Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (5)

Dzień 10.

Są takie dni, kiedy nawet szum w przewodach kanalizacyjnych, a także odległe kroki dobiegające zza okna potrafią sprawić ból fizyczny i egzystencjalny zarazem.

To jeden z tych dni.

Nawet pisać mi się o tym nie chce. Ale urodziny miałam przednie. Z tego, co pamiętam, chyba nawet śpiewaliśmy „Ona tańczy dla mnie” na balkonie, a panowie tańczyli dla pań. Tak, też na balkonie. Niewielkim balkonie.

Życie bywa piękne.

Idę spać, niniejszym odwołuję dzisiejszy dzień.

Dzień 11.

Dzisiaj dzwonił do mnie Sebastian. Powiedział, że potrzebna mi będzie jutro dodatkowa sesja. Dziwne, chyba niczego nie odwaliłam na imprezie urodzinowej. Ela twierdzi, że byłam słodka i niewinna. I tym razem byłam szalenie oficjalna: nikomu nie zarzucałam ramion na szyję, pytając, „eeej, a ty to mnie lubisz? To jak mnie lubisz, to się ze mną… hik… napij”.

Cóż, czas pokaże.

Dzień 12.

Przyszłam na sesję, z czerwonym zeszycikiem, oczywiście. Usadowiłam się wyprostowana na krześle, czekając na przyjście S.

– Cześć! – wykrzyknęłam na powitanie.

S. uśmiechnął się uprzejmie i spokojnie odpowiedział:

– Dzień dobry, Arleto.

O cholera. Już wiem, co muszą czuć bohaterowie filmu Piła, gdy słyszą słynne zdanie „I want to play a game”. Jeszcze dwa dni temu był na moich urodzinach, a teraz wraca ten formalny do bólu styl. Co to za gra? Dobry i zły Sebaterapeuta?!

Usiadł naprzeciw mnie i przyglądał mi się tak przez chwilę, nie wypowiadając ani słowa. Brrr. Naprawdę zaczęłam czuć się tak, jakby siedział przede mną Jigsaw. Złapałam się na tym, że raz na jakiś czas rzucałam spanikowane spojrzenie w stronę drzwi.

W końcu przemówił, nie odrywając ode mnie wzroku.

– A więc, Arleto. Od samego początku naszych spotkań, za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, zastanawiam się, z kim tak naprawdę mam do czynienia.

Głośno przełknęłam ślinę.

Bałam się spojrzeć mu w oczy, więc moje gałki oczne zaczęły wykonywać przedziwne ruchy we wszystkie strony świata.

Antyperspirant jakby przestał działać.

– Ostatnio udzieliłaś mi bardzo dobrej rady. Takiej, na którą mogłaby się zdobyć jedynie zdroworozsądkowa osoba. Brak przeżyć traumatycznych, relacje z rodzicami wyglądają na prawidłowe. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że wcale nie potrzebujesz terapii. Przypomnij mi, dlaczego i kto cię tutaj przysłał?

Aaaa, więc o to ta cała heca. Ufff…

– Emm… Przysłała mnie tutaj moja mama. Uznała, że jestem nieprzystosowana do życia, że za bardzo bujam w obłokach. Iiii… że jestem zobojętniała. Że moim naturalnym nastawieniem jest obojętność, albo, jak ona to mówi, sceptycyzm. No i ma nadzieję, że w końcu znajdę sobie pracę. – odpowiedziałam niemalże jednym tchem.

– Hmmm, hmmm, hmmmm…. Ciekawe. – wymruczał Pan S., skrzętnie notując coś w swoim zeszycie.

– Taaak… – wymruczałam, nie wiedząc, co powiedzieć.

S.jeszcze przez chwilę notował, aż nagle podniósł na mnie wzrok i zapytał:

– A co ty myślisz o sobie?

– Ja? Eee… Nie wiem…

– Powiedz na przykład, czy są jakieś drobne rzeczy, z których czerpiesz przyjemność? Zapach koszonej trawy, ciepła kąpiel… coś w ten deseń. Jest coś takiego?

Wow, ale się poważnie zrobiło.

Sporo tego. Lubię stać na samym brzegu krawężnika, gdy czekam na zielone światło, a samochody pędzące niemal przed samym moim nosem sprawiają, że czuję, że żyję.

Lubię też patrzeć na ludzi, których mijam na ulicy. Zapamiętuję ich twarze zastygłe w pozach, w których widzę ich przez ten ułamek sekundy, zanim mrugnę, zanim oni znikną z mojego życia bezpowrotnie.

– O, wiem. Lubię mówić „reszty nie trzeba”, gdy kupuję w sklepie bluzkę za 39,90 i wyjmuję 40zł.

Głośne westchnienie.

– A może… może inaczej… o czym rozmyślałaś, idąc tutaj, na to spotkanie? Czy kłębiły ci się w głowie jakieś tematy, które chciałabyś poruszyć?

Zamyśliłam się przez chwilę.

– Tak, w zasadzie to tak.

S. poprawił się na fotelu z wrażenia. Wyraźnie ucieszyła go moja reakcja.

– Dzisiaj, kiedy szłam przez park, przechodziłam przez taki mostek w stylu japońskim. Niezbyt pasował do ogólnego wystroju parku, ale mniejsza. No i na tym mostku…

S. ponownie zaczął zapadać się w sobie ze zniechęcenia.

– Na tym mostku były kłódeczki z inicjałami lub imionami par. I tak sobie pomyślałam, jakie to idiotyczne! Zakładam, że kiedy zakochani zamykają te swoje kłódeczki, spijając sobie z ust nektar miłosny i ćwierkając wyznania wiążące ich „do końca świata”, kluczyki wyrzucają gdzieś za siebie. No bo to przecież na zawsze. To co oni robią, jak ich związek nagle się zakończy, bo „to jednak nie było to”? I jak stwierdzą, że ten ich koniec świata to już? Idą tam pod osłoną nocy z palnikiem albo pilnikiem, czy inną piłką? Razem? Osobno? Komisyjnie? I które z nich – to, które zerwało, czy to z którym zerwano? Czy potrzebni są do tego świadkowie, by akt nabrał mocy prawnej uszanowanej przez wszechświat?

Nagle mój terapeuta zerwał się na równe nogi.

– Przepraszam, coś sobie przypomniałem. Dokończymy następnym razem – wymamrotał, po czym wybiegł z gabinetu.

I podobno to ja mam nierówno pod kopułką.

Z Pamiętnika Społecznego Dziwoląga (3)

Dzień 8.

czyli

Środa, godzina 16

Tak, poszłam ze swoim Dziennikiem na sesję do Sebastiana. Nie, nie doznałam cudownego uzdrowienia. Nie, nadal nie wiem, co mi właściwie jest.

Słaby bilans. Ale to nic, bo wydarzyło się coś naprawdę ciekawego.

Przyniosłam z sobą mój nowy czerwoniutki zeszyt, którego jeszcze nie zdążyłam zanadto pomiąć pośród najdziwniejszych rzeczy, które noszę w torebce. Mój porypany dziennik. I trzymałam go tak sobie na kolanach, święcie przekonana, że za chwilę padnie to pytanie:

– Arleta! A jak ci idzie spisywanie twoich porąbanych myśli?

Nie.

Zamiast tego, na początku usłyszałam pytania dotyczące mojego samopoczucia („jak się masz? Wyspana?”), obecnej pogody („co za koszmarna burza! Żeby tylko nie zaczęło rzucać gradem!”), a także – co jeszcze dziwniejsze – mojego OOTD[1] („nie będzie ci zimno w tych balerinach i spódnicy?”).

Miałam takie dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Zresztą, który facet pamięta nazwę tych płaskich damskich przyczłapów? OMG, chyba powraca nadzieja, że Sebastian jednak zostanie moją męską przyjaciółką.

Tak czy owak, następne pytanie brzmiało:

– Czy zdarza ci się rozmawiać z samą sobą?

Jasna dupa, no jasne, że tak. Oczywiście, że to robię. Mam do tego konstytucyjne prawo i nikt mi tego nie zabroni, bo to JESZCZE nie czyni ze mnie psychopatycznej osobowości, zagrażającej otoczeniu.

– Yyyy… Niee,  no coś ty, nigdy.

Auć. Miałam być szczera. No ale…

– Niedobrze.

No tym stwierdzeniem, nie powiem, odrobinę dźgnął mnie w schemat.

– Dlaczego? – zapytałam odrobinę zmieszana

– Bo to by znaczyło, że masz bardzo dużo nieuporządkowanych myśli, wspomnień, uczuć. Słowem, takie rozmawianie z sobą, oczywiście bez świadków, jest niezwykle pomocne w utrzymaniu tak zwanej higieny umysłu.

– Hmmmm… – zamyśliłam się, dochodząc do wniosku, że jednak prawda była tym razem odpowiedzią prawidłową na zadane mi pytanie.

– Co więcej, rozmawiając z tobą odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z bardzo konkretną i rozgarniętą osobą. Mało tego, jesteś także osobą inteligentną, co widać chociażby po tym, jak dokładnie analizujesz każde moje pytanie, zanim udzielisz jakiejkolwiek odpowiedzi. Daje mi to pewną podstawę do twierdzenia, że podczas sesji ze mną nie jesteś całkowicie szczera. Nadążasz?

Chyba zauważył mój szczękoopad.

– Yyyy… Oszywiśsie.

Rzucił mi to swoje badawcze spojrzenie, po czym ruszył w stronę konkluzji, wyrażonej niespotykanie stanowczym głosem:

– A ponieważ tak długo zastanawiasz się nad każdym pytaniem, to zapewne próbujesz przewidzieć, jaka powinna być prawidłowa odpowiedź, prawda?

Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Niby facet, ale mnie rozszyfrował. Nie doceniłam faktu, że jest jednak hybrydą. Czymś więcej, jak tylko facetem, bo rozmawiał ze mną i rzeczywiście był ciekaw tego, jakie jest moje zdanie. Cóż poradzę, że to dla mnie coś totalnie nowego?!?

Nieśmiało podniosłam oczy znad zeszytu i zapytałam niepewnie:

– Ale… No bo… Ja po prostu zawsze zastanawiam się, co powiedzieć, zanim puszczę parę z gęby. To źle?

Głęboki wdech Pana S. napełnił mnie przekonaniem, że to źle.

– Ok – pisnęłam – to może… zapyta mnie pan… yyy… ty… zapytasz mnie może o coś jeszcze?

Chyba miał mnie już dość. Męska primabalerina. Co on ku&wa wie o trudnych rozmowach? Mojej matki nie zna.

S. wyprostował się na swoim fotelu i spojrzał mi smutno w oczy.

– Za chwilę. Najpierw chcę, byś zrozumiała, że tutaj nie ma dobrych ani złych odpowiedzi. One przede wszystkim mają być twoje. Nie chcę się bawić w dedukcję, czy tym razem mówisz prawdę, czy może udzielasz mi odpowiedzi jak w rozmowie o pracę, próbując wyczuć, co chciałbym od ciebie usłyszeć. Ok?

Wyraźnie usłyszałam, że zatrząsł mu się głos. Niemożliwym było, żeby moja głupia terapia tak go wyprowadziła z równowagi. I wtedy zrobiłam coś dziwnego.

– Sebastianie, czy ciebie coś martwi? – zapytałam z troską.

Znowu spojrzał mi w oczy, po czym szybko oderwał wzrok i skierował twarz w stronę okna.

– Żartujesz sobie ze mnie. – odpowiedział obrażonym głosem, krzyżując ręce na piersi.

No tak, gdy kobieta mówi, że wszystko w porządku, to wszyscy wiemy, że jest w ch*j źle i dekadencko. Albo ma okres. Albo chłopak jej nie słucha. Albo ją rzucił. Albo…

Każdy powód jest dobry.

Błyskawicznie podjęłam męską decyzję. Rozsiadłam się szeroko na swoim krześle i pochyliłam się nieco w stronę S.

– Proszę, powiedz mi, co cię trapi. Czasem, żeby poczuć się lepiej, wystarczy powiedzieć na głos to, co w nas siedzi.

Nigdy jeszcze nie widziałam u nikogo tak zaskoczonego wyrazu twarzy. Ba, nigdy wcześniej nie widziałam łez w oczach faceta.

Patrzył tak przez chwilę w moją stronę, po czym wreszcie wypalił, czerwieniejąc na całej twarzy:

– RZUCIŁA MNIE! ROZUMIESZ? PO SZEŚCIU LATACH SZCZĘŚLIWEGO ZWIĄZKU POWIEDZIAŁA MI, ŻE OD TRZECH LAT SPOTYKA SIĘ JUŻ Z KIMŚ INNYM! PRZEZ CAŁY TEN CZAS MNIE OSZUKIWAŁA! MÓWIŁA, ŻE MNIE KOCHA! ŻE CHCE ZE MNĄ SPĘDZIĆ RESZTĘ SWOJEGO ŻYCIA! A WCZORAJ PO PROSTU PRZYSZŁA SIĘ ZE MNĄ POŻEGNAĆ! JAKIM CHORYM I POKRĘCONYM CZŁOWIEKIEM TRZEBA BYĆ, BY TAK KOGOŚ OSZUKIWAĆ?!?

Krew odpłynęła mi z twarzy i na chwilę zapomniałam, jak oddychać. Takiego Sebaterapeuty nigdy jeszcze nie widziałam. Wzięłam jednak głęboki oddech, po czym zabrałam się za kontynuację rozmowy:

– Widzę, że to jeszcze świeże wydarzenie… Na pewno wiele w tobie rozgoryczenia i sprzecznych emocji… W jednej chwili chcesz ją zabić, a w innej masz ochotę za nią pobiec i totalnie się zeszmacić, błagając, by wróciła.

– Skąd wiesz? – wysapał S. pomiędzy jednym szlochem a drugim.

– To akurat nieistotne. Sebastianie?

– Taaaak?

– Czy próbowałeś już może… Pójść na miasto z kumplami i nawalić się w cztery dupy, opowiadając wszystkim wokół, jaką zdzirą jest twoja była kobieta?

– Eeee… Szczerze mówiąc, nie myślałem o tym.

Uśmiechnęłam się, podając mu kolejną chusteczkę.

– Tu się nie ma co zastanawiać, Sebastianie. To moje zalecenie. Do zobaczenia za tydzień o tej samej porze. I przynieś zdjęcia lub rachunki z lokali, żebym ci uwierzyła, że mnie posłuchałeś.

[1] Dla mniej trendy i hipsta ludu: OOTD = Outfit Of The Day, sprawdźta w słowniku.