzchnik będzie bzykał mi narzeczoną.

Taaak, mocny argument.

– Ale myślisz, że cię tak po prostu wypuszczą?

Zabrzmiało, jakby to Sebastian miał problem z psychą. Choć w sumie nie było to chyba sprzeczne z prawdą.

– Wypuszczą, nie wypuszczą – co za różni… Czekaj, czekaj! – nagle Psychosebę coś olśniło – ty się martwisz nie o mnie, a o samą siebie! Mam rację?

Jego triumfalny ton sprawił, że moje dalsze próby kamuflażu zdecydowanie utraciły rację bytu.

Westchnęłam, i nawet nie wiem kiedy, łzy wezbrały mi w oczach, by powędrować w dół, do gardła, gdzie utworzyły potężną gulę, przeszkadzającą mi w wyprodukowaniu jakiejkolwiek obiektywnej wypowiedzi.

– Bo widzisz… – zaczęłam drżącym głosem i odchrząknęłam, panicznie usiłując pozbyć się tej babskiej guli z grdyki – ja… ja się boję.

– Czego?

– Zostać sam na sam z moimi myślami. One w jednej chwili są zabawne, że aż… no, czasem w porywie emocji się uśmiechnę. A czasem…

Chyba czas odrobinę nagiąć fakty, by nie stracić mojej męskiej przyjaciółki. A może to wszystko prawda, tylko ja próbuję ją wepchnąć w otchłanie mojej podświadomości?…

– Co czasem? – zniecierpliwił się Sebastian

Westchnęłam raz jeszcze.

– Czasem budzę się w nocy przerażona i zapłakana, zupełnie bez powodu, kompletnie bez sensu…

Poczułam ciepły strumyczek z wolna spływający po moim policzku.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu mnie olśniło.

– A poza tym… chyba nie myślisz, że tak po prostu jesteś już wyleczony ze swojej wieloletniej miłości do Marty?

Spojrzałam na twarz Seby, który chyba powoli zaczął już przysypiać, jednak wypowiedziane na głos imię byłej narzeczonej wyrwało go najwidoczniej z transu.

Patrzył tak na mnie przez chwilę oczami otwartymi tak, że bardziej otworzyć ich się nie da, aż w końcu wymamrotał:

– Masz rację…

Uff. Dobra nasza. Starałam się nie okazywać tego, jak wielką ulgę odczułam. To chyba jednak trochę niefajne, okazywać radość, kiedy w tym samym czasie komuś właśnie życiowe plany się dupły.

– Znasz to uczucie, kiedy nienawidzisz kogoś z całych swoich sił i masz ochotę wykopać tego kogoś poza orbitę Ziemi… a kiedy przychodzi noc, wyciągasz rękę i próbujesz tego kogoś przytulić, tylko po to, by trafić na pustkę u swego boku? – po dłuższym milczeniu wyrecytował Sebastian.

Odchrząknęłam, próbując wraz z tym czymś, co utkwiło mi w krtani, pozbyć się także sarkazmu.

– Znam. Doświadczył tego każdy, kto kiedykolwiek zaliczył zakończenie związku lub romansu. No shit, Sherlock.

Shit, to chrząkanie działa jednak niezupełnie tak, jak powinno.

I wtedy stało się coś dziwnego. Sebastian podał mi swój kieliszek, żebym nalała mu wina, następnie przytrzymał mój, żebym (równie hojnie, aż po brzegi, w końcu mieliśmy zwolnienie z savoir vivre’u) nalała też sobie. Spojrzał przy tym w moje oczy tak, że poczułam, jakby ktoś pukał do drzwi mojego paranoidalnie pokrzywionego umysłu. I powiedział to magiczne słowo, skubaniec jeden:

– Opowiedz.

No i popłynęłam, i to w dodatku o wiele bardziej niż Mickiewicz, bo byłam totalnie nawalona tym cholernym winem. A taki Mickiewicz… on chyba raczej nie pisał po alko? Niech ktoś zaprzeczy, przecież to niepedagogiczne uczyć się patriotyzmu i martyrologii od kogoś, kto pisał na bani!

Sam Hemingway nie powstydziłby się takiego pierwszego zdania, jakim ja zaczęłam moją opowieść:

– Bo to ch*j skończony był.

Po chwili namysłu zapytałam:

– Ta twoja Marta zdradziła cię po sześciu latach?

Sebastian przewrócił oczami.

– No tak, skąd możesz wiedzieć, od jak dawna. Ale ja pamiętam, jak wszyscy odradzali mi wiązanie się z moim facetem jeszcze dłuuugo zanim rzeczywiście do czegokolwiek między nami doszło. Twierdzili, że miał wiele przyjaciółek, koleżanek, koleżaneczek, sióstr kolegów, sióstr kumpli, sióstr sióstr, sióstr braci sióstr… itepe, itede. Nie słuchałam, nie patrzyłam. Kochałam. Teraz chyba już wiem, co to znaczy postradać zmysły.

– Hrrrrhrrhrrrrr…. – usłyszałam chrapanie spod lodówki, o którą opierał się Sebastian.

Nie zważając na nic, kopnęłam go z całych sił w kostkę.

– No słuchajżeeee! – zawyłam po krakowsku.

Poderwał się, biedaczysko, i nadludzkimi siłami począł znów wzbraniać się przed czychającym na niego snem.

– Posłuchaj. Moim priorytetem było spełnienie wszystkich jego oczekiwań: jak się zachowywać, w jaki sposób myśleć, jak się ubierać, z kim się przyjaźnić… wierzyć w Boga, czy stwierdzić, że to zwykłe badziewie dla słabiaków i nudziarzy bez pomysłu na życie, którzy na pasterkę przychodzą trzeźwi (podpowiem tylko, że jedyną słuszną opcją było to drugie). W końcu udało mi się wpasować w jego wzorce, a trwało to kupę czasu, bo całe pięć lat (no ku&*a studia, całą magisterkę wtenczas można zrobić!). A po roku naszej, już oficjalnej, współpracy okazało się, że przez całe te sześć lat koleś potajemnie spotykał się z dziewczyną, którą poznał jeszcze przede mną. A nie dowiedziałabym się tego, gdyby nie to, że pewnego dnia wyszłam na autobus, by pojechać do rodziców, ale wróciłam do mieszkania po książkę, którą zapomniałam ze sobą zabrać w podróż. 10 minut mnie nie było, a oni już zdążyli uporać się z całym ceremoniałem, i już tylko odpalali jedną postkoitalną fajkę od drugiej.
Dziesięć minut. Wiesz, co wtedy zrobiłam?

Sebastian tym razem był naprawdę przejęty.

– Co? – zapytał, rozdziawiając swą japę.

– Zaczęłam się śmiać. Poklepałam dziewczynę po ramieniu, mówiąc „no, jeśli tyle ci wystarczy, to będziecie z sobą naprawdę szczęśliwi.” Wyszłam, pojechałam do rodziców, a kiedy po tygodniu mojej nieobecności wróciłam do mieszkania, wszystkie jego rzeczy już zniknęły. To było jak marzenie: wszystkie elementy klatki, w której żyłam przez sześć lat, tak po prostu zniknęły. A trzy miesiące później zakochana para pobrała się, o czym dowiedziałam się z fejs-zboka. Ja w tym czasie życzyłam im wszelkiego dobra, zaciągając się mentolowym papierosem, leżąc na łóżku, na którym palenie zabronione było przez całe pięć lat naszego przedziwnego trójkątnego związku. Życie stało się piękne, wreszcie odzyskało swój słodko-gorzki smak.

– Tooo… – zająknął się Sebastian, po naprawdę długiej chwili, kiedy już przekonana byłam, że gościu zasnął.

– Tak? – zapytałam wdzięcznym głosikiem.

– To jest niesamowite!

– Hmmm?

– Ty, silna kobieta, ze stricte zdroworozsądkowym spojrzeniem na świat i wydarzenia wokół ciebie – TY niby potrzebujesz terapii? Z jakiej ku%wa paki?!

Nie wiem, co zaskoczyło mnie bardziej: to, że Seba zaklął (co w jego wykonaniu zawsze brzmi jakby to chłopiec z katolickiej szkoły nagle powiedział „o, kurka wodna!”), czy to, że ktoś uznał moje myślenie za zdroworozsądkowe. Wiem tylko tyle, że to, co powiedziałam w następnej chwili, było jednym z najlepszych pomysłów (lub nawet był to najlepszy pomysł) w moim życiu:

– Sebastian, mam objawienie… Oboje przecież jesteśmy dziwolągami, każde z nas jest zdrowo je&nięte. Zaprzecz, jeśli pozwala ci na to etyka lekarska, czy co tam cię obowiązuje.

– Nie zaprzeczę… Prosta logika mi zabrania.

– No właśnie! A co w takim razie podpowiadałby nam podręcznik pana profesora Ziembińskiego?[1]

– EEE?

– Nie, ja myślę, że zabrzmiałoby to nieco bardziej elokwentnie. Na przykład: leczmy siebie nawzajem. Do normalności zapewne nigdy nie dojdziemy, ale może dzięki temu… Kurde, jasna dupa, zgubiłam wątek.

Skupiłam swój, zabiegany do tej pory, wzrok na szafce kuchennej. Niestety, nie pomagało to nijak w zebraniu rozsypanych dookoła myśli.

– Nieważne, i tak się zgadzam. Porada za poradę, jakoś się dogadamy.

Sebastian po raz kolejny zabłysnął. Jeszcze trochę, i się w nim zakocham.

Albo…

Hrrrrr….. hrrrr…. Hrhrrr….

Dobranoc.

[1] Zygmunt Ziembiński (1920 – 1966), profesor, teoretyk prawa, autor podręcznika Logika Praktyczna, którym witani są studenci poniektórych uczelni, zamiast tradycyjnego chleba i soli.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (6)

Dzień 13.

Trzynasty. No coś takiego.

Dla mnie nie jest to dzień pechowy – wręcz przeciwnie. Jak tu narzekać na świat, swoje popaprane życie i pokręcony umysł, kiedy ma się wolną chatę, lodówkę pełną żarcia i całkiem oryginalne filmy z torrentów?

No i oczywiście telefon wyłączony! Tu się odpoczywa! Od tego… no… koegzystowania z ludźmi, bycia dla nich miłymi, udawania, że uważam ich za fajnych, i przemilczania moich myśli na ich temat.

I nie muszę się ubierać, mogę sobie latać po mieszkaniu nagonagonagonagooooo!!

Po chwili:

No dobra, może niekoniecznie nago, bo trochę zimno. Będę latać w dresie i koszulce. Bez makijażu. Jakie to szczęście, że nie mam faceta, chyba żaden nie zniósłby na trzeźwo mojego widoku w tej chwili.

Ok, komputer z zestawem głośników – jest, wcale-nie-pirackie-filmy – są, ciasteczka, chipsy, popcorn – są, piwko – jest, dzbanek herbaty z cytryną – jest. Można się wykładać.

Dwie godziny później:

Ok, możliwe, że coś ze mną jest nie tak.

Trzy godziny później:

Idę dorobić herbaty. Litr to jednak za mało.

16:30:

Obejrzałam już dwie komedie romantyczne. Za chwilę albo rzygnę tęczą, albo zacznę zadawać retoryczne pytanie, poprzerywane szlochaniem: „dlaczeeego mnie nikt nie koooocha?”

19:00:

Ok, możliwe, że jest ze mną coś nie tak. Poryczałam się, oglądając drugą część Dziennika Bridget Jones. Nie wiem, czy to wina dwu (czy dwóch? Jak zwykle nie wiem!) butelek wypitych wprost z gwinta (a może z gwintu? nieee….), czy świadomość, że fikcyjna postać o podwójnym podbródku ma bogatsze życie erotyczne, czy to, że spędziłam cały dzień sama, pasywnie przybierając na wadze.

19:30:

Włączyłam telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mamy. Tak. I jedno… od jakiegoś nieznanego mi numeru. I sms, wysłany z tego samego numeru.

Pani Arleto,

W związku z Pani aplikacją na stanowisko Asystentki Zarządu Firmy chciałabym zaprosić Panią na rozmowę kwalifikacyjną w dniu 01.12. (poniedziałek) na godzinę 13 na wskazany poniżej adres. Proszę potwierdzić przybycie.

Pozdrawiam

Anna Sobieraj

Szczena opadła mi tak nisko, że mogłabym sobie spokojnie zjeść całego Big Maca naraz.

Nigdzie nie wysyłałam żadnej aplikacji, a przynajmniej nie przypominam sobie, żebym ostatnio przerabiała kolejną falę poczucia winy w związku z byciem utrzymywaną przez mamę i dla załagodzenia tego uczucia wysyłała CV gdzie popadnie. Ostatnie takie zdarzenie miało miejsce jakiś miesiąc temu, o ile dobrze pamiętam.

Po chwili:

Zadzwoniłam do mamy. I wszystko jasne. Podała komuś moje, pożal się Boże, CV – a oni, o dziwo przyjęli je bez mrugnięcia okiem. Mimo że ledwo zdałam maturę, a potem jakoś przebrnęłam przez te moje studia. Kulturoznawstwo, przyszłościowa sprawa. Zapytałam mamę, co to w ogóle za firma, o co w niej chodzi, i co ja mam z tym fantem zrobić.

Rezultat? Po godzinie rozmowy nadal nie wiem, czego się spodziewać i jeśli pójdę na tę rozmowę, to chyba tylko dla beki. Ale cóż, może wreszcie coś ciekawego wydarzy się w tym moim prostym życiu.

Włączyłam radio.

W naszym mieście zarejestrowano nietypowe zdarzenie. Wczoraj w godzinach wieczornych, zakapturzona postać zakradła się na teren parku miejskiego z piłą ręczną i skierowała się w stronę słynnego mostku, na którym zakochani zatrzaskują symboliczne kłódki, mające oznaczać stałość ich uczucia. Niezidentyfikowany mężczyzna, bo według świadków był to osobnik płci męskiej, zbiegł z miejsca zdarzenia. Policja usiłuje uzyskać jakiekolwiek informacje na temat tego podejrzanego człowieka. Mieszkańcom sugeruje się pozostanie w mieszkaniach po zmroku, dla własnego bezpieczeństwa.

Wow. Ludzie są dziwni.

Zebrałam wszystkie brudne naczynia i podreptałam z nimi do kuchni, bekając głośno.

W zasadzie, ta postać, to mógł być dosłownie KAŻDY, prawda?

Dzień 14

2 w nocy:

Właśnie dzwonił Sebastian. To wcale nie jest dziwne. On tylko potrzebuje miejsca, by się gdzieś zatrzymać. I na pewno jest zupełnie trzeźwy, a ta czkawka to na pewno moja projekcja. No nic, może ja lepiej odgrzeję coś do żarcia i wstawię wodę na kawę. Tak na wszelki wypadek. On na pewno nie jest pijany.

15 minut później:

To wszystko jest tak dziwne, że wierzyć się nie chce. Sebastian przylazł do mnie z piłą ręczną. W ciemności wyglądał, jakby totalnie mu odpie*&oliło. A w świetle żarówki wcale nie wyglądał lepiej.

No dobra, prawie się posrałam ze strachu.

– Sebastian? Co jest grane? – zapytałam w końcu

– Arleeetkooo, kochanaa moooja! Odpiłowałem kłódkę! Hik… Jest na niej napisane… napisane jest…

Zaczął w dość nieskoordynowany sposób przetrząsać wszystkie kieszenie, chwiejąc się na wszystkie strony. Wreszcie wyjął jakieś żelastwo.

– Napisane jessst… Sebastian i zdzirrra, która złamała mu serce, oooo, zobacz! – krzyknął, podając mi pokiereszowaną kłódkę.

– Ciszej… obudzisz sąsiadów. – wyszeptałam, biorąc do ręki kłódkę. Nomen omen, widniał na niej napis „Marek + Arek kumple na wieczność”, co na pierwszy rzut oka wygląda dość niepodobnie do opisu podanego przez Sebastiana.

S. zaczął jeść sałatkę, którą przed chwilą wyjęłam z lodówki. Bez zbędnych wstępów, po prostu wsadził głowę do salaterki. Usiadłam, odrobinę przygnieciona zaistniałą sytuacją.

– Smakuje? – zapytałam – Bo leży w lodówce od jakiegoś tygodnia, właśnie się zastanawiałam, czy ją wyrzucić.

Mój niespodziewany gość gwałtownie odłożył salaterkę na bok i spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Jesteś moją jedyną zaufaną osobą. Mogę ci coś powiedzieć?

Moje zaskoczenie mogło już chyba tylko piąć i piąć się w górę, nie było widoku na żadną dolinę, w perspektywie dostrzegałam jedynie szczyty pokroju K2.

– Wal. – wydusiłam z siebie, podejrzewając, że za chwilę tego pożałuję.

– Boję się, że już na zawsze zostanę sam. Znaliśmy się z Martą od urodzenia. Była… całym całym całyyyym moim światem. Nikogo poza nią nie dostrzegałem. W jej towarzystwie nie zauważałem nikogo innego.

– Tak, zrozumiałam.

– I… kiedy mnie rzuciła… stanął mi… przed oczami… cały ten czas… kiedy byliśmy razem…

Wyglądało na to, że naprawdę nie zważał na to, jak brzmiały jego słowa. Ale nie przerywałam, pozwalając mu się wygadać. W końcu wszystkie tego potrzebujemy.

– Na początku wprawdzie wściekłem się na nią, ale później zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko nie była moja wina. Musiało przecież dziać się coś, czego nie zauważałem. Na pewno była ze mną nieszczęśliwa, brakowało jej czegoś. Za dużo pracowałem… albo za długo przesiadywałem z kolegami na piwie… im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem się winny.

– Tylko mi nie mów, że do niej zadzwoniłeś. – przerwałam mu stanowczo.

Spojrzał na mnie tym swoim pijacko-trzeźwym do bólu spojrzeniem.

– Nie… nie zdążyłem. Miałem zadzwonić po sesji z tobą. Ale dzięki tobie zamiast tego poszedłem na miasto.

– No i pięknie!

– …a zadzwoniłem dopiero nad ranem.

Facepalm. Chyba se ku&wa jaja człowieku robisz. No do ch%ja wafla.

– I co? – zapytałam zrezygnowana.

– Nie odebrała.

Fascynujące. Urzekła mnie ta historia.

Zapadła niezręczna cisza. Nie wiedziałam, czy S. skończył już swoje zwierzenia, więc nie proponowałam mu przejścia do łóżka mojej współlokatorki (nie byłam też przekonana, czy to dobry pomysł, ale wiedziałam, że nie był w stanie samodzielnie wrócić do swojego mieszkania).

– Posłuchaj… – wymamrotałam wreszcie – Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz?

Sebastian oderwał wzrok od podłogi, by, dla odmiany, przykuć je tym razem do okna.

– Pomóż mi.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (5)

Dzień 10.

Są takie dni, kiedy nawet szum w przewodach kanalizacyjnych, a także odległe kroki dobiegające zza okna potrafią sprawić ból fizyczny i egzystencjalny zarazem.

To jeden z tych dni.

Nawet pisać mi się o tym nie chce. Ale urodziny miałam przednie. Z tego, co pamiętam, chyba nawet śpiewaliśmy „Ona tańczy dla mnie” na balkonie, a panowie tańczyli dla pań. Tak, też na balkonie. Niewielkim balkonie.

Życie bywa piękne.

Idę spać, niniejszym odwołuję dzisiejszy dzień.

Dzień 11.

Dzisiaj dzwonił do mnie Sebastian. Powiedział, że potrzebna mi będzie jutro dodatkowa sesja. Dziwne, chyba niczego nie odwaliłam na imprezie urodzinowej. Ela twierdzi, że byłam słodka i niewinna. I tym razem byłam szalenie oficjalna: nikomu nie zarzucałam ramion na szyję, pytając, „eeej, a ty to mnie lubisz? To jak mnie lubisz, to się ze mną… hik… napij”.

Cóż, czas pokaże.

Dzień 12.

Przyszłam na sesję, z czerwonym zeszycikiem, oczywiście. Usadowiłam się wyprostowana na krześle, czekając na przyjście S.

– Cześć! – wykrzyknęłam na powitanie.

S. uśmiechnął się uprzejmie i spokojnie odpowiedział:

– Dzień dobry, Arleto.

O cholera. Już wiem, co muszą czuć bohaterowie filmu Piła, gdy słyszą słynne zdanie „I want to play a game”. Jeszcze dwa dni temu był na moich urodzinach, a teraz wraca ten formalny do bólu styl. Co to za gra? Dobry i zły Sebaterapeuta?!

Usiadł naprzeciw mnie i przyglądał mi się tak przez chwilę, nie wypowiadając ani słowa. Brrr. Naprawdę zaczęłam czuć się tak, jakby siedział przede mną Jigsaw. Złapałam się na tym, że raz na jakiś czas rzucałam spanikowane spojrzenie w stronę drzwi.

W końcu przemówił, nie odrywając ode mnie wzroku.

– A więc, Arleto. Od samego początku naszych spotkań, za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, zastanawiam się, z kim tak naprawdę mam do czynienia.

Głośno przełknęłam ślinę.

Bałam się spojrzeć mu w oczy, więc moje gałki oczne zaczęły wykonywać przedziwne ruchy we wszystkie strony świata.

Antyperspirant jakby przestał działać.

– Ostatnio udzieliłaś mi bardzo dobrej rady. Takiej, na którą mogłaby się zdobyć jedynie zdroworozsądkowa osoba. Brak przeżyć traumatycznych, relacje z rodzicami wyglądają na prawidłowe. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że wcale nie potrzebujesz terapii. Przypomnij mi, dlaczego i kto cię tutaj przysłał?

Aaaa, więc o to ta cała heca. Ufff…

– Emm… Przysłała mnie tutaj moja mama. Uznała, że jestem nieprzystosowana do życia, że za bardzo bujam w obłokach. Iiii… że jestem zobojętniała. Że moim naturalnym nastawieniem jest obojętność, albo, jak ona to mówi, sceptycyzm. No i ma nadzieję, że w końcu znajdę sobie pracę. – odpowiedziałam niemalże jednym tchem.

– Hmmm, hmmm, hmmmm…. Ciekawe. – wymruczał Pan S., skrzętnie notując coś w swoim zeszycie.

– Taaak… – wymruczałam, nie wiedząc, co powiedzieć.

S.jeszcze przez chwilę notował, aż nagle podniósł na mnie wzrok i zapytał:

– A co ty myślisz o sobie?

– Ja? Eee… Nie wiem…

– Powiedz na przykład, czy są jakieś drobne rzeczy, z których czerpiesz przyjemność? Zapach koszonej trawy, ciepła kąpiel… coś w ten deseń. Jest coś takiego?

Wow, ale się poważnie zrobiło.

Sporo tego. Lubię stać na samym brzegu krawężnika, gdy czekam na zielone światło, a samochody pędzące niemal przed samym moim nosem sprawiają, że czuję, że żyję.

Lubię też patrzeć na ludzi, których mijam na ulicy. Zapamiętuję ich twarze zastygłe w pozach, w których widzę ich przez ten ułamek sekundy, zanim mrugnę, zanim oni znikną z mojego życia bezpowrotnie.

– O, wiem. Lubię mówić „reszty nie trzeba”, gdy kupuję w sklepie bluzkę za 39,90 i wyjmuję 40zł.

Głośne westchnienie.

– A może… może inaczej… o czym rozmyślałaś, idąc tutaj, na to spotkanie? Czy kłębiły ci się w głowie jakieś tematy, które chciałabyś poruszyć?

Zamyśliłam się przez chwilę.

– Tak, w zasadzie to tak.

S. poprawił się na fotelu z wrażenia. Wyraźnie ucieszyła go moja reakcja.

– Dzisiaj, kiedy szłam przez park, przechodziłam przez taki mostek w stylu japońskim. Niezbyt pasował do ogólnego wystroju parku, ale mniejsza. No i na tym mostku…

S. ponownie zaczął zapadać się w sobie ze zniechęcenia.

– Na tym mostku były kłódeczki z inicjałami lub imionami par. I tak sobie pomyślałam, jakie to idiotyczne! Zakładam, że kiedy zakochani zamykają te swoje kłódeczki, spijając sobie z ust nektar miłosny i ćwierkając wyznania wiążące ich „do końca świata”, kluczyki wyrzucają gdzieś za siebie. No bo to przecież na zawsze. To co oni robią, jak ich związek nagle się zakończy, bo „to jednak nie było to”? I jak stwierdzą, że ten ich koniec świata to już? Idą tam pod osłoną nocy z palnikiem albo pilnikiem, czy inną piłką? Razem? Osobno? Komisyjnie? I które z nich – to, które zerwało, czy to z którym zerwano? Czy potrzebni są do tego świadkowie, by akt nabrał mocy prawnej uszanowanej przez wszechświat?

Nagle mój terapeuta zerwał się na równe nogi.

– Przepraszam, coś sobie przypomniałem. Dokończymy następnym razem – wymamrotał, po czym wybiegł z gabinetu.

I podobno to ja mam nierówno pod kopułką.