Pamiętnika Społecznego Dziwoląga ciąg dalszy

Dzień 3.

Dzisiaj zadzwoniła do mnie moja tak zwana psiapsióła. Po pół roku szczątkowego kontaktu ze mną (za każdym razem dzwoni do mnie tylko wtedy, gdy pokłóci się  „miłością swojego życia”. Poświęcam jej wtedy godzinę – góra trzy – na szeroko pojęte hejtowanie mężczyzn jako tych pozbawionych ludzkich emocji i empatii, wiecznie szukających tanich atrakcji na boku; a następnie on przynosi jej cały kosz kwiatów lub innego badziewia, po czym kontakt się nam urywa).

Ela, ten wyrób przyjaciółkopodobny, zrobiła coś niesłychanego. Właściwie to było to naruszenie wszelkich niepisanych zasad, których żałuję, że nigdy nie zdążyłam spisać. Otóż, zaprosiła mnie na swój ślub z tym… ech, no jak on tam miał… zzz… Markiem. O, z Markiem właśnie.

– Cześć, Arletko – zabrzmiał jej niepewny, acz zauważalnie szczęśliwy głos w słuchawce telefonu – Dawno nie gadałyśmy…

„Taaak… A tej jak zwykle zbiera się na zwierzenia w chwili, kiedy stoję przy taśmie w kolejce do kasy, a klient przede mną już wyciąga portfel, by zapłacić za tampony dla żony rozmiaru O-MÓJ-OB.BORZE, obieraczkę do ziemniaków, paczkę chipsów, czteropak browca oraz Men’s Health.”

Nawiasem, ciekawe, czy którykolwiek z tych produktów kupował dla samego siebie. Hmmm…

Wtem, padło to przeklęte słowo.

– Dobry wieczór – przywitała mnie miła kasjerka

– ŚLUB!?! ALE JAK TO? JAK… DLACZEGO?!? KU*&A, ELA, NIE RÓB MI TEGO! KUPIĘ CI PSA, KOTA, ŻÓŁWIA, CO TYLKO CHCESZ.

Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy kasjerki. Ani ludzi, którzy stali za mną w kolejce. I w kolejkach obok. I którzy przechodzili obok. I tych, co stali na zewnątrz sklepu, przy samym wejściu.

– Eeee… muszę kończyć. Oddzwonię. – wymamrotałam, po czym wydusiłam z siebie najbardziej urokliwe i przepraszające „Dzień dobry yeee wieczórr”, na jakie było mnie stać w tej trudnej chwili.

Impas. Czas stanął w miejscu. Jak ona mogła?

Całą drogę do domu wspominałam nasze studenckie lata, kiedy mieszkałyśmy razem i dzieliłyśmy się ważnymi wydarzeniami z naszego życia. Pamiętam pożyczanie ubrań i dodatków, wspólne imprezy i udawanie lesbijek za każdym razem, gdy zbliżał się do którejś z nas napalony oblech. Egzaminy, sesje, związki i rozwiązki. Wszystko. I nawet ten niezręczny jak cholera moment, kiedy pewnego leniwego poranka chciałam się przeciągnąć i ziewnąć, a puściłam przy niej bąka. I jakie to było dla mnie straszne… No bo, w przypadku facetów sprawa byłaby prosta, ale przecież my damy, według oficjalnej wersji nie robimy takich rzeczy. Dwóch kumpli pewnie zaczęłoby się śmiać lub okładać pięściami. A kobiety? Jaki jest protokół w takiej sytuacji? Okazało się, że jest nim krępująca cisza, w której świadek pierdnięcia próbuje się nie roześmiać, by nie sprawić przykrości pierdnikowi, a sam pierdnik powstrzymuje się głównie dlatego, że nie zniósłby ponownej publicznej erupcji.

Oj, coś mi się wydaje, że Sebastian uzna mój stan za kryzys wieku ślubnego. O ile istnieje coś takiego. Wygoogluję.

Wygląda na to, że będę pierwszym przypadkiem zapadnięcia na tę dolegliwość w historii psychologii. Wiedziałam, coś mi mówiło, że jestem stworzona do rzeczy wielkich!

Dzień 5.

Tak, wiem, szlag trafił moją wytrwałość. Ale może jeden dzień przerwy nie sprawi, że pójdę prosto do psychoanalitycznego czyśćca.

Wczoraj szukałam sukienki na wesele. Poszukiwania partnera nawet się nie podjęłam, bo cuda jednak mają swoje granice.

I kiedy już zobaczyłam JĄ – najpiękniejszą, przepraszam, NAJPIĘKNIEJSZĄ SUKIENKĘ ŚWIATA, kiedy ją przymierzyłam i okazała się wręcz szyta na mnie, a niedługo później znalazłam idealnie pasujące buty, które W OGÓLE mnie nie obcierały, a lekkie były jak piórko, pomimo 10-centymetrowych szpilek… właśnie wtedy, gdy byłam bliska błogiemu szczęściu, zadzwonił telefon. Ela.

Serce stanęło mi w gardle. „Pewnie znowu się pokłócili i tym razem odwołują ślub. Ale ja chcę tę sukienkę i buty!” – pomyślałam w głębi.

– Halo?

Usłyszałam ciche szlochanie, po kilku sekundach chichot, po czym Ela uspokoiła nieo swój głos i krzyknęła mi prosto w ucho:

– JESTEM W CIĄŻY!

Nie, to naprawdę zbyt wiele.

Oprócz NIEMAŁEJ kwoty wydanej na sukienkę, buty i torebkę, doszły jeszcze zakupy w monopolowym.

Chyba muszę sobie znaleźć jakąś pracę.

Reklamy