Pamiętnik Społecznego Dziwoląga (4)

Dzień 9.

Zastanawiam się, czy dobrze się stało, że wczoraj doradziłam – czy może raczej zaleciłam – mojemu terapeucie wyjście z kumplami na alkolibacyjne wojaże po mieście. Swoją drogą, ciekawe, czy mnie posłuchał. A jeśli posłuchał, to mam nadzieję, że nikt mu nie obił ryła, i że wrócił do domu w jednym kawałku.

A z takich mniej interesujących spraw, dzisiaj dzwoniła do mnie mama. Yhh… To nie tak, że mam do niej jakiś uraz, albo że relacje między nami są chore, czy że uciekłam z domu w wieku szesnastu lat i zamieszkałam z 10 lat starszym ode mnie facetem. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Ona po prostu jest… kobietą-terminatorem. Schemat zazwyczaj jest ten sam (drobne zmiany i niuanse od czasu do czasu):

  1. Dzwoni telefon, wyświetla mi się fota mojej mamy z dnia jej 50-tych urodzin, z lekko przechyloną lampką wina w prawej ręce, z aparatem w prawej i papierosem w ustach, próbującej ustawić kogoś do zdjęcia (oficjalnie zdjęcie usunęłam na jej prośbę).
  2. Moment wahania – odebrać, czy nie? – czy jestem dziś osobą o mocnych nerwach?? – czy przeżyję dziennikarski nalot mojej rodzicielki??
  3. Odbieram zdecydowanym „halo?”
  4. Temat pierwszy: „Co u ciebie słychać?” – przyjazny ton ma na celu odwrócenia mojej uwagi.
  5. Temat drugi: „Jak tam terapia? Mam nadzieję, że na nią chodzisz, bo płacę za nią grube pieniądze!”
  6. Temat trzeci: „A właśnie, skoro o pieniądzach mowa… Znalazłaś już pracę?”
  7. Temat czwarty: „Wiedziałaś, że Aneta… ta, co z nią chodziłaś do podstawówki, schudła 20 kilo i wyszła za jakiegoś biznesmena?
  8. Temat piąty: „A ty jak tam, znalazłaś swojego… KAWALERA?”
  9. Blablabla…
  10. Babla… ale ta pogoda wariuje… blablabla…
  11. Przyjedź … blablablabla… do domu! Zadzwoń czasem! Paaa!

Krótko mówiąc, mama jest mistrzynią tematów niewygodnych. A jej pytania sprawiają, że nieraz czuję się winna, udzielając niezgodnych z prawdą odpowiedzi – ale te szczere najzwyczajniej nie pasowałyby do klucza.

Terapia? Super, ostatnio to ja pomagałam mojemu terapeucie, a sama wciąż nie wiem, co ze mną jest nie tak.

Szukanie pracy? Nie wiem, gdzieś tam musi sobie być jakaś praca.

Czy znalazłam „kawalera”… Owszem, nie jednego i nie dwóch, ale prędzej czy później orientują się, z kim tak naprawdę mają do czynienia i uciekają tak szybko, na ile prawa fizyki im pozwalają. Co więcej, oni także znajdują mnie. Ale zwykle są to panowie chodzący latem w płaszczu, sprzedawca w pobliskiej Biedrze, który wiecznie patrzy mi na tyłek i myśli, że nie widzę, lub też dziwny łysiejący typ spod piątki, który twierdzi, że mnie kocha.

Gdyby ktoś chciał napisać o mnie Harlequina, rozmiarem przypominałby instrukcję obsługi zapałek.

No i cóż, obudziła mnie rano tym telefonem i można było się pożegnać ze słodkimi snami. Spojrzałam na telefon.

– Ło ku&wa. 12:30. Heraklit miał rację, wszystko płynie. Lub raczej ZAPIE%^ALA.

Mojej współlokatorki już nie było. Zresztą, prawie nigdy jej nie widuję. Zwykle nocuje u swojego chłopaka Roberta. Nie zdążyłam jej poznać za dobrze, ale zawsze wiem, kiedy dziewczyna ma okres. To te dni, kiedy nocuje u siebie.

Ekhem. No i co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Przywdziałam moje przetarte kapcie w kształcie świnek i podreptałam do kuchni.

Na lodówce, pośród sterty innych notatek, wisiała kartka z wiadomością od Ilony:

„Pojechałam do rodziców na dwa tygodnie – tak że nie martw się o mnie, a i postaram się przywieźć coś do jedzenia!!!”
Ania

No, i takie notatki to ja lubię.

Wyjęłam z lodówki wczorajszą pizzę i odgrzałam ją w mikrofalówce. Najważniejsze to zdrowo się odżywiać! Odsunęłam nogą krzesło i usiadłam przy laptopie. Poranny „check” fejsa. Faktycznie, Aneta wyszła za mąż. Ale z tym schudnięciem to było lekko przesadzone info. No i facet nie za przystojny, pewnie wnętrze portfela ładniejsze.

Tak, wiem, wredota. Ale po drugiej kawie zwykle się uczłowieczam.

Scroll, scroll, scroll…

O, kolega kupił nowy samochód… Like.

Scroll, scroll, scroll…

Promocja w Reserved. Szkoda, że muszę zapłacić czynsz…

Scroll…

Nic ciekawego.

Scroll, scroll…

Mój były złamał rękę. O, jak mi przykro. Nie będzie mógł chodzić z tą tępą dzidą za rękę.

Oczywiście, to nie tak, że go nienawidzę albo życzę mu źle. Ale skoro to on zerwał ze mną, to przecież wszechświat powinien stać po mojej stronie i darzyć mnie szczęściem, by zrekompensować kilogramy, których mi przybyło po rozstaniu, o!

A tak właściwie, to próbuję sobie przypomnieć, jak to między nami było… Wiem, że poznaliśmy się w księgarni – złapaliśmy za tę samą książkę, ostatni egzemplarz na półce. Najpierw gościa zbluzgałam i zaczęłam wyrywać mu książkę z ręki, potem podniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, że wylądował na podłodze, a następnie rozejrzałam się, by zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy zamarli na chwilę, by zobaczyć, jak mi idzie.

Niezbyt to romantyczne, ale ujdzie.

I miał sporą kolekcję kryminałów.

Takich facetów już nie ma.

No dobra, to ja zerwałam z nim. Zastałam go w niedwuznacznej sytuacji z jego koleżanką ze studiów. Siedziała mu na kolanach. Nago. Nie wiem, jaki kryminał oglądali przedtem, ale najwidoczniej przestępca zbiegł, bo zostawił po sobie tylko skórzane kajdanki.

Znowu zadzwonił telefon. Tym razem Ela. Była jakaś dziwnie podekscytowana albo podenerwowana. Trudno było ocenić.

– ARLETA, WAŻNA SPRAWA. PRZYJEDŹ JAK NAJSZYBCIEJ.

Klik. Piiii… Piii…. Piiii…

„No dobra, kuhwa”, pomyślałam, „to jest sprawa dla reportera”.

Szybko ubrałam się w to, co akurat było pod ręką i wsiadłam do autobusu. „Żeby tylko nie było korków”, powtarzałam w myślach, usiłując jakoś przyklepać włosy, które postanowiły sobie urządzić balangę, a także starając się nie zwracać uwagi na to, jak dziwnie patrzyli na mnie współpasażerowie. No wiem, nie codziennie wsiada się do mpka w czerwonych szpilkach, szarych spodniach od dresu i w różowej koszulce z napisem „even your dad would bang me”, którą, nie wiedzieć czemu, dostałam na urodziny od mojego ówczesnego chłopaka. Czort jeden raczy wiedzieć, jakie motywy nim kierowały.

Kiedy Ela otworzyła mi drzwi, pomyślałam, że najchętniej zamordowałabym połowę ludzkości tłuczkiem do ziemniaków. Albo innym, równie zabójczym przedmiotem.

– NIESPODZIANKAAAA!!! – krzyknęła Ela, a razem z nią reszta moich znajomych, która wyskoczyła zza Eli.

Stoo lat, stooo lat

Nieeech żyyyje, żyyyje naaam! – wrzeszczeli wszyscy.

Wszyscy, wszyscy tam byli, nawet moja mama. I Sebastian. I Bożena. I Krzysiek. I Ania z Andrzejem. I Ola. I chłopak Oli. I inne osoby, które pewnie też powinnam rozpoznać. Nigdy bym nie powiedziała, że jestem aż tak popularna. Pewnie Ela postanowiła zaprosić randomowych ludzi, żebym odniosła wrażenie, że ktoś mnie lubi.

No zajebioza. Nie ma to jak stać w glam-urodzinowym outficie, słuchając pięknego hymnu sytuacji niezręcznych.

Wszyscy zdawali się ignorować mój wygląd przez cały czas trwania Sto Lat, po czym Ela dyskretnie zaprowadziła mnie do łazienki, krzycząc do reszty zebranych:

– Ja się nią zajmę!! Wy siadajcie w kuchni!!

W łazience czekała na mnie nieziemska zielona sukienka, srebrny naszyjnik i cała paleta kosmetyków.

– Przede wszystkim usiądź, oddychaj. Taaak, a teraz spójrz w lustro. – powiedziała spokojnym głosem Ela, trzymając mnie za ramiona.

Popatrzyłam na swoje odbicie i stwierdziłam, że jednak Samara w The Ring wcale nie wyglądała najgorzej. Kiedy się odwróciłam, Ela zdążyła już wymknąć się z łazienki, z obawy przed moją reakcją.

Czy ja nazwałam ją kiedyś „wyrobem przyjaciółkopodobnym”?

Chlip… Jestem potworem.

Szczęśliwym, urodzinowym potworem.

Reklamy