Pamiętnik Społecznego Dziwoląga: Zmiany, zmiany, zmiany…

Dżizas, ależ ja długo nic nie pisałam… Stąd duże zaległości w wylewaniu doświadczeń na papier. Jestem jednocześnie zła, szczęśliwa, smutna, zmartwiona, usatysfakcjonowana i… jakby melancholijna. Czemu najpierw zła? Nie wiem sama. Mój obecny kumpel, a były psychoterapeuta (choć szczerze mówiąc nie tak całkiem były, bo nadal miewa zapędy do naprawiania świata, w tym mojego) uważa, że zwalanie złych nastrojów kobiety na to, że ma okres, to krzywdzące upraszczanie i sprowadzanie do schematów. „A przecież nie wolno upraszczać czegoś, co te sfochane pindy tak misternie splątały! Nie wolno tego naprawiać, niech se zobaczą, jaki bigos sobie co miesiąc gotują. I niech zadadzą sobie to zajebiście ważne pytanie: po co?” Hmm… w sumie to trochę niespójna wypowiedź, ale mniejsza…

„Zdrowie jest najważniejsze”, „lepiej dźwigać niż ścigać”, „ćwierkają jaskółki, że niedobre są spółki”, „kogo dupa nocą swędzi, temu rano śmierdzi palec”… Mądrości ludowych jest wiele. Statystyki wskazują wręcz, że jest ich około… w ch*j. Co prawda, poziom elokwencji wśród społeczeństwa zdaje się sukcesywnie zaniżać, ale starsze pokolenia: nasze matki, babcie, ciocie, panie sąsiadki i byłe wychowawczynie stały i nadal stoją na straży tychże mądrości. Zaraz zaraz… czyżbym właśnie poszła drogą seksizmu i zasugerowała, że mądrość niosą tylko kobiety? A gdzie tam!

Na czym ja to… A, tak. Mądrość ludowa. Zdrowy rozsądek. Twarde stąpanie po ziemi, przewidywanie, troska o najbliższych,[1] przygotowywanie jedzenia do pracy, robienie kawy do termosu na dłuższą podróż…[2] Ano właśnie, praca. Mojej mamie najwidoczniej znudziło się łożenie na mnie pieniędzy; opłacanie mi mieszkania, psychoanalityka, i innych atrakcji, i umówiła mnie na rozmowę o pracę. Nie żebym napisała jakieś CV, nie żebym ukończyła jakąkolwiek pożądaną przez pracodawców szkołę, nie to żebym szukała pracy. Nie wiem jak żyć z innymi ludźmi, nie mam pojęcia jak z nimi rozmawiać, wiecznie czuję się jak idiotka kiedy mam powiedzieć coś grupie osób, i odkładam wykonanie telefonu, kiedy potrzebuję przełożyć wizytę u lekarza. O cholera… a może jednak miała rację zapisując mnie do specjalisty…

Tego dnia ubrałam się w najporządniejsze rzeczy, jakie znalazłam na samym dnie szafy, uczesałam się (powiedzmy), nawet namalowałam sobie twarz i ogoliłam nogi(!) Zdecydowanie nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak dokładnie zadbałam o swój imaż, a jednak nie wymagało to ode mnie użycia kosiarki ani miotacza ognia. Wyszłam. Wzięłam z sobą nawet to śmieszne CV, które zmajstrowała moja matka, wpisując tam Bóg wie co (bałam się choćby rzucić okiem, wolałam być błogo nieświadoma).

I kiedy tak szłam pod wybrany adres i obserwowałam ludzi biegnących to na autobus, to do pracy, to znowu w bliżej nieokreślonym kierunku, tknęła mnie myśl: jeśli dostanę tę pracę, to każde moje wyjście z mieszkania będzie miało konkretny cel, skończą się moje bezcelowe eskapady o świcie… Parsknęłam śmiechem. „Jakie eskapady o świcie?!” – zapytałam sama siebie. Jakaś kobiecina w nonszalancko rozpiętym płaszczu ukazującym elegancką garsonkę, spojrzała na mnie z niesmakiem i pognała w stronę Business Parku. Ech, no tak. Korpo… Mogłam to przewidzieć.

infografika_blog-rozmowa_o_prace-021

Przynajmniej ładniej wyglądałam niż ta kobitka na obrazku, o!Źródło: https://blog.isivi.pl/najczestsze-bledy/

Adres się zgadzał, więc pozostawało tylko odszukać siedzibę firmy Kantock Services. Firmy, która zajmowała się tym całym cholera-wie-czym, bo tak naprawdę mimo przestudiowania całej Wikipedii, wciąż ni w ząb nie rozumiem tego cholerstwa.

Weszłam do biurowca numer A31 i podeszłam nieśmiało do portiera, który wyglądał jakby nie przespał kilku nocy pod rząd.

– Dzień dobry – zaczepiłam grzecznie.

– Taag? – zapytał pan portier.

– Jestem umówiona na rozmowę. Firma Kantock Services.

Pan portier spojrzał w stojący przed nim monitor, kliknął parę razy i wklepał coś klawiaturą w komputer.

– Nazwissko? – zapytał przeciągle

– Weiss.

– …I dokument poproszę.

Sięgnęłam po mój dowód osobisty, o który już dawno nikt mnie nie prosił, nawet w sklepie z alkoholem.

Pan portier zerknął, sprawdził, poprawił pasa, który najwidoczniej uwierał go w sporych rozmiarów mięsień piwny, a następnie wcisnął jakiś guziczek, a bramy Sezamu rozstąpiły się przede mną.

„Wejście jak na lotnisko…”, przeszło mi przez myśl.

– Wylecieć stąd można zawsze – mruknął portier pod nosem, skinieniem zapraszając mnie do bramki.

Kiedy na niego spojrzałam, nie będąc pewna, czy się nie przesłyszałam, mrugnął do mnie i zapewnił zawadiacko:

– Nic-niiiic, proszę przechodzić…

Wjechałam na dwudzieste piętro i zastukałam w oszkloną szybę. Kolejne wejście na kartę magnetyczną. Brakuje tylko radiowęzłów, pasiaków, i miejsc odosobnienia. A, nie, przepraszam, jednak każdy miał swoją zagrodę, jak na prawdziwego korporolnika przystało. Widziałam zza szyby, jak każdy pracował w swojej celi odosobnienia. Już-już miałam uciekać, ale drzwi bzzzytnęły, a pani w recepcji spojrzała na mnie pytająco.

Nacisnęłam klamkę i weszłam. Ukłoniłam się, dzieńdobrnęłam i przedstawiłam cel mojej wizyty. Pani recepcjonistka przywitała mnie uśmiechem firmowym i zachęciła, bym sobie „spoczęła” obok innych kandydatów.

Inni kandydaci. Tego nie przewidziałam.

Ale no dobrze. Cofnęłam się o parę kroków i zasiadłam na czarnej skórzanej kanapie, która skądinąd przypominała mi o pewnym gatunku filmowym dla koneserów niemieckiego kina niemego. Przemknęło mi przez myśl, że przecież rodzona matka nie wysłałaby mnie na casting filmowy. Nie mam wystarczająco dobrej dykcji.

Czułam się jak przed jednym z egzaminów ustnych na studiach. Przed takim, przed którym musiałam wbić sobie do głowy nazwisko wykładowcy, nie żywiąc najwątlejszej nadziei, że spamiętam imię.

Współkandydaci przyglądali mi się jakoś tak dziwnie, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopóty, dopóki nie uświadomiłam sobie, że założyłam moją najlepszą spódnicę (pseudo-skórzaną mini) i białą elegancką bluzkę (z dekoltem na pół cycków, bo wszystkie inne były niewyprane), a w rajstopach poszło mi oczko.

Tylko spokojnie, tylko spokojne. Po prostu jesteś ofiarą klasycznego koszmaru na jawie. Grunt, że nie okazało się, że siedzisz tutaj zupełnie naga. Oddychaj…

Hhhhh Hhhhh Hhhhh Hhhhhh

Nie, to nie pomogło.

W popłochu skierowałam się w stronę toalety, która na szczęście znajdowała się tuż obok. Wskoczyłam do kabiny, w której zdjęłam nieszczęsne rajstopy, podciągnęłam dekolt bluzki do góry ile tylko się dało, a spódnicę zsunęłam niemal na brzeg tyłka. Szerokim szalem owinęłam się jak kocem, żeby osłonić moją niedopuszczalną goliznę. Poprawiłam makijaż, żeby odciągał uwagę od nieudolnej reszty obrazu. Pomknęłam znów na kanapę i usiadłam, powtarzając sobie w myślach, że właściwie to nie mam nic do stracenia. Najwyżej ocenią mnie po wyglądzie i zauważą, że jednak maszynka, którą goliłam nogi była już trochę tępa.

Ale skoro Frida Kahlo została docenianą artystką mimo wąsa i pojedynczej brwi, to czymże wobec bezmiaru jej zarostu są moje niedogolone nogi? Tak, ta myśl pomogła.

Każdy z kandydatów patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem. Na oko wszyscy w moim wieku. Czyli papieroski kupować już mogą, ale jeszcze nie mają ulubionego kremu przeciwzmarszczkowego. Wszyscy ubrani galowo, granatowo- lub czarno-biało, z teczkami lub eleganckimi torebkami wciśniętymi w spocone dłonie. Wszyscy przejęci, jakby od tej rozmowy miała zależeć reszta ich życia. Właściwie, może tak nawet było… ale tylko na pierwszy rzut oka.

Otworzyły się drzwi, zza których wychynęła zgrabna blondynka w idealnie skrojonym kostiumie. Z jej pokrytej nienagannym makijażem twarzy dobyły się cztery słowa:

– Zapraszam panią Arletę Weiss.

Wzięłam głęboki oddech i weszłam do maleńkiej sali konferencyjnej. W środku czekała na mnie jeszcze jedna niewiasta: pani Wirginia Małek, cośtamcośtam manager; natomiast pani odźwierna okazała się być Anizją (!) Knop, dżunior rekruterką.

– Dzień dobry, pani Arleto. Dziękujemy, że zechciała pani przyjść na rozmowę w sprawie pracy w naszej firmie. Proszę usiąść, proszę się rozgościć. Może szklankę wody?

Pani Wirginia była nader uprzejma. Poprosiłam więc o wodę i zasiadłam, czując jak krew zaczyna żwawo krążyć w mojej głowie, wytwarzając rozpraszający mnie szum. Przez myśl przemknęło mi, czy i one mogły słyszeć szaleńczy bieg moich krwinek po biednym, długo nieużywanym mózgu.

– Pani Arleto. Proszę się przedstawić, opowiedzieć coś o swoich zainteresowaniach, może też o swoim doświadczeniu zawodowym?

No to klops. Jak tu opowiadać o czymś, co nie istnieje? Przełknęłam ślinę i zaczęłam mówić. Z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem powoli docierało do mnie, że przecież i tak nie miałam nic do stracenia.

– Mam na imię Arleta. To imię zawdzięczam mojej matce, która za kwestię honoru obrała sobie cel, bym była kimś wyjątkowym i nieszablonowym. Oraz, żeby zawołanie mnie po imieniu, gdy przychodziła odebrać mnie z przedszkola, wystarczyło by wziąć za rączkę właściwe dziecko. Za namową tej samej kobiety stawiłam się w tym miejscu. Nie wiem, kogo poprosiła ani jaką otrzymałam rekomendację, ale jeśli mnie zatrudnicie, w rzeczy samej będziecie mieli do czynienia z osobą nieszablonową. Niedoświadczoną w korporacyjnym fachu, ale gotową żeby w nim zaistnieć. Jeśli natomiast nie będą państwo zainteresowani współpracą ze mną, to wrócę do mieszkania, przebiorę się w dres i usiądę przed telewizorem żeby kolejny raz oglądać Przyjaciół.

Miny rekrutujących mnie pań wyrażały niewysłowione emocje. Od zaskoczenia, przez rozbawienie, zniesmaczenie, oburzenie, jak i zrozumienie. Możliwe, że przesadziłam, ale przecież do odważnych świat należy.

– Bardzo odważne sformułowanie. Podoba mi się. – skomentowała Anizja – a jakie jest pani doświadczenie zawodowe?

Cholera… Zamilkłam.

Wirginia spiesznie wyjęła CV i położyła je przed Anizją. Ta spojrzała niechętnie na kartkę i, sądząc po jej minie, zdziwiła się przeogromnie.

– Więc… Wróci pani do mieszkania, jeśli pani nie zatrudnimy? – zapytała

– No tak…

– I będzie pani oglądała Przyjaciół?

– Tak.

– Z Jennifer Aniston.

Pomyślałam, że to chyba najdziwniejsza rozmowa kwalifikacyjna świata.

– Tak.

– Tą samą, której menedżerką rozwoju osobistego była pani przez ostatnie trzy lata?

Yyyy… co? Co ta moja matka… Wpisała coś, w co przecież nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy. Nie ma takich idiotów na ziemi. Ale jak reżyser każe, aktor musi grać.

– Dokładnie tę samą.

– Wie pani… to może przejdźmy na język angielski.

Zdecydowanie nie wyglądała na taką, która łyknęłaby równie absurdalne kłamstwo.

A jednak, po przegadaniu około dwudziestu minut w języku angielskim, omówieniu pogody, filmów, seriali, zainteresowań, a także moich niby-studiów, zarówno menedżerka, jak i rekruterka zdawały się mnie polubić. Nie obiecywałam sobie jednak zbyt wiele. W sumie i tak nie chciałam tej pracy…

W tym momencie do sali konferencyjnej wbiegł jakiś facet w krawacie, spanikowany i krzyczący wniebogłosy:

– Nie, to się nie uda! Nie dam rady! Przez ten audyt wszyscy stąd wylecimy!

Dopiero wtedy nas zauważył, i w tej samej chwili szepnął drżącym głosem:

– Przepraszam, nie wiedziałem…

Wirginia i Anizja siedziały jak wryte.

– Niech się pan nie martwi. – uśmiechnęłam się – Jeżeli w wyniku audytu nie zostanie udowodnione oszustwo bądź przestępstwo, to nikt nie ma prawa wylecieć. A jeśli są błędy w procedurach lub zarządzaniu, to po prostu przez jakiś czas będzie więcej roboty. Tylko spokój. Najgorsze, co może pan zrobić, to pokazać się audytorowi w tym stanie.

Moja mama wiele razy powtarzała to swoim współpracownikom przez telefon. A jednak, czegoś się od niej nauczyłam…

Pewna, że i tak rozmowa o pracę nie dawała mi szansy na zatrudnienie, wstałam, pożegnałam się z wszystkimi uściśnięciem dłoni, a następnie wyszłam z sali i poprosiłam recepcjonistkę o otworzenie mi drzwi.

A następnego dnia dowiedziałam się, że firma Kantock Services proponuje mi pracę na stanowisku pod przepiękną polską nazwą In-site Coaching Specialist. Przyjęłam. Co tu dużo mówić, zaapruwowałam ten czelendż.

[1] wersja dla singli, socjopatów, i karierowiczów: rozwój osobisty

[2] przyznajcie się, też myśleliście, że pisze się „do termosa”! Ja owszem…

Reklamy