Pamiętnika Dziwoląga część dwunasta

Dzień 18.

Wieczorem:

No i po wszystkim. To było… To takie… Po prostu…

Nienawidzę Poważnych i Szczerych Rozmów, pełnych Wielkich Słów i bogato okraszonych moimi łzami i smarkami. To nie tak powinno być, wolę patrzeć jak inni płaczą. I pocieszać ich lub nie, w zależności od mojego stopnia przywiązania do tej osoby. Tak, wiem. Zimna suka ze mnie. Chociaż nie, zimna suka nie rozbeczałaby się podczas rozmowy ze swoim było/niebyłym psychoterapeutą. Je&any mentalista…

Ale od początku.

S.wrócił zaskakująco szybko, tachając w obu rękach siaty z zakupami. Zielone logo Almy biło po oczach niczym kopytkujący przed siebie jednorożec, który zrobił sobie przerwę w sielskiej dolinie, aby wyrzucić z siebie zalegające pokłady słodkości w postaci fluorescencyjnie tęczowych rzygów, ale słowem się nie odezwałam.

–Słyszałem to! – mruknął pod nosem S. jakimś takim specyficznym, ironiczno-rozbawionym tonem.

–Co słyszałeś? – zapytałam, autentycznie zaskoczona tym dziwnym stwierdzeniem.

–Słyszałem to, co sobie pomyślałaś. – odparł, zmierzając w stronę kuchennego blatu.

–Wróżka czy co? – siliłam się na ironię, wciąż próbując ukryć moje zaskoczenie.

–Wystarczy na ciebie spojrzeć. Można z ciebie czytać jak z otwartej księgi.

Zawsze uważałam się za kogoś tajemniczego, trudnego do oswojenia i zrozumienia. Wystarczyło trzymać się na uboczu i mieć problem z zawieraniem nowych znajomości. Czyli być mną. Ałć, tak się na samej sobie zawieść…

Szybko jednak zapomniałam, co miałam powiedzieć, bo zobaczyłam żarełko przyniesione przez Sebę.

Nie wiem, skąd wiedział, że od dawna miałam ochotę na sałatkę z świeżą sałatą, oliwkami, pomidorami i fetą. Ale znając życie, moja superdyskretna współlokatorka napomknęła mu o tym, a i nie omieszkała wspomnieć o tym, jak parę miesięcy temu przez sen wołałam mojego byłego, wrzeszcząc, żeby natychmiast  zszedł z tego okna, bo teraz ja skaczę.

Nawiasem, nie wiem, co konkretnie mi się śniło, ale jak widać nawet we śnie cenię sobie mężczyzn, którzy przepuszczają kobiety przodem, otwierając im drzwi. Albo okno. W zależności od potrzeby.

No dobra, żarcie to żarcie. Dla dobrego jedzenia jestem gotowa wyzbyć się dumy.

–Pomóc ci? – zapytałam, obserwując jak S. wyjmuje powoli składniki na sałatkę.

–Dwie deski, dwa noże, dwie łyżki, salaterka… i może jeszcze druga para rąk. Będę wdzięczny. – odpowiedział zdecydowanie, myjąc sałatę.

–Tak jest, psze pana.

Powyjmowałam wszystko, czego jaśnie pan terapeuta sobie zażyczył, po czym zgodnie podzieliliśmy między siebie pracę: najpierw S. płukał wszystkie składniki, a ja je kroiłam, wysłuchując przy tym komentarzy takich jak: „nie tak grubo!”, „nie tak cienko!”, „do jasnej cholery, kiedy ty ostatnio coś robiłaś w kuchni”, a także „oddaj ten nóż zanim sobie zrobisz krzywdę”. Następnie posłusznie oddałam nóż i zamieniliśmy się stanowiskami.

–Umyłaś już wszystko? – zapytał po chwili.

–Yhym. – odpowiedziałam pełnym zdaniem.

–Toooo… może postaw wodę na herbatę? Tylko się nie poparz, Magdo Gessler.

–Wery fany. Soł macz fan. – wymamrotałam, posłusznie stawiając czajnik na gazie.

Usiadłam przy stole. Wyglądało na to, że mogłam pomóc tylko w jeden sposób: nie przeszkadzając.

–Toooo… co u ciebie słychać? – zagaiłam, opierając podbródek o pa… dziennik, który trzymałam pionowo na stole.

S.westchnął głęboko.

Naprawdę, on chyba za często miewa okres. Może i ja się na tym nie znam, ale z czymś takim chodzi się do lekarza.

–Pamiętasz, jak dziękowałem ci za pomoc po rozstaniu z Martą?

–Ehe. – przytaknęłam.

–I pamiętasz, jak ci wtedy powiedziałem, że naprawdę mi pomogłaś, i serio w to wierzyłem?

–Ehe.

–Wtedy też obiecałem sobie, że całkowicie spalę za sobą mosty, które mnie z nią łączyły.

–Zapewne. I co?

–Udało mi się.

–To świetnie!

–Przez całe trzy dni.

No zatkało mnie. Choć wcale nie zdziwiło. Hehe, no co za ironia losuuu…

–Aha. Ale wiesz, że reguła trzech dni ma zastosowanie na początku znajomości, a nie kiedy jakaś zdzira albo sku&wol cię rzuca po latach życia w kłamstwie? – zapytałam najspokojniej, jak tylko umiałam.

Seba odwrócił się w moją stronę. Nigdy przenigdy nie widziałam u niego takiego zaciętego spojrzenia.

–No tak, oczywiście najlepiej jest po rozstaniu po prostu przestać żyć. Wycofać się ze świata i nigdy więcej nikomu nie zaufać, prawda?

No skubaniec.

Poczułam, jakby ktoś wbił sopel lodu prosto w moje serce. Szok termiczny mięśnia moich uczuć sprawił, że wszystko do mnie wróciło. Cała moja przeszłość. Wszystkie noce, gdy siedziałam na oknie, popalałam papierosy, które kompletnie mi nie smakowały, wystawiałam moje nogi i obserwowałam je na tle widoku rozlegającego się z mieszkania na siódmym piętrze. Jak turnauowski linoskoczek. Wszystkie dni, kiedy modliłam się o to, by tylko przestać czuć, bo bałam się, że umrę ze smutku. Każda łza, każdy wewnętrzny krzyk bólu, znienawidzone poranki, gdy zastanawiałam się, po co w ogóle wstawać z łóżka; wszystko.

–Ty… ty… – z przejęcia nie potrafiłam znaleźć żadnego odpowiedniego epitetu.

–Jak już mówiłem, można z ciebie czytać jak z otwartej księgi. Arleto… spójrz na mnie.

Nie umiałam.

Spod przymkniętych powiek zobaczyłam, jak Seba odkłada sałatkowy stuff i siada przy stole naprzeciwko mnie. Znów z tą swoją zatroskaną miną. I niech mi ktoś powie, że kobieta zmienną jest to tylko puste hasło.

–Dobrze, nie patrz. Rozumiem to. Ale posłuchaj mnie, proszę. Chcę ci powiedzieć coś ważnego.

–Słucham. – wymamrotałam, usiłując się nie rozkleić jak pierogi z truskawkami, których nigdy nie umiałam porządnie zlepić. Ani zjeść, bo są naprawdę ohydne.

–Powiedziałem ci kiedyś, że nie mam pojęcia, dlaczego twoja matka poleciła ci terapię ze mną.

–No jasne, przecież ja jestem całkowicie normalna.

S. zaśmiał się smutno, ale ogarnął się, kiedy zobaczył moją minę.

Odchrząknął i wrócił do swojego wywodu.

–Uważam, że powinnaś zrobić coś ze swoim życiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe i nie jest to plan na najbliższy tydzień, a raczej miesiące,… a może nawet lata. Ale dopóki nie zrobisz pierwszego kroku, nic się nie…

–Nic mi nie jest. – przerwałam wywód wielce-specjalisty, który sam nie potrafi poradzić sobie z rozstaniem z jakąś pindą z inteligencją emocjonalną na poziomie ziemniaka.

–I naprawdę uważasz, że wszystko jest w porządku?

Czo ten Sebeł.

–No jasne. Szczęśliwa nie jestem, ale poza tym wszystko w jak największym porządeczku. Lajf iż brutal. Taka już jestem, i to się nie zmieni.

–I nie chcesz zmienić? – drążył dalej.

Zawahałam się przez sekundę. Seba wykorzystał okazję, wyciągając spod moich dłoni czerwony zeszyt, o którego obecności zdążyłam zapomnieć. Nie protestowałam.

–Patrząc na ostatnie napisane zdanie wnioskuję, że wciąż piszesz pamiętnik, chociaż formalnie nasze sesje terapeutyczne już nie mają miejsca.

–Potęga przyzwyczajenia.

–O, nie, kochana. Przyzwyczajenie to jest wtedy, kiedy sprawdzamy po kilka razy, czy na pewno zamknęliśmy drzwi na klucz, albo zaglądanie do telefonu, kiedy przebywamy w towarzystwie kogoś, z kim nie mamy o czym rozmawiać. A ty po prostu robisz coś, co pozwala ci choć przez chwilę poczuć się lepiej.

Wyrwałam mu zeszyt z ręki i wrzuciłam do kosza na śmieci.

–Wcale nie muszę. – syknęłam przez zaciśnięte usta.

Sebę aż cofnęło z wrażenia. Fakt, to było zaskakujące nawet dla mnie.

–Po pierwsze: skoro zapisywanie swoich myśli ci pomaga, to po co z tym kończyć? A po drugie… BRAWO DLA TEJ PANI! WŁAŚNIE UDOWODNIŁA, ŻE MA JAKIEŚ UCZUCIA!

Podbiegł do siaty z Almy, z której, jak się okazało, jednak jeszcze nie wyjął wszystkiego. I wyjął z niej butelkę…

–To szampan?! – wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia – Często wychodzisz do sklepu po szampana z okazji niezręcznej rozmowy ze swoim byłym pacjentem?

S. zaśmiał się perliście, jak typowa cheerleaderka z amerykańskiego serialu.

–Zawsze. – odparł stanowczo, otwierając butelkę.

Korek uderzył o sufit, i niemal natychmiast usłyszałam pukanie do drzwi.

–To pewnie znowu ten świrus. – wymamrotałam, wchodząc do przedpokoju, by otworzyć – Ja otworzę, a ty wyjmij, proszę mój pamiętnik z kosza na śmieci. – dodałam stanowczo, ale chyba nie udało mi się ukryć tego dziwnego uczucia, jakie wywołała we mnie tamta dziwna rozmowa.

„Jednak jeszcze nie wszystko stracone, ciągle jeszcze mogę przestać być nołlajfem” – upajałam się tą myślą.

Przysunęłam twarz do wizjera, żeby zobaczyć, kogo to nogi niosą w tak niewłaściwej porze, ale zobaczyłam tylko podeszwy butów, które zadziwiająco przypominały te należące do mojego sąsiada Kacpra.

„Oho, to będzie ciekawe”, pomyślałam.

Otworzyłam drzwi i spojrzałam na wycieraczkę. Liścik. Aha, czyli klasyk.

Kochałem cię

A ty mnie

Nie

Błędem twoim było

Rozpalanie płomieni we mnie

Skoro

Tak naprawdę

Nigdy

Nie zamierzałaś

Odwzajemnić

Moich uczuć.

Amo te, ama me

Mężczyzna, z którym powinnaś spędzić resztę życia

Hmmm… Cholera, no od kogóż to mogłoby być? Zabijta mnie, ale nie zgadnę. Za to chyba wiem, który fragment z Shakespeare’a należałoby tu zacytować:

Romeo, czemuż ty jesteś Romeo

Toć po nocach audica, nie fiat mi się śni.

Wróciłam do kuchni, gdzie czekał na mnie talerzyk z przeapetycznie wyglądającą sałatką (może to rzeczywiście lepiej, że zostałam oddelegowana do robienia herbaty) i kieliszek szampana.

–Zgasiłem czajnik, jak tylko zauważyłem, że cała woda wyparowała, bo zapomniałaś założyć gwizdek. – zaśmiał się S. – A kto przyszedł?

–Nic ważnego – odparłam – kolejna laurka.

–Ale nic groźnego? – zapytał, przyglądając mi się uważnie.

Ach ten zatroskany Sebaterapian. Gdyby nie to, że tak mnie irytuje, no może nawet mogłabym się w nim zakocha… WRÓĆ! Nic z tych rzeczy.

–Nieee, chyba że bierzemy pod uwagę zacięcie się kartką papieru. – odpowiedziałam, wskazując na liścik.

Zmierzył mnie tym swoim zatroskano-badawczym wzrokiem raz jeszcze, po czym podał mi kieliszek z szampanem i zaproponował toast:

–Za Arletę i jej przebudzenie. Aby wreszcie dotarło do niej, że rzeczywistość może być piękniejsza niż sen.

Wow. To było niezręczne.

–A to co, cytat z Pamiętnika? – zapytałam szyderczo.

–No kto jak kto, ale ty chyba powinnaś być fanką tej formy literackiej.

Przytknęłam usta do kieliszka i pociągnęłam zdrowy łyk tego bąbelkowego napoju, którym ludzie z kompletnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn tak się zachwycają. Mimo to, muszę przyznać, że to był najlepszy kieliszek szampana – pardon  – wina musującego, jakie w życiu piłam.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (8)

Dzień 15

O nie, chwileczkę, przepraszam! To jeszcze nie może być dzień następny!

Właśnie sobie uświadomiłam, że przecież Sebastian nie może ot tak po prostu zrezygnować ze swojej pracy! Przecież ma tam kilka ciężkich przypadków – pacjentów, którzy tak bardzo przywykli do rozmów z nim, że nagła zmiana psychoterapeuty może dla nich oznaczać zastój, lub wręcz krok w tył w ich terapii. To nieludzkie, tego nie robi się dziwolągom.

No i mi też. Mnie się nie zostawia.

Nie żebym była jakąś psychopatką czy coś. Po prostu…

Panicznie się boję. Nie chcę zostać sama z tym całym burdelem w głowie.

Wrrrróć – wskazówka w tył!

 

Dzień 14

Mam nadludzkie siły. Handluj z tym.

Sebastian wciąż wbijał tępy wzrok w sałatkę, którą wcześniej próbował zjeść, choć najprawdopodobniej była, delikatnie ujmując, niezdatna do spożycia. Ja tymczasem otwierałam drugą butelkę wina. Do pełnego romantyzmu brakowało już tylko świec.

I stołu z krzesłami.

I czegoś do jedzenia.

I eleganckich strojów.

I Ryana Goslinga w łódce, wiosłującego w deszczu, zamiast zwariowanego psychoterapeuty z piłą.

No i… to nic osobistego, ale Sebastian naprawdę mógł przyjąć moją propozycję skorzystania z mojej łazienki.

– Seba….aastian – wyjąkałam wreszcie, zmagając się z czkawką.

– Tak?

– Ale przecież ty nie możesz tak po prostu rzucić tej roboty.

Natychmiast oderwał wzrok od sałatki, aby spojrzeć na mnie szerokimi ze zdumienia oczami.

– Jak to?

Zaczerpnęłam głęboki łyk powietrza. Wpłynęłam na suchego przestwór oceanu.

No dobra, teraz trochę popłynęłam.

– No booo… tam pewnie jakiś okres wypowiedzenia jest w tym naszym wariatkowie, prawda?

– Chrzanić okres wypowiedzenia! Poza tym wszystkim, moja umowa nie zawierała żadnej klauzuli, która przewidywałaby, że mój zwierzchnik będzie bzykał mi narzeczoną.

Taaak, mocny argument.

– Ale myślisz, że cię tak po prostu wypuszczą?

Zabrzmiało, jakby to Sebastian miał problem z psychą. Choć w sumie nie było to chyba sprzeczne z prawdą.

– Wypuszczą, nie wypuszczą – co za różni… Czekaj, czekaj! – nagle Psychosebę coś olśniło – ty się martwisz nie o mnie, a o samą siebie! Mam rację?

Jego triumfalny ton sprawił, że moje dalsze próby kamuflażu zdecydowanie utraciły rację bytu.

Westchnęłam, i nawet nie wiem kiedy, łzy wezbrały mi w oczach, by powędrować w dół, do gardła, gdzie utworzyły potężną gulę, przeszkadzającą mi w wyprodukowaniu jakiejkolwiek obiektywnej wypowiedzi.

– Bo widzisz… – zaczęłam drżącym głosem i odchrząknęłam, panicznie usiłując pozbyć się tej babskiej guli z grdyki – ja… ja się boję.

– Czego?

– Zostać sam na sam z moimi myślami. One w jednej chwili są zabawne, że aż… no, czasem w porywie emocji się uśmiechnę. A czasem…

Chyba czas odrobinę nagiąć fakty, by nie stracić mojej męskiej przyjaciółki. A może to wszystko prawda, tylko ja próbuję ją wepchnąć w otchłanie mojej podświadomości?…

– Co czasem? – zniecierpliwił się Sebastian

Westchnęłam raz jeszcze.

– Czasem budzę się w nocy przerażona i zapłakana, zupełnie bez powodu, kompletnie bez sensu…

Poczułam ciepły strumyczek z wolna spływający po moim policzku.

Zapadła niezręczna cisza. W końcu mnie olśniło.

– A poza tym… chyba nie myślisz, że tak po prostu jesteś już wyleczony ze swojej wieloletniej miłości do Marty?

Spojrzałam na twarz Seby, który chyba powoli zaczął już przysypiać, jednak wypowiedziane na głos imię byłej narzeczonej wyrwało go najwidoczniej z transu.

Patrzył tak na mnie przez chwilę oczami otwartymi tak, że bardziej otworzyć ich się nie da, aż w końcu wymamrotał:

– Masz rację…

Uff. Dobra nasza. Starałam się nie okazywać tego, jak wielką ulgę odczułam. To chyba jednak trochę niefajne, okazywać radość, kiedy w tym samym czasie komuś właśnie życiowe plany się dupły.

– Znasz to uczucie, kiedy nienawidzisz kogoś z całych swoich sił i masz ochotę wykopać tego kogoś poza orbitę Ziemi… a kiedy przychodzi noc, wyciągasz rękę i próbujesz tego kogoś przytulić, tylko po to, by trafić na pustkę u swego boku? – po dłuższym milczeniu wyrecytował Sebastian.

Odchrząknęłam, próbując wraz z tym czymś, co utkwiło mi w krtani, pozbyć się także sarkazmu.

– Znam. Doświadczył tego każdy, kto kiedykolwiek zaliczył zakończenie związku lub romansu. No shit, Sherlock.

Shit, to chrząkanie działa jednak niezupełnie tak, jak powinno.

I wtedy stało się coś dziwnego. Sebastian podał mi swój kieliszek, żebym nalała mu wina, następnie przytrzymał mój, żebym (równie hojnie, aż po brzegi, w końcu mieliśmy zwolnienie z savoir vivre’u) nalała też sobie. Spojrzał przy tym w moje oczy tak, że poczułam, jakby ktoś pukał do drzwi mojego paranoidalnie pokrzywionego umysłu. I powiedział to magiczne słowo, skubaniec jeden:

– Opowiedz.

No i popłynęłam, i to w dodatku o wiele bardziej niż Mickiewicz, bo byłam totalnie nawalona tym cholernym winem. A taki Mickiewicz… on chyba raczej nie pisał po alko? Niech ktoś zaprzeczy, przecież to niepedagogiczne uczyć się patriotyzmu i martyrologii od kogoś, kto pisał na bani!

Sam Hemingway nie powstydziłby się takiego pierwszego zdania, jakim ja zaczęłam moją opowieść:

– Bo to ch*j skończony był.

Po chwili namysłu zapytałam:

– Ta twoja Marta zdradziła cię po sześciu latach?

Sebastian przewrócił oczami.

– No tak, skąd możesz wiedzieć, od jak dawna. Ale ja pamiętam, jak wszyscy odradzali mi wiązanie się z moim facetem jeszcze dłuuugo zanim rzeczywiście do czegokolwiek między nami doszło. Twierdzili, że miał wiele przyjaciółek, koleżanek, koleżaneczek, sióstr kolegów, sióstr kumpli, sióstr sióstr, sióstr braci sióstr… itepe, itede. Nie słuchałam, nie patrzyłam. Kochałam. Teraz chyba już wiem, co to znaczy postradać zmysły.

– Hrrrrhrrhrrrrr…. – usłyszałam chrapanie spod lodówki, o którą opierał się Sebastian.

Nie zważając na nic, kopnęłam go z całych sił w kostkę.

– No słuchajżeeee! – zawyłam po krakowsku.

Poderwał się, biedaczysko, i nadludzkimi siłami począł znów wzbraniać się przed czychającym na niego snem.

– Posłuchaj. Moim priorytetem było spełnienie wszystkich jego oczekiwań: jak się zachowywać, w jaki sposób myśleć, jak się ubierać, z kim się przyjaźnić… wierzyć w Boga, czy stwierdzić, że to zwykłe badziewie dla słabiaków i nudziarzy bez pomysłu na życie, którzy na pasterkę przychodzą trzeźwi (podpowiem tylko, że jedyną słuszną opcją było to drugie). W końcu udało mi się wpasować w jego wzorce, a trwało to kupę czasu, bo całe pięć lat (no ku&*a studia, całą magisterkę wtenczas można zrobić!). A po roku naszej, już oficjalnej, współpracy okazało się, że przez całe te sześć lat koleś potajemnie spotykał się z dziewczyną, którą poznał jeszcze przede mną. A nie dowiedziałabym się tego, gdyby nie to, że pewnego dnia wyszłam na autobus, by pojechać do rodziców, ale wróciłam do mieszkania po książkę, którą zapomniałam ze sobą zabrać w podróż. 10 minut mnie nie było, a oni już zdążyli uporać się z całym ceremoniałem, i już tylko odpalali jedną postkoitalną fajkę od drugiej.
Dziesięć minut. Wiesz, co wtedy zrobiłam?

Sebastian tym razem był naprawdę przejęty.

– Co? – zapytał, rozdziawiając swą japę.

– Zaczęłam się śmiać. Poklepałam dziewczynę po ramieniu, mówiąc „no, jeśli tyle ci wystarczy, to będziecie z sobą naprawdę szczęśliwi.” Wyszłam, pojechałam do rodziców, a kiedy po tygodniu mojej nieobecności wróciłam do mieszkania, wszystkie jego rzeczy już zniknęły. To było jak marzenie: wszystkie elementy klatki, w której żyłam przez sześć lat, tak po prostu zniknęły. A trzy miesiące później zakochana para pobrała się, o czym dowiedziałam się z fejs-zboka. Ja w tym czasie życzyłam im wszelkiego dobra, zaciągając się mentolowym papierosem, leżąc na łóżku, na którym palenie zabronione było przez całe pięć lat naszego przedziwnego trójkątnego związku. Życie stało się piękne, wreszcie odzyskało swój słodko-gorzki smak.

– Tooo… – zająknął się Sebastian, po naprawdę długiej chwili, kiedy już przekonana byłam, że gościu zasnął.

– Tak? – zapytałam wdzięcznym głosikiem.

– To jest niesamowite!

– Hmmm?

– Ty, silna kobieta, ze stricte zdroworozsądkowym spojrzeniem na świat i wydarzenia wokół ciebie – TY niby potrzebujesz terapii? Z jakiej ku%wa paki?!

Nie wiem, co zaskoczyło mnie bardziej: to, że Seba zaklął (co w jego wykonaniu zawsze brzmi jakby to chłopiec z katolickiej szkoły nagle powiedział „o, kurka wodna!”), czy to, że ktoś uznał moje myślenie za zdroworozsądkowe. Wiem tylko tyle, że to, co powiedziałam w następnej chwili, było jednym z najlepszych pomysłów (lub nawet był to najlepszy pomysł) w moim życiu:

– Sebastian, mam objawienie… Oboje przecież jesteśmy dziwolągami, każde z nas jest zdrowo je&nięte. Zaprzecz, jeśli pozwala ci na to etyka lekarska, czy co tam cię obowiązuje.

– Nie zaprzeczę… Prosta logika mi zabrania.

– No właśnie! A co w takim razie podpowiadałby nam podręcznik pana profesora Ziembińskiego?[1]

– EEE?

– Nie, ja myślę, że zabrzmiałoby to nieco bardziej elokwentnie. Na przykład: leczmy siebie nawzajem. Do normalności zapewne nigdy nie dojdziemy, ale może dzięki temu… Kurde, jasna dupa, zgubiłam wątek.

Skupiłam swój, zabiegany do tej pory, wzrok na szafce kuchennej. Niestety, nie pomagało to nijak w zebraniu rozsypanych dookoła myśli.

– Nieważne, i tak się zgadzam. Porada za poradę, jakoś się dogadamy.

Sebastian po raz kolejny zabłysnął. Jeszcze trochę, i się w nim zakocham.

Albo…

Hrrrrr….. hrrrr…. Hrhrrr….

Dobranoc.

[1] Zygmunt Ziembiński (1920 – 1966), profesor, teoretyk prawa, autor podręcznika Logika Praktyczna, którym witani są studenci poniektórych uczelni, zamiast tradycyjnego chleba i soli.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (6)

Dzień 13.

Trzynasty. No coś takiego.

Dla mnie nie jest to dzień pechowy – wręcz przeciwnie. Jak tu narzekać na świat, swoje popaprane życie i pokręcony umysł, kiedy ma się wolną chatę, lodówkę pełną żarcia i całkiem oryginalne filmy z torrentów?

No i oczywiście telefon wyłączony! Tu się odpoczywa! Od tego… no… koegzystowania z ludźmi, bycia dla nich miłymi, udawania, że uważam ich za fajnych, i przemilczania moich myśli na ich temat.

I nie muszę się ubierać, mogę sobie latać po mieszkaniu nagonagonagonagooooo!!

Po chwili:

No dobra, może niekoniecznie nago, bo trochę zimno. Będę latać w dresie i koszulce. Bez makijażu. Jakie to szczęście, że nie mam faceta, chyba żaden nie zniósłby na trzeźwo mojego widoku w tej chwili.

Ok, komputer z zestawem głośników – jest, wcale-nie-pirackie-filmy – są, ciasteczka, chipsy, popcorn – są, piwko – jest, dzbanek herbaty z cytryną – jest. Można się wykładać.

Dwie godziny później:

Ok, możliwe, że coś ze mną jest nie tak.

Trzy godziny później:

Idę dorobić herbaty. Litr to jednak za mało.

16:30:

Obejrzałam już dwie komedie romantyczne. Za chwilę albo rzygnę tęczą, albo zacznę zadawać retoryczne pytanie, poprzerywane szlochaniem: „dlaczeeego mnie nikt nie koooocha?”

19:00:

Ok, możliwe, że jest ze mną coś nie tak. Poryczałam się, oglądając drugą część Dziennika Bridget Jones. Nie wiem, czy to wina dwu (czy dwóch? Jak zwykle nie wiem!) butelek wypitych wprost z gwinta (a może z gwintu? nieee….), czy świadomość, że fikcyjna postać o podwójnym podbródku ma bogatsze życie erotyczne, czy to, że spędziłam cały dzień sama, pasywnie przybierając na wadze.

19:30:

Włączyłam telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od mamy. Tak. I jedno… od jakiegoś nieznanego mi numeru. I sms, wysłany z tego samego numeru.

Pani Arleto,

W związku z Pani aplikacją na stanowisko Asystentki Zarządu Firmy chciałabym zaprosić Panią na rozmowę kwalifikacyjną w dniu 01.12. (poniedziałek) na godzinę 13 na wskazany poniżej adres. Proszę potwierdzić przybycie.

Pozdrawiam

Anna Sobieraj

Szczena opadła mi tak nisko, że mogłabym sobie spokojnie zjeść całego Big Maca naraz.

Nigdzie nie wysyłałam żadnej aplikacji, a przynajmniej nie przypominam sobie, żebym ostatnio przerabiała kolejną falę poczucia winy w związku z byciem utrzymywaną przez mamę i dla załagodzenia tego uczucia wysyłała CV gdzie popadnie. Ostatnie takie zdarzenie miało miejsce jakiś miesiąc temu, o ile dobrze pamiętam.

Po chwili:

Zadzwoniłam do mamy. I wszystko jasne. Podała komuś moje, pożal się Boże, CV – a oni, o dziwo przyjęli je bez mrugnięcia okiem. Mimo że ledwo zdałam maturę, a potem jakoś przebrnęłam przez te moje studia. Kulturoznawstwo, przyszłościowa sprawa. Zapytałam mamę, co to w ogóle za firma, o co w niej chodzi, i co ja mam z tym fantem zrobić.

Rezultat? Po godzinie rozmowy nadal nie wiem, czego się spodziewać i jeśli pójdę na tę rozmowę, to chyba tylko dla beki. Ale cóż, może wreszcie coś ciekawego wydarzy się w tym moim prostym życiu.

Włączyłam radio.

W naszym mieście zarejestrowano nietypowe zdarzenie. Wczoraj w godzinach wieczornych, zakapturzona postać zakradła się na teren parku miejskiego z piłą ręczną i skierowała się w stronę słynnego mostku, na którym zakochani zatrzaskują symboliczne kłódki, mające oznaczać stałość ich uczucia. Niezidentyfikowany mężczyzna, bo według świadków był to osobnik płci męskiej, zbiegł z miejsca zdarzenia. Policja usiłuje uzyskać jakiekolwiek informacje na temat tego podejrzanego człowieka. Mieszkańcom sugeruje się pozostanie w mieszkaniach po zmroku, dla własnego bezpieczeństwa.

Wow. Ludzie są dziwni.

Zebrałam wszystkie brudne naczynia i podreptałam z nimi do kuchni, bekając głośno.

W zasadzie, ta postać, to mógł być dosłownie KAŻDY, prawda?

Dzień 14

2 w nocy:

Właśnie dzwonił Sebastian. To wcale nie jest dziwne. On tylko potrzebuje miejsca, by się gdzieś zatrzymać. I na pewno jest zupełnie trzeźwy, a ta czkawka to na pewno moja projekcja. No nic, może ja lepiej odgrzeję coś do żarcia i wstawię wodę na kawę. Tak na wszelki wypadek. On na pewno nie jest pijany.

15 minut później:

To wszystko jest tak dziwne, że wierzyć się nie chce. Sebastian przylazł do mnie z piłą ręczną. W ciemności wyglądał, jakby totalnie mu odpie*&oliło. A w świetle żarówki wcale nie wyglądał lepiej.

No dobra, prawie się posrałam ze strachu.

– Sebastian? Co jest grane? – zapytałam w końcu

– Arleeetkooo, kochanaa moooja! Odpiłowałem kłódkę! Hik… Jest na niej napisane… napisane jest…

Zaczął w dość nieskoordynowany sposób przetrząsać wszystkie kieszenie, chwiejąc się na wszystkie strony. Wreszcie wyjął jakieś żelastwo.

– Napisane jessst… Sebastian i zdzirrra, która złamała mu serce, oooo, zobacz! – krzyknął, podając mi pokiereszowaną kłódkę.

– Ciszej… obudzisz sąsiadów. – wyszeptałam, biorąc do ręki kłódkę. Nomen omen, widniał na niej napis „Marek + Arek kumple na wieczność”, co na pierwszy rzut oka wygląda dość niepodobnie do opisu podanego przez Sebastiana.

S. zaczął jeść sałatkę, którą przed chwilą wyjęłam z lodówki. Bez zbędnych wstępów, po prostu wsadził głowę do salaterki. Usiadłam, odrobinę przygnieciona zaistniałą sytuacją.

– Smakuje? – zapytałam – Bo leży w lodówce od jakiegoś tygodnia, właśnie się zastanawiałam, czy ją wyrzucić.

Mój niespodziewany gość gwałtownie odłożył salaterkę na bok i spojrzał na mnie z dziwnym wyrazem twarzy.

– Jesteś moją jedyną zaufaną osobą. Mogę ci coś powiedzieć?

Moje zaskoczenie mogło już chyba tylko piąć i piąć się w górę, nie było widoku na żadną dolinę, w perspektywie dostrzegałam jedynie szczyty pokroju K2.

– Wal. – wydusiłam z siebie, podejrzewając, że za chwilę tego pożałuję.

– Boję się, że już na zawsze zostanę sam. Znaliśmy się z Martą od urodzenia. Była… całym całym całyyyym moim światem. Nikogo poza nią nie dostrzegałem. W jej towarzystwie nie zauważałem nikogo innego.

– Tak, zrozumiałam.

– I… kiedy mnie rzuciła… stanął mi… przed oczami… cały ten czas… kiedy byliśmy razem…

Wyglądało na to, że naprawdę nie zważał na to, jak brzmiały jego słowa. Ale nie przerywałam, pozwalając mu się wygadać. W końcu wszystkie tego potrzebujemy.

– Na początku wprawdzie wściekłem się na nią, ale później zacząłem się zastanawiać, czy to wszystko nie była moja wina. Musiało przecież dziać się coś, czego nie zauważałem. Na pewno była ze mną nieszczęśliwa, brakowało jej czegoś. Za dużo pracowałem… albo za długo przesiadywałem z kolegami na piwie… im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem się winny.

– Tylko mi nie mów, że do niej zadzwoniłeś. – przerwałam mu stanowczo.

Spojrzał na mnie tym swoim pijacko-trzeźwym do bólu spojrzeniem.

– Nie… nie zdążyłem. Miałem zadzwonić po sesji z tobą. Ale dzięki tobie zamiast tego poszedłem na miasto.

– No i pięknie!

– …a zadzwoniłem dopiero nad ranem.

Facepalm. Chyba se ku&wa jaja człowieku robisz. No do ch%ja wafla.

– I co? – zapytałam zrezygnowana.

– Nie odebrała.

Fascynujące. Urzekła mnie ta historia.

Zapadła niezręczna cisza. Nie wiedziałam, czy S. skończył już swoje zwierzenia, więc nie proponowałam mu przejścia do łóżka mojej współlokatorki (nie byłam też przekonana, czy to dobry pomysł, ale wiedziałam, że nie był w stanie samodzielnie wrócić do swojego mieszkania).

– Posłuchaj… – wymamrotałam wreszcie – Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz?

Sebastian oderwał wzrok od podłogi, by, dla odmiany, przykuć je tym razem do okna.

– Pomóż mi.

Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (5)

Dzień 10.

Są takie dni, kiedy nawet szum w przewodach kanalizacyjnych, a także odległe kroki dobiegające zza okna potrafią sprawić ból fizyczny i egzystencjalny zarazem.

To jeden z tych dni.

Nawet pisać mi się o tym nie chce. Ale urodziny miałam przednie. Z tego, co pamiętam, chyba nawet śpiewaliśmy „Ona tańczy dla mnie” na balkonie, a panowie tańczyli dla pań. Tak, też na balkonie. Niewielkim balkonie.

Życie bywa piękne.

Idę spać, niniejszym odwołuję dzisiejszy dzień.

Dzień 11.

Dzisiaj dzwonił do mnie Sebastian. Powiedział, że potrzebna mi będzie jutro dodatkowa sesja. Dziwne, chyba niczego nie odwaliłam na imprezie urodzinowej. Ela twierdzi, że byłam słodka i niewinna. I tym razem byłam szalenie oficjalna: nikomu nie zarzucałam ramion na szyję, pytając, „eeej, a ty to mnie lubisz? To jak mnie lubisz, to się ze mną… hik… napij”.

Cóż, czas pokaże.

Dzień 12.

Przyszłam na sesję, z czerwonym zeszycikiem, oczywiście. Usadowiłam się wyprostowana na krześle, czekając na przyjście S.

– Cześć! – wykrzyknęłam na powitanie.

S. uśmiechnął się uprzejmie i spokojnie odpowiedział:

– Dzień dobry, Arleto.

O cholera. Już wiem, co muszą czuć bohaterowie filmu Piła, gdy słyszą słynne zdanie „I want to play a game”. Jeszcze dwa dni temu był na moich urodzinach, a teraz wraca ten formalny do bólu styl. Co to za gra? Dobry i zły Sebaterapeuta?!

Usiadł naprzeciw mnie i przyglądał mi się tak przez chwilę, nie wypowiadając ani słowa. Brrr. Naprawdę zaczęłam czuć się tak, jakby siedział przede mną Jigsaw. Złapałam się na tym, że raz na jakiś czas rzucałam spanikowane spojrzenie w stronę drzwi.

W końcu przemówił, nie odrywając ode mnie wzroku.

– A więc, Arleto. Od samego początku naszych spotkań, za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, zastanawiam się, z kim tak naprawdę mam do czynienia.

Głośno przełknęłam ślinę.

Bałam się spojrzeć mu w oczy, więc moje gałki oczne zaczęły wykonywać przedziwne ruchy we wszystkie strony świata.

Antyperspirant jakby przestał działać.

– Ostatnio udzieliłaś mi bardzo dobrej rady. Takiej, na którą mogłaby się zdobyć jedynie zdroworozsądkowa osoba. Brak przeżyć traumatycznych, relacje z rodzicami wyglądają na prawidłowe. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że wcale nie potrzebujesz terapii. Przypomnij mi, dlaczego i kto cię tutaj przysłał?

Aaaa, więc o to ta cała heca. Ufff…

– Emm… Przysłała mnie tutaj moja mama. Uznała, że jestem nieprzystosowana do życia, że za bardzo bujam w obłokach. Iiii… że jestem zobojętniała. Że moim naturalnym nastawieniem jest obojętność, albo, jak ona to mówi, sceptycyzm. No i ma nadzieję, że w końcu znajdę sobie pracę. – odpowiedziałam niemalże jednym tchem.

– Hmmm, hmmm, hmmmm…. Ciekawe. – wymruczał Pan S., skrzętnie notując coś w swoim zeszycie.

– Taaak… – wymruczałam, nie wiedząc, co powiedzieć.

S.jeszcze przez chwilę notował, aż nagle podniósł na mnie wzrok i zapytał:

– A co ty myślisz o sobie?

– Ja? Eee… Nie wiem…

– Powiedz na przykład, czy są jakieś drobne rzeczy, z których czerpiesz przyjemność? Zapach koszonej trawy, ciepła kąpiel… coś w ten deseń. Jest coś takiego?

Wow, ale się poważnie zrobiło.

Sporo tego. Lubię stać na samym brzegu krawężnika, gdy czekam na zielone światło, a samochody pędzące niemal przed samym moim nosem sprawiają, że czuję, że żyję.

Lubię też patrzeć na ludzi, których mijam na ulicy. Zapamiętuję ich twarze zastygłe w pozach, w których widzę ich przez ten ułamek sekundy, zanim mrugnę, zanim oni znikną z mojego życia bezpowrotnie.

– O, wiem. Lubię mówić „reszty nie trzeba”, gdy kupuję w sklepie bluzkę za 39,90 i wyjmuję 40zł.

Głośne westchnienie.

– A może… może inaczej… o czym rozmyślałaś, idąc tutaj, na to spotkanie? Czy kłębiły ci się w głowie jakieś tematy, które chciałabyś poruszyć?

Zamyśliłam się przez chwilę.

– Tak, w zasadzie to tak.

S. poprawił się na fotelu z wrażenia. Wyraźnie ucieszyła go moja reakcja.

– Dzisiaj, kiedy szłam przez park, przechodziłam przez taki mostek w stylu japońskim. Niezbyt pasował do ogólnego wystroju parku, ale mniejsza. No i na tym mostku…

S. ponownie zaczął zapadać się w sobie ze zniechęcenia.

– Na tym mostku były kłódeczki z inicjałami lub imionami par. I tak sobie pomyślałam, jakie to idiotyczne! Zakładam, że kiedy zakochani zamykają te swoje kłódeczki, spijając sobie z ust nektar miłosny i ćwierkając wyznania wiążące ich „do końca świata”, kluczyki wyrzucają gdzieś za siebie. No bo to przecież na zawsze. To co oni robią, jak ich związek nagle się zakończy, bo „to jednak nie było to”? I jak stwierdzą, że ten ich koniec świata to już? Idą tam pod osłoną nocy z palnikiem albo pilnikiem, czy inną piłką? Razem? Osobno? Komisyjnie? I które z nich – to, które zerwało, czy to z którym zerwano? Czy potrzebni są do tego świadkowie, by akt nabrał mocy prawnej uszanowanej przez wszechświat?

Nagle mój terapeuta zerwał się na równe nogi.

– Przepraszam, coś sobie przypomniałem. Dokończymy następnym razem – wymamrotał, po czym wybiegł z gabinetu.

I podobno to ja mam nierówno pod kopułką.

Z Pamiętnika Społecznego Dziwoląga (3)

Dzień 8.

czyli

Środa, godzina 16

Tak, poszłam ze swoim Dziennikiem na sesję do Sebastiana. Nie, nie doznałam cudownego uzdrowienia. Nie, nadal nie wiem, co mi właściwie jest.

Słaby bilans. Ale to nic, bo wydarzyło się coś naprawdę ciekawego.

Przyniosłam z sobą mój nowy czerwoniutki zeszyt, którego jeszcze nie zdążyłam zanadto pomiąć pośród najdziwniejszych rzeczy, które noszę w torebce. Mój porypany dziennik. I trzymałam go tak sobie na kolanach, święcie przekonana, że za chwilę padnie to pytanie:

– Arleta! A jak ci idzie spisywanie twoich porąbanych myśli?

Nie.

Zamiast tego, na początku usłyszałam pytania dotyczące mojego samopoczucia („jak się masz? Wyspana?”), obecnej pogody („co za koszmarna burza! Żeby tylko nie zaczęło rzucać gradem!”), a także – co jeszcze dziwniejsze – mojego OOTD[1] („nie będzie ci zimno w tych balerinach i spódnicy?”).

Miałam takie dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Zresztą, który facet pamięta nazwę tych płaskich damskich przyczłapów? OMG, chyba powraca nadzieja, że Sebastian jednak zostanie moją męską przyjaciółką.

Tak czy owak, następne pytanie brzmiało:

– Czy zdarza ci się rozmawiać z samą sobą?

Jasna dupa, no jasne, że tak. Oczywiście, że to robię. Mam do tego konstytucyjne prawo i nikt mi tego nie zabroni, bo to JESZCZE nie czyni ze mnie psychopatycznej osobowości, zagrażającej otoczeniu.

– Yyyy… Niee,  no coś ty, nigdy.

Auć. Miałam być szczera. No ale…

– Niedobrze.

No tym stwierdzeniem, nie powiem, odrobinę dźgnął mnie w schemat.

– Dlaczego? – zapytałam odrobinę zmieszana

– Bo to by znaczyło, że masz bardzo dużo nieuporządkowanych myśli, wspomnień, uczuć. Słowem, takie rozmawianie z sobą, oczywiście bez świadków, jest niezwykle pomocne w utrzymaniu tak zwanej higieny umysłu.

– Hmmmm… – zamyśliłam się, dochodząc do wniosku, że jednak prawda była tym razem odpowiedzią prawidłową na zadane mi pytanie.

– Co więcej, rozmawiając z tobą odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z bardzo konkretną i rozgarniętą osobą. Mało tego, jesteś także osobą inteligentną, co widać chociażby po tym, jak dokładnie analizujesz każde moje pytanie, zanim udzielisz jakiejkolwiek odpowiedzi. Daje mi to pewną podstawę do twierdzenia, że podczas sesji ze mną nie jesteś całkowicie szczera. Nadążasz?

Chyba zauważył mój szczękoopad.

– Yyyy… Oszywiśsie.

Rzucił mi to swoje badawcze spojrzenie, po czym ruszył w stronę konkluzji, wyrażonej niespotykanie stanowczym głosem:

– A ponieważ tak długo zastanawiasz się nad każdym pytaniem, to zapewne próbujesz przewidzieć, jaka powinna być prawidłowa odpowiedź, prawda?

Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Niby facet, ale mnie rozszyfrował. Nie doceniłam faktu, że jest jednak hybrydą. Czymś więcej, jak tylko facetem, bo rozmawiał ze mną i rzeczywiście był ciekaw tego, jakie jest moje zdanie. Cóż poradzę, że to dla mnie coś totalnie nowego?!?

Nieśmiało podniosłam oczy znad zeszytu i zapytałam niepewnie:

– Ale… No bo… Ja po prostu zawsze zastanawiam się, co powiedzieć, zanim puszczę parę z gęby. To źle?

Głęboki wdech Pana S. napełnił mnie przekonaniem, że to źle.

– Ok – pisnęłam – to może… zapyta mnie pan… yyy… ty… zapytasz mnie może o coś jeszcze?

Chyba miał mnie już dość. Męska primabalerina. Co on ku&wa wie o trudnych rozmowach? Mojej matki nie zna.

S. wyprostował się na swoim fotelu i spojrzał mi smutno w oczy.

– Za chwilę. Najpierw chcę, byś zrozumiała, że tutaj nie ma dobrych ani złych odpowiedzi. One przede wszystkim mają być twoje. Nie chcę się bawić w dedukcję, czy tym razem mówisz prawdę, czy może udzielasz mi odpowiedzi jak w rozmowie o pracę, próbując wyczuć, co chciałbym od ciebie usłyszeć. Ok?

Wyraźnie usłyszałam, że zatrząsł mu się głos. Niemożliwym było, żeby moja głupia terapia tak go wyprowadziła z równowagi. I wtedy zrobiłam coś dziwnego.

– Sebastianie, czy ciebie coś martwi? – zapytałam z troską.

Znowu spojrzał mi w oczy, po czym szybko oderwał wzrok i skierował twarz w stronę okna.

– Żartujesz sobie ze mnie. – odpowiedział obrażonym głosem, krzyżując ręce na piersi.

No tak, gdy kobieta mówi, że wszystko w porządku, to wszyscy wiemy, że jest w ch*j źle i dekadencko. Albo ma okres. Albo chłopak jej nie słucha. Albo ją rzucił. Albo…

Każdy powód jest dobry.

Błyskawicznie podjęłam męską decyzję. Rozsiadłam się szeroko na swoim krześle i pochyliłam się nieco w stronę S.

– Proszę, powiedz mi, co cię trapi. Czasem, żeby poczuć się lepiej, wystarczy powiedzieć na głos to, co w nas siedzi.

Nigdy jeszcze nie widziałam u nikogo tak zaskoczonego wyrazu twarzy. Ba, nigdy wcześniej nie widziałam łez w oczach faceta.

Patrzył tak przez chwilę w moją stronę, po czym wreszcie wypalił, czerwieniejąc na całej twarzy:

– RZUCIŁA MNIE! ROZUMIESZ? PO SZEŚCIU LATACH SZCZĘŚLIWEGO ZWIĄZKU POWIEDZIAŁA MI, ŻE OD TRZECH LAT SPOTYKA SIĘ JUŻ Z KIMŚ INNYM! PRZEZ CAŁY TEN CZAS MNIE OSZUKIWAŁA! MÓWIŁA, ŻE MNIE KOCHA! ŻE CHCE ZE MNĄ SPĘDZIĆ RESZTĘ SWOJEGO ŻYCIA! A WCZORAJ PO PROSTU PRZYSZŁA SIĘ ZE MNĄ POŻEGNAĆ! JAKIM CHORYM I POKRĘCONYM CZŁOWIEKIEM TRZEBA BYĆ, BY TAK KOGOŚ OSZUKIWAĆ?!?

Krew odpłynęła mi z twarzy i na chwilę zapomniałam, jak oddychać. Takiego Sebaterapeuty nigdy jeszcze nie widziałam. Wzięłam jednak głęboki oddech, po czym zabrałam się za kontynuację rozmowy:

– Widzę, że to jeszcze świeże wydarzenie… Na pewno wiele w tobie rozgoryczenia i sprzecznych emocji… W jednej chwili chcesz ją zabić, a w innej masz ochotę za nią pobiec i totalnie się zeszmacić, błagając, by wróciła.

– Skąd wiesz? – wysapał S. pomiędzy jednym szlochem a drugim.

– To akurat nieistotne. Sebastianie?

– Taaaak?

– Czy próbowałeś już może… Pójść na miasto z kumplami i nawalić się w cztery dupy, opowiadając wszystkim wokół, jaką zdzirą jest twoja była kobieta?

– Eeee… Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym.

Uśmiechnęłam się, podając mu kolejną chusteczkę.

– Tu się nie ma co zastanawiać, Sebastianie. To moje zalecenie. Do zobaczenia za tydzień o tej samej porze. I przynieś zdjęcia lub rachunki z lokali, żebym ci uwierzyła, że mnie posłuchałeś.

[1] Dla mniej trendy i hipsta ludu: OOTD = Outfit Of The Day, sprawdźta w słowniku.